Krytyka muzyczna we współczesnych mediach stała się ziemią niczyją. Zmuszona do nadążania za nowościami, reagowania na trendy i mody, zapomniała o swoich celach, a jej metody uległy spłyceniu. Jednocześnie od zawsze unosi się nad nią cień przesądu, że samo pisanie o muzyce to „tańczenie o architekturze”, czyli czynność nonsensowna. Zawarte w książce eseje i rozmowy Filipa Szałaska wskazują sposób wyjścia z tego impasu; autor powraca do źródeł doświadczania muzyki, pyta: co sprawia, że w zetknięciu z muzyką czujemy potrzebę utrwalenia związanych z nią doznań. Czy to w ogóle możliwe? Jak krytyka muzyczna mogłaby spożytkować odkrycia filozofii, psychologii głębi, antropologii, a nawet literaturoznawstwa. Na czym polegają jej związki z wyjaśnianiem marzeń sennych? Kiedy krytyk bywa detektywem, a kiedy toreadorem? Czy rozwiązaniem problemów może stać się odmienny sposób doświadczania muzyki – niespieszny, skupiony, „wolny”: slow listening. I czy nowy model pisania o muzyce nie powinien zakładać odwrócenia się od niej i skierowania uwagi w przeciwnym kierunku: bezpośrednio ku czytelnikowi?