Tomek Beksiński. Dziennikarz, publicysta i tłumacz. Postać kultowa. Kim był? Jak żył? Czego pragnął? Dlaczego i jak umarł? Czy jego historia nie skrywa żadnych tajemnic? Czy rzeczywiście została opowiedziana już do końca? Wiesław Weiss znał Tomka wystarczająco dobrze, by w poszukiwaniu prawdy o nim dotrzeć do wielu osób, które nigdy wcześniej nie wypowiadały się na jego temat publicznie. A te, które o nim mówiły, nakłonić, by powiedziały więcej oraz ujawniły nieznane świadectwa i dokumenty. Wynikiem jest książka, która odpowiada na wiele pytań dotyczących bohatera, które dotychczas pozostawały bez odpowiedzi. Pokazuje Tomka Beksińskiego, jakiego do tej pory nie znaliśmy.
Długo zastanawiałem się jak zacząć. Nie jest bowiem łatwo napisać, że uznany autor wypuścił coś, co czyta się z mieszanymi uczuciami. Że sam tytuł już wprowadza w błąd gdyż obiecuje coś, czego nie dostajemy.
Oto mamy dostać prawdziwy portret Tomka Beksińskiego. Prawdziwy, czyli inny od portretów fałszywych jakie pojawiały i wciąż pojawiają w gazetach, kolorowych magazynach, plotkach na przyjęciach czy wreszcie w głośnym ostatnio filmie. Zrzyma się na te nieprawdziwe portrety Weiss, wścieka się i obiecuje że on pokaże jak było naprawdę. Skutek jest niestety mierny.
Dostajemy bowiem nie portret a laurkę. Gdzie tam laurkę, pomnik trwalszy niż ze spiżu wystawia Beksińskiemu Weiss. Pomnik, którego przy którym bledną pomniki jakie naród stawia swojemu papieżowi. Przez bite 670 dowiadujemy się że Tomek nie był cholerykiem, Tomek po prostu miewał huśtawki nastroju (kto ich nie miewa). Tomek nie był dziwakiem, Tomek był wrażliwy. To że Tomek wchodził do studia w Trójce albo na imprezy do znajomych i witał się staropolskim "Heil Hitler" nie było szczeniackim i niesmacznym zachowaniem, było oznaką jego ekstrawagancji a współpracownicy i znajomi, po pierwszym szoku, uznawali to za normalne a nawet zabawne. Zresztą, o cokolwiek by Tomka nie oskarżać, to nie była jego wina tylko albo nie okazującego uczuć ojca albo tych cynicznych i niewdzięcznych kobiet lecących na kasę.
Zastanawiałem się też jak to jest że biografia młodego w sumie tłumacza i prezentera radiowego jest grubsza od biografii Einsteina czy Jobsa. Odpowiedź znajdujemy dość szybko - każdy zarzut czy niepochlebna opinia z jednych ust jest natychmiast kontrowana przez wypowiedzi kilku innych osób mówiących w zasadzie to samo. Jak w jednym akapicie czytamy że Tomek pił tylko coca colę to zaraz dowiadujemy się również że pił ją do obiadu u Chińczyka, że kupował na zgrzewki do domu oraz że prosił o nią u znajomych na imprezach. I że cola musiała być zimna co też kilka osób potwierdza. Żeby nie było wątpliwości. Potrzebne to? Zdecydowanie nie.
Mógłbym tak długo ale przecież recenzja nie powinna być dłuższa od dzieła. Podsumowując - srodze się zawiodłem, tym bardziej że nie jest to książka napisana przez anonimowego autora ale kogoś kogo czytam od kilkunastu lat pod postacią wywiadów, artykułów i książek. Niestety, zabrakło obiektywizmu i dystansu wobec postaci, której słabości są powszechnie znane. Zamiast rzeczywiście prawdziwego portretu zabarwionego może odrobiną sympatii wynikającej z osobistej znajomości opisywanego i opisującego, mamy 600 stron wybielania i usprawiedliwiania postaci, która do kryształowych z pewnością nie należała.
Co do wydania - plus za dużo zdjęć. Minus za przypisy na końcu książki a nie na dole strony. Literówkę wypatrzyłem jedną więc wynik godny podziwu.
Już we wstępie do tej książki autor zdradza swoje nastawienie i swoją prawdę. A wiadomo, że z prawdą jest jak z dupą, każdy ma własną. Otwarte krytykowanie innych, już we wstępie nie jest w moim odczuciu czymś normalnym, gdyż z góry zakłada tezę pod którą potem będą pewnie podciągane argumenty. Nie znając treści książki czytelnik nie powinien być z góry uprzedzony co do postawy autora, zwłaszcza w biografii, która już ze swojej definiji jest raczej książką pochwalną. Nikt bowiem kto zajmuje się pisaniem czyjejś biografii nie pała do opisywanej osoby negatywnymi uczuciami, tylko wręcz przeciwnie raczej ją podziwia. Tym bardziej krytykowanie już na wstępie książki Beksińscy Portret Podwójny, która w moim odczuciu jest dziełem tak kompletnym jak to tylko możliwe nastraja mnie już na początku negatywnie do autora. To jest takie trochę ja go znałem to wiem, ona się opierała tylko na dokumentach to nic nie wie. Ale pracy włożonej w zapoznanie się z tymi dokumentami to już się nie docenia. Otóż ja jako historyk doceniam, nawet bardzo. Oczywiście autor ma prawo mieć własne zdanie, w końcu to jego książka, mnie film też średnio się podobał, ale krytykowanie przy tym innych autorów książek i to w moim odczuciu bardzo nie słuszne, nie jest dobrym wstępem do biografii. Podziękowania na początku? Poważnie? Po lekturze pierwszych 50 stron czujesz się nawet usatysfakcjonowany, ale nie sądzę żeby miało to związek z umiejętnością pisania autora, ale raczej z tym jaką postacią był Tomek Beksiński bo jednak większość materiału z pierwszych rozdziałów to nagrania, pisma i wypowiedzi głównego bohatera, okraszone delikatnym komentarzem autora, które w mojej ocenie broniły by się i bez niego. Nie mogłem natomiast przez całą lekturę oprzeć się wrażeniu, że jednak krytyka, ale styl Grzebałkowskiej oddany w zasadzie w dokładnie ten sam sposób. Niby inaczej bo spojrzenie tylko na syna, ale jednak wyraźnie widać, autor czytał "Portret Podwójny" i nawet jeśli nie świadomie to kopiuje styl i sposób narracji swojej poprzedniczki. Może też stąd się bierze to, że ta książka jednak przemawia i dobrze się ją w gruncie rzeczy czyta. Może Pan Panie Weiss do woli pisać, że film beznadziejny a książka poprzedniczki kiepska, ale praca włożona przez Panią Grzebałkowską była tytaniczną, podczas gdy tutaj mamy po prostu przepisane cytaty, na których opiera się większość rozdziałów. Poza tym ta książka jest szalenie nierówna. Są wspaniałe fragmenty jak choćby końcówka rozdziału X kiedy autor opowiada o działalności translatorskiej Tomasza Beksińskiego i na przykładach podaje jak tłumaczenie może wpływać na jakość i odbiór filmu. Czasem natomiast są fragmenty tak kiepskie, głównie opierające się na cytatach, że człowiek ma ochotę rzucić tą cegłą i dalej po prostu tego nie czytać. Dodatkowo z tej książki wyziera smutek. Oczywiście temat jest trudny, osoba trudna, przykry koniec, ale potraktowanie tak osobiste aby cytować listy, sprawia że bardzo ciężko, psychicznie przebrnąć przez niektóre części. Masz świadomość że on popełnił samobójstwo i widzisz wydarzenia, które go do tego pchnęły, wiesz że to zrobił i nic już nie da się zrobić żeby zapobiec, ale jednak taka wiwsekcja to jak dla mnie za głębokie wejście w cudze życie, nawet w takie już zakończone. Na koniec tej recenzji jeszcze cytat nasuwa mi się z Riedla: "Samotność to taka straszna trwoga Ogarnia mnie, przenika mnie Wiesz mamo, wyobraziłem sobie, że Że nie ma Boga, nie ma Boga, nie Nie ma Boga, nie O nie"
Nie wiem nawet co powiedzieć - przepiękna opowieść o sile pasji, każdemu życzę takiego oddania własnym pasjom. Dzięki Tomkowi poszerzyłam swoją muzyczną bibliotekę o wielu wspaniałych twórców jakich słuchał. Temat jego samobójstwa jest tak ciężki do przemyślenia - to chyba sytuacja, w której trzeba pozwolić osobie umrzeć, a próby ratowania są przejawem wręcz destrukcyjnym, ale czy napewno? Zostawiam was z tym przemyśleniem…
This entire review has been hidden because of spoilers.