"Japonia, jeden z najbardziej legendarnych krajów świata! Kto nie słyszał o cudownie zdrowym japońskim jedzeniu, o samurajach, gejszach, japońskiej precyzji, uprzejmości, japońskich komiksach, grach i gigantycznie wielkich, nowoczesnych miastach? O japońskiej tradycji, kulturze i niezwykłej religii shinto?... O medytacji zen, japońskich drzeworytach i sztuce japońskiego minimalizmu?... O zapasach sumo, sushi i słynnej japońskiej zielonej herbacie? Ja słyszałam. Pojechałam do Japonii. I okazało się, że wszystko jest inaczej!!!!!!" – Beata Pawlikowska
Beata Pawlikowska is an author of several books and an independent traveller, who wends through the jungles of South America, where she lives with the Indians. Her travel experiences include Africa, both Americas, Asia and Europe, from the Himalayas, through wild savannas, jungles and oceans. She is also a photographer and writer for "National Geographic".
Niestety nie mogę polecić nikomu tej książki - ani osobom które interesują się Japonią, ani tym którzy planują tu podróż, ani nawet komuś kto ma ochotę na lekką lekturę.
Zacznijmy od stylu. Książka napisana jest naprawdę źle. Narracja jest chaotyczna; pełno tu znikąd pojawiających się anegdot, które donikąd czytelnika nie prowadzą. Poszczególne rozdziały nie zawsze się ze sobą wiążą i nie jest to tylko kwestia przeniesienia narracji z jednej miejscowości do drugiej.
Autorka pisze bez większej logiki - na przykład rozdział "Zielone lody", które jak tytuł wskazuje miał być o lodach o smaku zielonej herbaty, zawiera na ten temat jedno, a w zasadzie pół zdania: "Zjadłam zielone lody z zielonej herbaty (...)". Jest to pierwsze zdanie rozdziału, po czym do tematu nigdy nie wraca.
Ponadto pełno tu akapitów składających się z pojedynczych zdań, nieraz zakończonych astronomiczną liczbą znaków przestankowych. A więc na takie kwiatki można nadziać się dość często: "Ja znam ten smak!!!!! AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!! Ja znam ten smak!!!!!!!!!!!!!!!!!". Już po kilku stronach czytelnik odnosi wrażenie, że pozycja została napisana przez nastolatkę bez wprawki pisarskiej, a nie przez osobę, które ma na swoim koncie kilka książek podróżniczych.
No właśnie - ciężko było mi uwierzyć, że autorka jest wprawną podróżniczką. Przez całą książkę przewija się motyw problemów komunikacyjnych autorki z Japończykami. Bo Japonia to według Pawlikowskiej kraj ludzi, którzy nie mówią po angielsku, a nawet jeśli mówią to i tak nie będą chcieli niczego nam tłumaczyć. A jeśli nie mówią, to w żaden inny sposób nie będzie się dało z nimi porozumieć (napotkani Japończycy uparcie ignorowali próby Pawlikowskiej porozumiewania się łamanym japońskim). I mogłabym jeszcze w to uwierzyć, gdyby książka wydana była jakiś czas temu, ale jest to pozycja bardzo świeża i w żaden sposób nie oddająca tego, jak się dziś podróżuje po Japonii.
I nie jest to jedyna nieścisłość. Niestety książka zawiera bardzo dużo błędów merytorycznych - od takich zupełnie prostych, które powinny zostać wyłapane w korekcie (góra Fidżi?) po takie, których nie zauważy osoba nieznająca bliżej kultury japońskiej.
Tak więc pojawiają się tu nastolatki, które nie wiedzą, co to jest aparat fotograficzny, czy też Japończycy, którzy nie chodzą do fryzjera, bo jest to "pewien symptom stanu świadomości względem życia i samego siebie". Otóż owi Japończycy, mają według autorki tak niskie poczucie własnej wartości, że przestają dbać o swój wygląd. I właśnie w wielu miejscach takie subiektywne odczucia, Pawlikowska serwuje nam jako fakty z pozycji kogoś, kto naprawdę zrozumiał Japonię, choć podobno nie był w stanie się z nikim porozumieć. Do tego dziwne wydają mi się ciągłe wspomnienia autorki o "podróżowaniu" i "odkrywaniu", gdy w istocie przemierzyła bardzo utartą trasę od jednej "przewodnikowej" atrakcji turystycznej do drugiej.
TL;DR
Jeżeli jesteście zainteresowani Japonią lub planujecie się tam wybrać w podróż, jest dużo pozycji, które choć starsze, podają o wiele więcej aktualnych i prawdziwych informacji o tym kraju. "Blondynka w Japonii" nie wychodzi ponad to, co można znaleźć w każdej innej publikacji na ten temat; tu niestety te informacje zostały wypaczone albo okraszone ogromną ilością wykrzykników.
(Dodam jeszcze, że mieszkam w Japonii od kilku lat; Japonii, którą przedstawiła w swojej książce Pawlikowska, nie rozpoznałam. A jabłka owszem - są drogie, ale takiego za 500 jenów jeszcze nie widziałam.)
Autorka chyba jechała gdzieś indziej ale przypadkiem trafiła do Japonii, bo ciągle jest zdziwiona że wszystko jest po japońsku i że ludzie dookoła niej mówią w tym właśnie języku, a także że kultura jest inna niż w Polsce.
Nie wiem dlaczego ale każda informacja w książce jest przedstawiona jako fakt, a „Blondynka” jako znawczyni całego świata i wyrocznia. Wszystko co ona uważa jest objawioną prawdą i nikt nie ma prawa żyć w inny sposób. W książce jest pełno teorii wymyślonych przez autorkę, w skrócie - jeśli czegoś nie rozumie albo różni się to od tego co zna z Polski, dopisuje sobie do tego jakąś własną interpretację. To co nie podoba się „Blondynce” nie ma prawa bytu, dlatego też jest krytykowane i opisywane z wyższością, w prześmiewczy sposób.
Nie można też nie wspomnieć o tym jak dziecinnie i amatorsko jest to wszystko napisane, mam wrażenie że ta książka zawiera więcej wykrzykników, kropek i znaków zapytania niż jakakolwiek inna którą czytałam. Sama nie jestem mistrzem pisania ale w tym przypadku to już przesada. Co druga strona to jakieś dziwne metafory i rozmyślania o niczym, chyba żeby książka była trochę dłuższa.
Zdjęcia nie są złe, część z nich mi się podobała. Smutne tylko, że w oczach „Blondynki” ludzie poza Polską są chyba tylko jedną z atrakcji, osobiście nie byłoby mi miło gdyby ktoś robił mi zdjęcia z ukrycia w metrze podczas snu. Nie sądzę nawet, że sama autorka pokusiłaby się zrobić takie same zdjęcia gdzieś w podróży po Polsce.
Trochę szkoda że tak trudno jest znaleźć dobre podróżnicze książki napisane przez Polaków. Jak dotąd przeczytałam jedną o Omanie, parę o Egipcie i teraz tą i każda z nich była oderwana od rzeczywistości i poniżająca. Mam nadzieję że kiedyś uda mi się znaleźć coś rzetelnego i pięknego.
(Niby 360 stron, ale tak naprawdę (duże marginesy, ilustracje, zdjęcia, justowanie) to może z 200? Do przeczytania w jeden dzień na luzie)
Zaskakująco dobrze się to czytało. Ogólnie po opiniach w necie i ilości książek, jakie Pawlikowska produkuje, nie spodziewałam się niczego dobrego, ale było nawet całkiem ok. Może nieco denerwujący styl, ale z czasem przestaje się to zauważać (chociaż nie, za każdym razem jak widziałam zdanie: "Wiesz o co chodzi", to przewracałam oczami). Kilka dodatkowych obserwacji:
1. Na samym wstępie dostajemy info, że można ściągnąć aplikację, którą w trakcie czytania zeskanujemy odpowiednie miejsca w książce, żeby obejrzeć dodatkowe materiały (zdjęcia, filmy). Super pomysł, ale apka nie działa. 2. Niektóre fragmenty bardzo mi się podobały - opisanie zagubienia na początku pobytu w obcym mieście, a jednocześnie uczucie podniecenia, rozglądanie się dookoła, chłonięcie wszystkiego. Inne fragmenty były dość zabawne, na przykład to o wycieraniu nosa przy stole :D 3. Czasem czułam się, jakbym czytała moją własną pracę magisterską - lanie wody co drugi akapit lub też przepisywanie tej samej myśli na pięćdziesiąt różnych sposobów, żeby nabić znaki na stronie, hahahah :D 4. Jest też trochę błędów merytorycznych niestety...
Dałabym 1 na 5, ale plusem zdecydowanie jest piękna szata graficzna, która troszkę podbija ocenę oraz fakt, że się jednak paru przydatnych rzeczy z tej książki dowiedziałam -tak dotyczących sposobu podróżowania po kraju i cen, jak i tego, jak się mają nasze karmione romantycznymi wizjami kinowymi wyobrażenia związane z Japonią do rzeczywistości.
Jest dla mnie niepojęte, że osoba tak obyta w świecie, reporterka oraz pisarka (sic!) popełnia takie grafomańskie orgie. Pomijam już szereg siedmiu (i więcej) wykrzykników i znaków zapytania pisanych jeden po drugim...
Przez pierwsze kilka stron opisywane jest raz za razem, że pociąg, w którym jechała Beata Pawlikowska się spóźnił, a w Japonii wszystko powinno grać jak w szwajcarskim zegarku, bo jesteśmy tylko pionkami w grze. Sens tych słów jest powielany w wielu akapitach przypominających raczej próby pisarskie. To schemat powtarzany przez całą długość książki, niestety.
Gdyby książka miała tytuł: "Notatki z podróży do Japonii pisane na kolanie", to bym nie tylko lepiej zniosła lekturę tej książki, ale może nawet doceniła autoironię i przymknęła oko na fakt, że książkę można by ze spokojem - przy odrobinie wprawy redakcyjnej - zmniejszyć co najmniej o połowę. Może 40 złotych za ładnie wydaną grafomanię to lekka przesada. Autorka powinna przeczytać chociaż raz klasyków takich jak Ryszard Kapuściński, może wpłynęłoby to pozytywnie na jej... Idiolekt.
O Japonii z sympatią, ale bez czołobitności. Autorka dostrzega plusy i minusy panującej tam kultury. Mówi o samotności, przepracowaniu, problemach emocjonalnych silnie schierarchizowanego społeczeństwa, w której jednostka liczy się tylko o tyle, o ile przyczynia się do efektywności ogółu. Zdarzają się wnikliwe obserwacje na temat japońskiego stylu życia, w tym kuchni. Autorka jest jednak bardzo zdziwiona, że w japońskich barach i sklepach napisy są wyłącznie po japońsku.
Książka jest nieco rozwlekła, zawierająca powtórzenia i czasami infantylna, np. autorka, będąc wegetarianką, nie sprawdziła przed wyjazdem specyfiki kuchni japońskiej i przez pół książki narzeka, że nie może dostać posiłków bezmięsnych. Lektura zawiera przykłady egzaltowanej naiwności tak, jak w przypadku obserwacji: „W lokalnych pociągach i autobusach można spotkać najpiękniejszych ludzi świata. Prawdziwych, wiernych swojej historii i podążających za życiem w sposób prosty, uczciwy i skupiony.”
Cenne obserwacje na temat narodowego sportu sumo czy warunków pracy panujących w Kraju Kwitnącej Wiśni mieszają się z banałami i brakiem zrozumienia niektórych podstawowych kwestii związanych ze społeczeństwem Japonii. Denerwuje regularne powtarzane „Wiesz, o co chodzi.” i „Serio?”
• "Czytałam" tę książkę w formie audiobooka. Którego lektorem jest sama autorka. I ktoś najwyraźniej uznał, że dorzucenie co parę zdań randomowego "he he he" będzie dobrym pomysłem. Pewnie miało to wprowadzić taką atmosferę rozmowy z przyjacielem, który opowiada o swoich wojażach i tak sobie razem śmieszkujecie, ale ostatecznie bardzo irytowało.
• Zaczęłam przewracać oczami (dosłownie i mentalnie), gdy po raz setny padało "glutaminian sodu"
• Autorce najwyraźniej bardzo nie podobało się w Japonii
Nie każda książka podróżnicza wnosi wartość i inspiruje do odkrywania świata. Niektóre jedynie irytują swoją ignorancją, poczuciem wyższości i protekcjonalnym tonem wobec kultury, którą rzekomo mają przedstawiać.
Autorka tej książki zdaje się podróżować z ogromnym zdziwieniem – bo jak to możliwe, że w Japonii ludzie mówią tylko po japońsku? Jak to się stało, że tradycyjna japońska kuchnia nie została dostosowana do jej wegetariańskich oczekiwań i na dodatek ten okropny glutaminian sodu... Zamiast fascynacji i otwartości na inną kulturę, dostajemy nieustanne narzekanie, ocenianie i traktowanie miejscowych z protekcjonalnym tonem.
Okładka wygląda okropnie, ale w książce są wspaniałe, estetyczne zdjęcia oddające klimat podróży do Japonii. Całość ma przyjemną formę, to szybka i lekka lektura. Świetnie opisano kulturę oraz mentalność Japończyków, zamieszczono również wiele przydatnych informacji i urozmaicających ciekawostek. Język jest przystępny, a książka doskonale oddaje klimat podróży, ale niektóre przemyślenia autorki są zbyt ofensywne, a książka jest bardziej reportażem niż podróżniczą lekturą.
Trochę naciągane te 2 gwiazdki bo była to niezwykle irytująca lektura nawet słuchana w audiobooku, ale jednak czegoś się dowiedziałam więc niech będzie….
Oj ciężko było skończyć tą książkę. Choć temat interesujący, to sposób przedstawienia zupełnie do mnie nie trafia. Trochę jakby czytać blog nastolatki. Książka ma ponad 300 stron, ale informacji w niej zawartych nie jest za dużo. Osobiście w temacie 'życia w Japonii' polecam jednak 'Bezsenność w Tokio'.