Główną bohaterką jest Małgorzata. Kobieta w średnim wieku, mieszka w Warszawie, nie spełniła się zawodowo, a jej małżeństwo aktualnie się rozpada. Pewnego dnia z powodu redukcji etatów Małgorzata traci pracę. Długo nic nie może znaleźć (też ze względu na wiek) i zaczyna popadać w depresję. Decyduje się przyjechać do matki, z którą kontakt ma mocno kulawy. Matka mieszka na Mazurach w domu nad rozlewiskiem.
Niestety książka nie spełniła moich oczekiwań. Zapowiadało się całkiem nieźle, a potem dostałam pełno nudnych zapełniaczy, smętów oraz absurdów. Ta książka niby jest o kobiecie, która chce siebie odkryć na nowo oraz poznać matkę, a dostajemy tu wszystko od zdychania krowy poprzez kupowanie kaloszy.
Bardzo irytuje mnie jak autorzy zbyt lekko podchodzą do problemów bohaterów lub nie do końca są świadomi jak ludzie funkcjonują. W tym przypadku zakrawa to już o absurd. Przykłady? Proszę bardzo:
(1) Ojciec nie dba o córkę? Zabierz sobie dziecko, potem idź do kościoła powiedz jakąś denną regułkę, że bierzesz dziecko pod opiekę i sprawa załatwiona. Co tam prawo, policja, pomoc społeczna, sąd. Po prostu sobie weź i już jest Twoje.
(2) Zaginęła dziewczynka, mamy akcję poszukiwawczą. Bohaterowie zachowują się jakby poszli na piknik.
(3) Rozwód nie jest łatwy, bo nawet jeśli łatwo przychodzi on małżonkom to trudniej to załatwić z pozostałą częścią rodziny. Tutaj wszystko jest proste jak budowa cepa i nikt, nawet dzieci, nie robią z tego problemu. No i zdrady są od strzała wybaczone.
(4) Trochę zastanawia mnie postać Grzesia, ponieważ jest on głuchy. Posługuje się językiem migowym oraz próbuje mówić na tyle na ile jest w stanie. Jednakże znam osobę, która uczy się języka migowego i wiele razy słyszałam, że takie osoby inaczej tworzą zdanie, bo taka jest konstrukcja języka migowego. Dla nas nie brzmi to naturalnie, więc od razu zauważamy różnicę. Tutaj jest to całkowicie naturalnie jakby ta postać w ogóle nie była głucha.
(5) Główna bohaterka została niejako "porzucona" przez matkę, w przynajmniej tak to ona odbierała. Wystarczyła jedna (!) rozmowa przy parówkach, piwku oraz koniaczku i wszystko poszło w zapomnienie. I tak mamy lofki kisski foreverki.
(6) Nie mogę pominąć, że Małgorzata nazywa swoją matkę Gnomem i mówi jej to w twarz. Aż chce się napisać - "aha xD".
Ogólnie zauważyłam, że w trakcie czytania tej książki zaczęłam robić brzydki zabieg jeżdżenia wzrokiem po tekście, bez wczytywania się w treść. Po prostu było tyle zbędnych zapychaczy, które nic nie wnosiły do głównej fabuły, że nie musiał człowiek skupiać się na tym co czyta, a i tak nic nie tracił.
Zdecydowałam, że nie będę tej przygody kontynuować. Szkoda mi czasu i miejsca na czytniku.