Jeśli miałabym wskazać, co najbardziej zachwyca mnie w czytaniu, to z całą mocą odpowiedziałabym: lekcja wrażliwości i empatii również (a może przede wszystkim) z tymi, których losy i pejzaż wewnętrzny nijak nie przypominają moich.
I właśnie tak czytałam powieść „Bądź dobra dla zwierząt” Moniki Isakstuen (tłum. Iwona Zimnicka). Wszystkie przeżycia i emocje głównej bohaterki związane z rozwodem i podziałem opieki nad córką, choć kompletnie mi obce i odległe o miliony lat świetlnych, uderzyły we mnie z całą mocą. Isakstuen pisze tak, że nie da się uciec od bolesnego współodczuwania, a już na pewno niemożnością jest czytanie z pozycji chłodnego dystansu.
I jeszcze tylko dorzucę, że to powieść na wskroś skandynawska, więc jeśli lubicie tę urywkowość, niespieszność, drobiazgowość, to u Isakstuen odnajdziecie swój azyl.
„Nosiłam ją w brzuchu, urodziłam ją, przystawiałam do piersi, karmiłam. Nie mówię, że próbuję sporządzić rachunek, mówię tylko, że chciałabym, aby czynności ciała tłumaczyły wszystko, żeby przemawiały same za siebie. I żeby to przemawianie podziałało na otoczenia na tyle przekonująco, by ewentualne kontrargumenty bezsilnie opadły na ziemię”.