W 1970 roku Günther Messner, młody włoski himalaista, poniósł śmierć podczas zejścia z Nanga Parbat. Zginął tuż po tym jak wraz z bratem, Reinholdem, pokonał nieprzebytą wcześniej ścianę Rupal, uchodzącą za najwyższe skalne urwisko naszego globu.
Przez lata narosło wiele wątpliwości wokół okoliczności tamtych dramatycznych wydarzeń. Starszy z Messnerów winą za śmierć brata obarczał kierownika wyprawy oraz innych jej uczestników. Max von Kienlin, który również brał udział w tragicznej ekspedycji, podejmuje polemikę z oskarżeniami stawianymi przez Reinholda Messnera.
Trochę żałuje, że nie przeczytałam jej przed „Nagą Górą” Messnera. Choć ta przez dwa lata od jej przeczytania zdążyła trochę ulecieć z mojej głowy i wiele w moim podejściu co do tego człowieka się zmieniło, „Śmierć na Nanga Parbat” była dla mnie mocno szokująca. Oczywiście, że wiem o Messnerze, że jest wybitnym wspinaczem, możliwe nawet, że najwybitniejszym w historii (choć moje rzadko budzące się patriotyczne odczucia buntują się i jednak wyżej stawiają Kukuczkę), ale wiem też, że wybitnie potrafi naginać pod siebie rzeczywistość i forsować swoje zasady. I z takim podejściem podchodziłam do tej książki. Po trupach do celu. No i być może tak właśnie było. Być może.
Możliwe, że von Kienlin prowadzi tu swoją wendetę przeciwko Messnerowi, można mówić, że ma „coś” za złe byłemu koledze. Możliwe, że chce wyolbrzymić swój udział w tych wydarzeniach, ale odmówić nie można, sprawnie punktuje też hipokryzje, a niekiedy wręcz szaleństwo wypowiedzi Włocha. Opowiada o reakcjach kolegów, poświęca im miejsce w swojej historii, daje głos tym, którzy mogą wciąż przedstawić swój punkt widzenia, gdy zaślepiony swoją chwałą Tyrolczyk tego głosu im nie daje. Lata krycia przez kolegów, możliwość budowania swojej legendy, bez „smrodu” ciągnącego się za sobą, nie mają znaczenia, liczy się tylko chwała „mnie posłuchają bo coś znaczę”. Ja słucham uważnie dwóch stron, wnioski wyciągam i jestem zwyczajnie rozczarowana jedną z nich. Polecam przeczytać obie relacje i mieć możliwość wyrobienia sobie własnej opinii. Możliwe, że nawet teorii, bo prawdę zna jeden z braci i góra.
To nie jest prosta książka. Teoretycznie jest o wyprawie na Nanga Parbat w 1970roku,spisana przez jej uczestnika. O wyprawie z której nie wrócił Gunther Messner. Tak zaś naprawdę, to książka o niegodziwościach Reinholda Messnera. Mit upada szybko i boleśnie. Książka jednak napisana przez arystokratę (trochę trudno o tym zapomnieć), jest tak niebywale niska i humanistyczna zarazem, rasistowska i kulturalna, że można się pogubić w wielkich słowach i ideach. Obok wykładów o etyce i historii świata, jest tu po prostu jedno wielkie błotne bajoro, w którym siedzą przedszkolaki. Rozumiem urażoną dumę, rozumiem walkę na fakty i niuanse, ale co ma do tego biedny czytelnik? Każdy odparowany fakt komentowany jest złośliwie. Niziuteńko. Oczywiście w obronie "prawdy" i humanizmu. No, przedszkole.
Najciekawsze są relacje członków tamtej wyprawy. Bezcenne (tylko bez tych żałosnych komentarzy) Reszta czyli obalanie mitu Messnera, wykład o etyce, porównywania do Malloryego: kuriozalne i obraźliwe dla inteligencji czytelnika. Które ego większe? Tu mocny argument: włączenie recenzji książki z internetów do kolejnego wydania książki. Od kiedy tak się robi?