Królestwo Obłędu – Królestwo Grafomanii, Seksualizacji i Bezmózgiej Fabularnej Atrofii
Nie wiem, czy Królestwo Obłędu to książka, powieść, czy może raczej chaotyczny zbiór słów rzuconych na papier przez kogośna dopaminowym haju. Ale jedno wiem na pewno – ten twór literackopodobny to jak wypadek samochodowy w zwolnionym tempie: wiesz, że to koszmar, ale nie możesz oderwać wzroku.
Fabuła? A co to fabuła? Bo jeśli wątek „główny bohater jest nieskończenie wspaniały i wszyscy go uwielbiają” ma uchodzić za narracyjną konstrukcję, to gratuluję – właśnie osiągnęliśmy nowy poziom literackiej miernoty. Nasz drogi Rezkin, przepraszam, główny bohater, nie ma żadnych wad (chyba że za wadę uznamy bycie postacią bardziej drewnianą niż meble z Ikei), a każda przeszkoda pada przed nim jak owca przed maszynką do strzyżenia. Konflikty? Nie istnieją, bo przecież on zawsze wie wszystko i wszystko robi najlepiej. Gdzieś w tle przewija się jakiś wątek ale nikogo to nie obchodzi, bo wiadomo, że nasz cudotwórca i tak poradzi sobie lepiej niż ktokolwiek w historii świata.
Bohaterowie poboczni to osobny rodzaj literackiego przestępstwa. Mają mniej osobowości niż karton po mleku, a ich jedyną rolą jest podziwianie głównego bohatera i popadanie w euforię na dźwięk jego imienia. Zwłaszcza postacie kobiece – każda z nich ma mentalność miski ryżu, a ich największym pragnieniem jest albo wpatrywać się w protagonisty z uwielbieniem, albo mdleć na jego widok. Trudno mi powiedzieć, czy autorka kiedykolwiek rozmawiała z żywą kobietą, ale obstawiam, że nie – albo jeśli tak, to rozmowa trwała 30 sekund i zakończyła się dramatyczną ucieczką rozmówczyni. Chyba, że autorka ta reaguje na każdego przystojnego mężczyznę.
Styl? Ach, styl! Gdyby grafomania mogła być sztuką, to Królestwo Obłędu byłoby Mona Lisą. Opisy są tak toporne, że można by nimi wbijać gwoździe, a dialogi brzmią, jakby je napisał chatbot na podstawie taniego harlequina. Każde zdanie jest przepełnione takim patosem, że nawet aktorzy telenowel byliby zażenowani. Autorka zdaje się uważać, że używanie archaicznych zwrotów sprawia, że jej tekst brzmi bardziej epicko – w rzeczywistości sprawia, że wygląda jak średniej jakości generator fantasy z internetu.
Świat przedstawiony? Bieda, nicość, pustka. Podróże bohaterów sprawiają wrażenie, jakby odbywały się w próżni – zero detali, zero klimatu, zero czegokolwiek, co mogłoby sprawić, że świat nabierze życia. Bohaterowie przechodzą z punktu A do punktu B jak w grze RPG napisanej w Wordzie, a ich dialogi przypominają wypracowania gimnazjalisty, który bardzo chce, ale nie bardzo potrafi. Jedyne, co tutaj żyje, to absurdalna ilość wypełniaczy, które mają chyba sprawić, że książka będzie dłuższa. Niestety, dłuższa oznacza bardziej bolesna.
A teraz crème de la crème – seksualizacja. Autorka wykazuje talent w przekształcaniu każdej kobiecej postaci w obiekt westchnień, niemal jakby każda z nich nie miała własnej osobowości, a istniała wyłącznie po to, by podziwiać głównego bohatera lub na niego warczeć. Ich dialogi brzmią jak z taniego fanfika pisanego przez nastolatkę, która nigdy nie rozmawiała z realnym człowiekiem. Każda z nich jest opisana w sposób, który sugeruje, że ich największym atutem są piersi i biodra, a cała ich egzystencja kręci się wokół bycia dodatkiem do protagonisty. To nie są postacie – to manekiny w szacie fantasy.
Podsumowując: Królestwo Obłędu to triumf najgorszych literackich schematów, parodia samej siebie i dowód na to, że ktoś w wydawnictwie musiał stracić zakład. Jeśli szukasz książki, która wywoła u ciebie wewnętrzny krzyk rozpaczy i obudzi w tobie pytanie: „dlaczego ja to sobie robię?”, to proszę bardzo. W przeciwnym razie trzymaj się z daleka, chyba że masz ochotę na literackie samobiczowanie. Tak na rocznice DKK klubu mam zamiar przeczytać całą tą serię (to aktualnego tomu) i nagrać film o niej. Za rok Brett ponieważ w stawie zawsze jest większa ryba.
Ocena końcowa: 1/5, i to tylko dlatego, że nie można dać zera.