Będąc młodym czytelnikiem z zazdrością spoglądałem na amerykański rynek wydawniczy i wszechobecne tam opasłe biografie. Wydawało mi się wówczas, że w takim tomie rozmiarów encyklopedii zawiera się cała prawda o życiu danej osoby, że nie można napisać więcej ponad to, co znalazło się w takiej anglojęzycznej kobyle. Czy po książce autorstwa Jamesa Breslina inni biografowie Rothki nie będą mieli o czym pisać? Tego nie wiem. Wiem jedynie, że pewne ustalenia faktograficzne poczynione przez Breslina można było odważniej i dosadniej skomentować, a niektóre analizy pogłębić. Niestety ze stratą dla samego autora i jego dzieła nie udało mu się uniknąć autocenzury, zwłaszcza gdy chodzi o ostatnie lata artysty i rolę, jaką roszczeniowi najbliżsi odegrali w pogarszającym się stanie zdrowia psychicznego malarza. Nie mogę z powodu tej autocenzury czynić autorowi większych zarzutów, bowiem rodzina Rothki do tej pory nie zdecydowała się zdeponować lwiej części archiwaliów po zmarłym w jednej z szacownych amerykańskich instytucji i nadal trzyma nad nimi pieczę. Ktokolwiek zatem chce na poważnie pisać o życiu Marka Rothki, musi iść trzymany na krótkiej smyczy Kate Rothko – Prizel i tańczyć tak, jak zagrają mu albo jej dzieci artysty.
Autor trzyma dyscyplinę myślową, relacjonując życiorys Rothki mniej więcej do lat 50. XX wieku, kiedy artyście udaje się zyskać komercyjny sukces i jego sława zaczyna wykraczać poza wąski krąg artystycznej bohemy. Od tego momentu bowiem James Breslin zaczyna bić się z myślami, czy w dalszym ciągu chce pisać biografię malarza, czy też pisać o jego sztuce. Odautorskie interpretacje poszczególnych dzieł ciągną się niemiłosiernie przez długie ustępy, nie wnosząc nic – ani nowego ani pożytecznego – do zasadniczego korpusu książki, jakim jest życiorys artysty. Sztuka Rothki nie miała bowiem charakteru konfesyjnego, w odróżnieniu np. od malarstwa Fridy Kahlo. Gdyby zatem krytyczny amerykański redaktor zdecydował się wyciąć wszystkie te fragmenty, opasłe tomiszcze zyskałoby rozsądne rozmiary i byłoby faktycznie biografią z prawdziwego zdarzenia.
Analizując sztukę Rothki, autorowi niestety zdarza się pisać pod tezę. Stopniowa zmiana palety na bardziej mroczną czy zimną jest w ocenie Breslina dowodem na pogłębiającą się depresję, której wynikiem była samobójcza śmierć malarza. Sęk w tym, że tego rodzaju argument wspiera wyłącznie znany szczegół z życia artysty, jakim były jego problemy ze zdrowiem psychicznym. Skoro Rothko cierpiał na depresję, to musiał to wyrazić w swojej sztuce i zmiana kolorystyki jego obrazów pod tą tezę najbardziej pasuje. Na tej samej podstawie można jednak postawić dowolną tezę. Wiadomo, że w młodości malarz był uczniem chederu i wadził się ze swoją wiarą przez większość swojego życia. Wystarczy więc ten szczegół biograficzny połączyć z obrazami Rothki, w których dominuje orcha, żółć, oranż i czerwień pod tezę o głęboko teozoficznym, wanitatywnym wydźwięku jego sztuki jako przesiąkniętej lękiem przed przemijaniem i śmiercią, wyrażającym się w palecie barw przywodzącej na myśl piekielne ognie…
O ile jako czytelnik muszę wybaczyć autorowi autocenzurę ze względów wymienionych na wstępie, o tyle czynienie z biografii Rothki czegoś w rodzaju hagiografii jest już rzeczą trudno wybaczalną. Książka Breslina wpisuje się w nurt prac podkreślających nonkonformistyczną, niezależną postawę artystyczną malarza. W tym duchu biografista opisuje rezygnację Rothki z udekorowania ścian w wieżowcu Seagramów. Tymczasem w 1958 r., kiedy złożono zamówienie, artysta działał już przez agentów i marszandów. Jak w każdej transakcji biznesowej, obie strony usiadły do stołu i uzgodniły warunki zlecenia. Malarz wiedział zatem na etapie przyjmowania zamówienia, kim jest zamawiający i gdzie będą eksponowane jego płótna, których rozmiar notabene był dostosowany do wymiarów restauracyjnych ścian. Nie było tajemnicą poliszynela, że Seagramowie dorobili się majątku na handlu wódką, a nie dewocjonaliów, a obrazami Rothki chcą przyozdobić cholernie drogą knajpę, której klientelę bardziej interesować będzie „wystrój” talerzy i kieliszków niż wystrój wnętrza. Rothko zlecenie przyjął z sobie wiadomych powodów, a następnie z przyczyn też tylko sobie wiadomych umowę zerwał. Do jego decyzji przypięto łatkę „manifestacji artystycznej”: oto natchniony malarz stworzył płótna godne świątyni dumania i wolał zrezygnować z umowy, zwracając sowitą zaliczkę niż spauperyzować swoją sztukę. I faktycznie Mark Rothko zwrócił czek na ładnych parę tysięcy dolarów, a trzy obrazy, które namalował z myślą o Seagramach i ich restauracji jego marszandzi sprzedali do trzech muzeów: londyńskiej Tate Modern, Kawamura Museum w Japonii i Narodowej Galerii Sztuki w Waszyngtonie. Rothko stracił parę tysięcy dolarów, ale do ceny wszystkich obrazów dzięki „artystycznej manifestacji” można było spokojnie dopisać przynajmniej jedno zero. Cyniczne, acz skuteczne. Zabiegów marketingowych nie można mieć za złe ani artyście ani jego marszandom. Dzieło sztuki, wchodząc na rynek, staje się towarem i źródłem utrzymania dla artysty i handlarzy. Można mieć natomiast za złe, jeśli takie zabiegi opierają się na nachalnej indoktrynacji. Takiej indoktrynacji poddaje czytelnika Breslin, gdyż jej celem jest wytworzenie w czytelniku przekonania, że artysta był człowiekiem głęboko uduchowionym, a zatem i jego dzieło posiadać musi duchową głębię.
Rothko to artysta, którego życie i sztuka wciąż czekają na autora lub autorkę potrafiących rzucić na nie świeże, trzeźwe spojrzenie. W przeciwieństwie do znakomitej większości abstrakcjonistów, których popularność wywindowała krytyka, za życia Rothko nie miał dobrej prasy, a jego sukces komercyjny to zasługa dobrze dobranych marszandów i pośredników. Najciekawiej pisali o nim Robert Goldwater i Dore Ashton, ale nawet Ashton, która była jego bliską znajomą i później napisała o nim książkę, była bardzo zdawkowa. Potrafiła się rozpisywać na przykład o Philipie Gustonie, ale o nim najwyżej wzmiankowała na zasadzie „nasz wielki Mark Rothko”. Dlaczego jednak Rothko jest wielki? – to pytanie wciąż domaga się odpowiedzi, której Breslin udzielił jedynie chyłkiem i bardzo niechcący.