Zaczęłam czytać tę książkę ze świadomością, że jest już "przeterminowana" - wydano ją ponad dwadzieścia lat temu. Zresztą, wzięłam ją sobie z pracy, kiedy czyszczono szafy w ramach remontu, stwierdziłam, że za darmo nie zaszkodzi. Czytałam w ramach ciekawostki, ale nadal... no, nadal się zmęczyłam.
Gdybym dostawała złotówkę za każde wspomnienie o ryćkaniu szympansów, ewentualnie piesków preriowych albo owiec, to zebrałabym już fundusze na bilety do kina dla mnie i dwójki znajomych. Fisher ewidentnie myślała, że udowadnia tym jakąś tezę, ale już przy trzeciej takiej dygresji, do tego nazywającej seks między dwiema samicami dosłownie FASCYNUJĄCĄ PRZYJAŹNIĄ, alarm jednak zaczął głośniej wyć mi w głowie.
Przeczytałam prawie czterysta stron pierdolenia starej baby z klasy ewidentnie wyższej niż przeciętny John jeżdżący metrem do roboty razem ze szczurami, a jednak nadal nie wiem, jak kobiety mają zmienić świat według autorki. Jej zdaniem przed dojściem na wyższe stanowiska powstrzymuje nas potrzeba rodzenia dzieci, nie zaś zwykły seksizm i nierówność między kobietami a mężczyznami. Znaczące jest również to, że homoseksualne kobiety (nie samice, one dostały więcej linijek tekstu) są brane pod uwagę jako "życie z wyboru, kiedy już nie chcesz być heteroseksualna" i to raczej w przyszłości - a więc teraz - jakby w latach 90. w Stanach lesbijki nie istniały. W połowie doszłam do wniosku, że jak biała baba w USA stwierdzi "a zostanę antropologiem", a tatuś wyłoży kasę, to ona zostanie antropologiem, chyba że w połowie kariery w koledżu stwierdzi, że wolałaby jednak studiować literaturę angielską.
Szkoda, że Fisher nie wybrała tej literatury. Naprawdę szkoda. Może wtedy książka znaleziona w kartonie byłaby nieszkodliwym harlekinem, który skończyłabym podczas dwóch, trzech jazd tramwajem.