Cokolwiek robi, gdziekolwiek jest, czuje, że jego oczy ją śledzą.
Pewnego październikowego dnia Inga de Graaf wychodzi z psem na spacer, z którego nigdy nie wraca. Zaniepokojony mąż zgłasza jej zaginięcie, nie wierząc, że kobieta mogłaby porzucić wszystko i po prostu przepaść bez wieści. Policja zaczyna akcję poszukiwawczą, która nie przynosi rezultatów. Dopiero mailowa korespondencja zaginionej odkryta w koszu jej laptopa naprowadza na wątły ślad. Okazuje się, że Inga kryła mroczną tajemnicę, którą podzieliła się z przyjaciółką ze studiów.
Z pozoru poukładane życie Ingi, której niczego nie brakowało było jedynie fasadą, za którą kobieta skrywała samotność i rozczarowanie. Spotkanie młodego mężczyzny uruchomi lawinę strasznych zdarzeń, od których nie było żadnej ucieczki.
Thriller, który nęci zakazaną wonią zdrady, namiętności i mrocznych zagadek.
Zwykla, bo jest ich tysiące, opowieść o zdradzie podrasowana wątkiem kryminalnym, ale zepchnietym na dalszy plan. Dużo waty słownej, ale mimo to dotarłam do końca i nawet mnie wciągnęła.
Czytacie książki, które określane są jako literatura piękna? Jeśli o mnie chodzi, raz czy dwa razy spróbowałam i niestety, ale ten rodzaj książek jest nie dla mnie. To coś jak obyczajówka, w której prawdy życiowe można spotkać na co drugiej stronie książki… Jak najbardziej rozumiem osoby, które taką literaturę uwielbiają, bo ona zmusza ich do refleksji, odnajdują w nich cząstkę siebie etc. – i to jest piękne. Ale jeśli o mnie chodzi, to po prostu ich nie czytam ( może dlatego za książkami świątecznymi też nie za bardzo przepadam ). „Kiedy będziemy deszczem” to przykład takiej właśnie książki. Historia kobiety, która popada w tzw. rutynę małżeńską – niezrozumienie ze strony partnera, wychowywanie dzieci praktycznie w samotności, taka szara rzeczywistość dnia codziennego. Kto z nas jej nie zna i nie wie o co chodzi, prawda? „Więc mam trzydzieści cztery lata, dwoje dzieci, męża, zawalony zabawkami dom, zachwaszczony ogródek, zero perspektyw i wszystkiego dość. I znów użalam się nad sobą.” „Ukrywamy blizny na ciele i te niewidzialne, bolące miejsca w sercu. Zasłaniamy bransoletkami, rękawami, uśmiechem, bezmyślną paplaniną. Wstydzimy się przyznać do bólu, do emocji, uczuć. Wszystko, co nieprzyjemne, jest społecznie nieakceptowane. Boimy się etykietki. Boimy się izolacji. Wolimy samotność.” „Macierzyństwo i małżeństwo odbierają nam kobietom, tożsamość. Zamieniamy się w automaty czynne całą dobę, wypełniające swoje obowiązki, dbające o potrzeby wszystkich wokół. Stajemy się tłem, niewidocznym mechanizmem, dzięki któremu wszystko działa, jak należy. Jesteśmy rozczarowane, sfrustrowane, zmęczone, zgorzkniałe.” Takich przykładowych cytatów, mogłabym wypisywać jeszcze wiele. A ja naprawdę rzadko kiedy zwracam na takie rzeczy uwagę, podczas czytania książki. Pierwsze strony bardzo mnie zaciekawiły – żona i matka dwójki dzieci, ginie w niewiadomych okolicznościach. Wychodzi z psem na spacer i już z niego nie wraca…Następie mamy skok w przeszłość i poznajemy wydarzenia poprzedzające owe porwanie, czyli dowiadujemy się kim jest Inga, jak żyje, co robi na co dzień, a do tego jako przerwy między rozdziałami dostajemy spora dawkę jej osobistych przemyśleń i tego co tak naprawdę siedzi w jej głowie. Coś na zasadzie pamiętnika, w którym wylewa ona wszystkie swoje żale. I właśnie w tych jej refleksjach, ja sama odnalazłam sporo samej siebie. Byłam w stanie ją zrozumieć… No i dobra. To pewnie zapytacie, co mi się w tej książce w takim razie nie podobało. Otóż, pomimo wszystko, tych jej pretensji do całego świata było trochę za dużo. Cała akcja książki gdzieś ginie w natłoku myśli głównej bohaterki i miliona pięknych opisów przyrody. W momencie gdy zaczęłam czytać o tresurze psa i o dziennym wyprowadzaniu go na spacer, całkowicie straciłam zapał do czytania. I właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że ta książka to nie thriller, którym myślałam od samego początku, że jest, a właśnie literatura piękna! Tak czasem się zdarza, kiedy zamiast opisem, człowiek kieruję się okładką… Przeczytanie tej książki zajęło mi dość sporo czasu, tym bardziej, że ma ona ponad 500 stron. Ale w końcu zebrałam się w sobie, dobrnęłam do końca i patrząc na całość historii, niczym szczególnym mnie ona nie zaskoczyła, bo niektóre wydarzenia były już od samego początku do przewidzenia. Jednakże historia sama w sobie nie była zła. Wycięłabym z niej jakieś 150 stron i myślę, że wtedy moja ocena byłaby wyższa … Tyle opisów, przemyśleń… Ale może tak być powinno, bo w końcu to literatura piękna, po którą raczej nie sięgam ;) Nie będę Wam książki odradzać, bo myślę, że znajdzie ona na pewno swoich zwolenników, jednakże jeśli tak jak ja, myślicie, że to thriller, to od razu mówię, że go tu nie znajdziecie… Literatura obyczajowa z dobrze zarysowanym portretem psychologicznym głównej bohaterki – tak bym to ujęła ;) życiowa, przygnębiająca, klimatyczna i rozwleczona…
"Kiedy będziemy deszczem" to moje drugie spotkanie z autorką. Pamiętam, że kilkanaście lat temu jej książka "Czuły punkt" zrobiła na mnie duże wrażenie i spodziewałam się po tej czegoś wow. Długo na mnie czekała i kurczę...mogła jeszcze poczekać.
Powiedzieć, że czuję się oszukana i rozczarowana, to jak nic nie powiedzieć. Opisy sugerują, że dostaniemy tu historię z pogranicza thrillera, jakieś tajemnicze zaginięcie tego typu sprawy...a tutaj w ogóle tego nie ma. Liczyłam, że będziemy śledzić detektywów przy pracy, ale niestety srogo się zawiodłam. Nie pamiętam już dokładnie, ale łącznie zajął jakieś 3-4 rozdziały, które wyglądają jak dopisane na kolanie, bo się komuś przypomniało, że taki wątek miał się tu pojawić. Czytając można zapomnieć, że ona zagięła...
Inga to bohaterka, z którą nie mogę sympatyzować. Irytowała mnie bardzo, już sama nie wiem czym bardziej. Inga sama o sobie mówi "kura domowa" i faktycznie o tym jest ta książka - o znudzonej życiem trzydziestoparolatece. W kółko czytamy o tym jak mijają jej dni, a każdy kolejny wygląda praktycznie identycznie.
Marc - mąż Ingi - to tragiczna postać. W tym sensie, że nie wiadomo po co on tam istnieje (tak samo jak większość drugiego planu). Snuje się gdzieś na obrzeżach, wiecznie z telefonem albo piwem w ręku. Serio nie ma chyba ani jednej interesującej sceny czy dialogu z jego udziałem.
Najbardziej jednak denerwowała mnie ciągła zmiana perspektywy i to zupełnie bez uprzedzenia. Czytamy historię z punktu widzenia Ingi żeby akapit dalej przeskoczyć do Robina albo jeszcze kogoś innego. W dodatku fragmenty kursywą to jakaś porażka. Początkowo była sugestia, że są to maile wysyłane przez Ingę...później nie wiadomo czym są, bo to jakiś dziki, pseudofilozoficzny strumień świadomości.
Wszystko w tej powieści było to nudne i miałkie. Nie złapałam więzi z bohaterką. Nie czułam niepokoju - mimo iż autorka chyba w swoim mniemaniu chciała podsycić to uczucie opisami z perspektywy kogoś kto ciągle Ingę obserwuje (no naprawdę nie idzie się domyślić kto...wcale a wcale).
Brakowało mi w tej historii jakiś emocji. Czekałam i czekałam aż wreszcie się rozkręci, a zorientowawszy się, że już dawno jestem za połową straciłam nadzieję na jakieś łupnięcie, czy zwrot akcji.
Inga to matka dwójki dzieci, która nie do końca czuję się szczęśliwa w swojej obecnej sytuacji życiowej. Poznaje Robina, który jest od niej młodszy. Nawiązują nić porozumienia i dzielą się wspólną pasją, jaką jest łucznictwo. Ich znajomość zaczyna nabierać tempa, i żadne z nich nie wie jak się zatrzymać.
Moja kolejna pozycja od @wydawnictwo.kobiece to nie lada gratka dla czytelnika, który ceni sobie dość dobrze wykreowane postacie, które wręcz mącą w głowie. Zaszyłam się z z tą książką pod kocem i nie chciałam jej kończyć. Zaczyna się jak thriller - zaginęła kobieta, Polka mieszkająca w Holandii, żona i matka. Wychodząc na spacer z psem... już nie wróciła... Jednak dla mnie to nie był thriller, a powieść obyczajowa/psychologiczna. Czy to źle? Nic z tych rzeczy. Postać Ingi będzie mi jeszcze długo chodzić po głowie.
Został przedstawiony tu świat Ingi, życie niespełnionej matki i żony. Kobiety, którą codzienność, ilość obowiązków i zadań, przytłoczyła do takiego stopnia, że chciała zniknąć. Jej mąż żył obok, był, ale dekoracją w domu. Temat dla mnie bardzo ciekawy, sama jestem mamą, żoną z mnóstwem obowiązków, które nie zawsze ogarniam. W niektórych momentach, kiedy Inga się frustrowała ja ją rozumiałam,bo sama często jestem w takich stresujących sytuacjach. I to sprawiło, że ta powieść mnie wciągnęła do samego końca.
Fabuła tutaj płynie wolno, nie ma wielkich zwrotów akcji bo autorka opisuje prawie każdy żmudny dzień/miesiąc Ingi. Co jakiś czas Inga pisze do kogoś mejle. Książka liczy ponad 500 stron i jest w niej o wiele więcej opisów niż dialogów,więc czytałam ją zdecydowanie dłużej. Akcja dochodzeniowa zaczęła się pod koniec historii. Nie było to jakoś bardzo zaskakujące i zdecydowanie pierwsza połowa bardziej mi się podobała. Nie zawsze wszystko ma szczęśliwe zakończenie. Ta powieść jest napisana życiem, bez koloryzowania i naciągania rzeczywistości, pozostawiła we mnie jakąś melancholię. Polecam na zimny jesienny wieczór!
Moje pierwsze spotkanie autorką, wypadło dość specyficznie. Oczywiście nastawiałam się na mocno wciągający thriller, a dostałam niespieszną powieść obyczajową.
To niezwykle klimatyczna, mroczna opowieść o kobiecie, której sekrety i tajemnice wyłaniają się z każdą stroną. Atmosfera jest ciężka, mroczna, a podczas czytania towarzyszy nam ciągły niepokój. Co do samej fabuły, to byłam zaciekawiona, chociaż są tu momenty przegadane i wtedy ta powieść trochę mi się dłużyła. Jednak ten stateczny, choć plastyczny styl, na pewno znajdzie swoich fanów.
Było poprawnie, chociaż to, że czytanie przeciągało się w czasie, trochę tej powieści ujmuje. Mimo tego, nie żałuję sięgnięcia po nią i wejścia w rolę obserwatora ludzkich zachowań.
Inga de Graaf, żona i matka dwójki dzieci, wychodzi pewnego dnia na spacer z psem, z którego już nie wraca. Zaniepokojony mąż zgłasza jej zaginięcie na policję. Służby są bezradne - wydaje się, że kobieta znikła bez śladu. Jedyną użyteczną poszlaką zdają się być maile wysłane przez nią do przyjaciółki, z których żaden nie doczekał się wiadomości zwrotnej. Historia, którą opowiadają te listy przedstawia zupełnie inny obraz Ingi, mroczny i pełen tajemnic. Czy jednak to wystarczy do jej odnalezienia?
"Kiedy będziemy deszczem" to ciekawa podróż po ludzkich uczuciach, bolączkach i porywach serca. Wbrew wrażeniom jakie czytelnik może wysnuć po przeczytaniu zajawki na "plecach" książki, nie będziemy mieć tu do czynienia stricte z kryminałem, lecz z dobrze napisaną powieścią obyczajową. Inga - przytłoczona codzienną rutyną trzydziestoczterolatka, za wszelką cenę próbuje wyrwać się ze szponów przytłaczającego ją życia. Szukając ratunku, diametralnej zmiany, która pozwoli szukać pozytywów na przyszłość, na swojej drodze spotyka młodego mężczyznę - Robina, który obudzi w Indze dziewczynę, której głos zdawało się już dawno zatraciła.
Powieść Dominiki van Eijkelenborg to podróż po nieodsłanianych zakątkach duszy, po pragnieniach wywołujących rumieniec wstydu na policzku, to w końcu rozdrapywanie ran, które starano się zaleczyć. Wyjątkowa, mądra, nienaiwna książka o odnajdywaniu siebie, łapaniu haustami ulotnych chwil i ponoszeniu tego konsekwencji. Książka uzmysławia, że każde zachowanie ma swoje konsekwencje, a miłość to potężne uczucie, po którym trzeba poruszać się uważnie, ze szczególną ostrożnością, niczym po cienkim lodzie.
"Kiedy będziemy deszczem" to powieść o kobiecie dla kobiet. Być może powieść ostrzeżenie, powieść inspiracja, by coś zmienić?
Opis książki obiecuje thriller bądź kryminał - NIC. BARDZIEJ. MYLNEGO. To jest dziwne połączenie powieści psychologicznej z obyczajówką i romansem. A początek i koniec śledztwa zamyka ten twór *epilog wyłączam z tej wyliczanki bo to niemalże opowiadanie* Dużo opisów, mało dialogów - a jak już są, to takie trochę, hm... Sztuczne? Albo wyciągnięte z książek Brontë *obojętnie której z sióstr*, a akcja 'Kiedy będziemy deszczem' to XXI w.! Do tego jeszcze czułam podskórnie jakieś moralizatorskie nuty. ZAPŁACISZ ŚMIERCIĄ ZA ZDRADĘ, CHOĆ PRAWIE NIC O TOBIE NIE WIEM. To idealnie podsumowuje całą fabułę.