Jump to ratings and reviews
Rate this book

Białe noce

Rate this book
Ola, studentka z Warszawy, poznaje w Petersburgu Siergieja. Wówczas nie wie jeszcze, jak bardzo pobyt w tym magicznym mieście odmieni jej życie. Tytułowe białe noce spędzają razem. Tuż przed powrotem nieoczekiwanie jej serce ponownie zaczyna bić mocniej, ale tym razem do… brata Siergieja, Aleksandra, który właśnie wrócił z wojny w Czeczenii. Książka o skomplikowanych relacjach, odwadze i oddaniu w imię trudnej miłości.

167 pages, Paperback

First published November 14, 2016

Loading...
Loading...

About the author

Marika Krajniewska

19 books1 follower

Ratings & Reviews

What do you think?
Rate this book

Friends & Following

Create a free account to discover what your friends think of this book!

Community Reviews

5 stars
3 (15%)
4 stars
4 (21%)
3 stars
8 (42%)
2 stars
4 (21%)
1 star
0 (0%)
Displaying 1 - 3 of 3 reviews
Profile Image for Kasia Tkacz.
212 reviews10 followers
August 3, 2020
To niewątpliwie odpowiednia książka w odpowiednim dla mnie czasie. Totalnie nieplanowana lektura, poza kolejnością, poza planami, bez sugerowania się jakimikolwiek opiniami, ale zdecydowanie bardzo udana.
"Białe noce" to wzruszająca, nieduża książka zawierająca w sobie bardzo, bardzo wiele... To obrazek różnorakiej miłości z przeszkodami. Listy do brata, z których wyziera wielka, głęboka wrażliwość...To także walka o marzenia i walka z marzeniami. Ponadto miłość, wojna, uczucia i ich brak. Zrozumienie i nieporozumienia. Oczekiwania i oczekiwanie. Dusze, które kiedyś były iskierkami a teraz tworzą koloryt miasta, jego specyficzny i magiczny zapach i klimat. Magia miejsca i jego realny nadrealizm - nad rzeką Newą, koloryt Rosji, Petersburga. Ciekawy język, nieoczywiste, bardzo plastyczne i wyraziste porównania, wyszukany dobór słownictwa.
Wszystkie te elementy tworzą historię dziwnej, a wręcz tragicznej i trudnej miłości Oli i Siergieja podczas tytułowych białych nocy. Studentka z Warszawy na zagranicznej wymianie w Sankt-Petersburgu i on - Siergiej, do tego białe noce spędzane razem oraz on - jego brat, Aleksander (Saszka), który wrócił właśnie z wojny w Czeczenii. Do kogo mocniej zabije serce Oli? Kto ją urzeknie? Jaki wpływ mają na bohaterów magiczne miasto oraz jeszcze bardziej magiczne białe noce? Jak na ich zachowanie, charakter, poglądy rzutuje ich przeszłość, miejsce urodzenia czy wychowania? Miłość, wojna, braterstwo, kalectwo, rodzicielstwo...Wszystko przepięknie podane i opakowane ze smakiem. Mnóstwo głębokich przemyśleń, cytatów godnych zapamiętania lub chociażby wrócenia do nich w odpowiedniej chwili...

* Pragnął równie łapczywie i intensywnie, nie znajdując tego, czego szukało serce. O co prosiło i wołało. O normalność. O najzwyczajniejszy w świecie pokój.

* Próbowałem cieszyć się tym, że się cieszę.

* Usłyszałem, jak wciąga głęboko w płuca wiosenne powietrze. Zrobiłem to samo i poczułem aromat miasta. A w nim — intensywnym i kruchym zarazem — zebrała się mieszanina miejskiego kurzu, rześkości powietrza, nutka kwitnącego bzu, surowość klimatu, moc majowych promieni, szczypta północnego wiatru i coś magicznego, niewypowiedzianego, zaskakującego, tajemniczego, co pozwala trwać w przekonaniu o ulotności, finezji i całkowitej nierealności białych nieprzespanych nocy. Było w tym zapachu coś jeszcze. Jeden niezwykły składnik, który dał się odnaleźć tylko tutaj. To historia, przeszłość miasta wybudowanego na bagnach, miasta, które pochłonęło setki ludzkich istnień. Niemożliwe stało się możliwe, w całej swej okazałości i majestatyczności prężyło dumnie pierś jak on sam — Piotr I — na terenie twierdzy Piotra i Pawła.

* W zapachu tego miasta było zaklęte cierpienie. Krążyło nad Newą w postaci białych mew, w których tkwiły niewinne dusze.

* Ola się dziwiła. Za każdym razem, nabierając głęboko w płuca powietrza, dziwiła się temu aromatowi, którego nie dało się ani opisać, ani napotkać gdziekolwiek indziej. „To dusze”, mówiłem jej. „Każda dusza kiedyś była iskierką i teraz, gdy przyroda budzi się z zimowego snu, wszystkie one, dotknięte historią, zbierają się nad Newą, nie dając ludziom spać. Miliony dusz skrzą się, tworząc białe noce”.

* Wyglądało na to, że uwielbia to miasto. Ulice, place, niczym nieograniczona przestrzeń, dzięki której — jak mówiła — czuje się wolna i wyzwolona. Taka właśnie chciała być. Wolna. Bez przeświadczeń, stereotypów narzuconych przeszłością, brakiem zrozumienia czy nietolerancją. Wolna od narzucanych ideałów, wymuszanych wszystkich świętych.

* Zbierałem jej zwierzenia jak perełki, chowając do szkatułki.

* Lubiła deszcz. Nawet wtedy, gdy była szczęśliwa. Tak jak teraz. W mieście białych nocy. To zupełnie odwrotnie niż ja. Ja nie lubiłem deszczu. Zawsze kiedy zaczynał swoją pionową podróż, bałem się, że zmyje mapę, którą namalował mi los.

* Nie odezwała się, tylko uśmiechnęła w duchu, dziękując komu tylko tam się dziękuje za to, że ma rodzinę i własny kąt.

* Uwielbiałem swoją matkę. Nie będę oryginalny. To najważniejsza kobieta w moim życiu. Dość często o tym myślałem. O przewadze uczuć, o ważności i hierarchii miłości, jaką serce każdego człowieka jest w stanie spłodzić i co najważniejsze — wyhodować. Iskierki mają to do siebie, że szybko gasną. Miłość była dla mnie właśnie taką iskierką. Przynajmniej do czasu, kiedy spotkałem Olę.

* Z przedpokoju usłyszeliśmy głos matki. Niezwykły, z nutą radości ekstremalnej — tak ją kiedyś nazwaliśmy. To taki rodzaj radości, który nie tyle był zarezerwowany na specjalne okazje, ile wyrywał się z piersi okrzykiem niepohamowanej swobody szczęścia. Moja radość byłą daleka od ekstremum. Nie znałem jej w takiej postaci. Miałem nadzieję, że wszystko przede mną, jednak bardzo się myliłem.

* Dziwna miłość, która nie umierała, tliła się dostojnie. Miłość umiera zawsze zbyt wcześnie. Wygasa, wypala się, zanika. Tak każe życie, takie pisze rozprawki. Wstęp — zbyt szybki i pochopny, rozwinięcie naćkane gniewem i roszczeniami i zakończenie — nagłe, absolutne.

* Ale między tym wtedy i tym teraz zdarzyło się coś, czego nie byłem w stanie przewidzieć. To ja zawiniłem, bo wtedy pozwoliłem jej na roztargnienie. Na wzrok, który nie znalazł mojego wzroku i powędrował do kogoś, kto przez cały wieczór nie spuszczał jej z oczu. Patrzyłeś na nią spokojnie. Zbyt spokojnie.

* To nie jest łatwe — powiedzieć najbliższej jak dotąd osobie, że bliskości już nie ma, że brak pożądania, że miłość, która była ślepa, przejrzała wreszcie na oczy i zobaczyła innego. To ona płakała, a nie ja.

* Nie liczyła się materia, lecz duch. A duch miasta i białej nocy unosił się wokół; spowijał swoją magiczną, ledwie wyczuwalną aurą tabuny turystów, zachwyconych tym, co się im eksponuje, i mieszkańców, żyjących w innej rzeczywistości, w tej prawdziwej — szaro-burej, często niepojętej, brudnej, chorej, niestabilnej, ale swojej, ukochanej.

* Ulice Petersburga obserwowały dwoje młodych ludzi, uświadamiających sobie z zaskoczeniem, z przerażeniem, z uniesieniem i z kiełkującym lękiem swoje uczucia. A dookoła wszystko pozostawało bez zmian. Stare kamienice stały z całą swoją powagą, będąc milczącymi świadkami
nowej historii, jak kiedyś, jak zawsze. Błądzili po mieście, bojąc się tego, co nieuchronne, przeciągając na siłę niewinność spojrzeń i dotyku, choć oboje pragnęli zdecydowanie więcej. Udawali, że nie czują pożądania, a tak naprawdę rozpalało ich do bólu, do postradania zmysłów. Białe noce były sprzymierzeńcem tej gry — nie pozwalały zabłądzić w ciemnym zakamarku miasta, aby wyrwać się z oków sztucznej przyzwoitości, której już dawno nie było w ich świadomości. Okłamywali się, napawając się słodyczą przydeptywanych myśli.

* A gdyby ich nie kochała, to nie musiałaby. Wtedy mogłaby, gdyby chciała. Mała różnica. Ale dość znacząca. Nie miał jej tego za złe. Musiała z miłości, ale on tak nigdy nie chciał. Chciał chcieć, choć uważał, że nigdy mu się to nie przytrafi. Dlatego bał się miłości. Bał się miłosnego zniewolenia, które nieuchronnie miało doprowadzić do owego „muszę”.

* (...)razem z tymi dziwnymi, niepohamowanymi, natarczywymi uczuciami, nieproszonymi zupełnie, które wzięły się nie wiadomo skąd, przyszedł druzgoczący ból. Skąd, do jasnej cholery? Ten ból wypalał w środku dziurę, wwiercał się z mózg, wykrzywiał twarz...

*Wystarczyło jej zagubienie i jego pewność siebie, aby zapomnieć o najbliższym człowieku...

* A właśnie, jaka ona była, brat? Jaka jest teraz? Czy wiesz o niej cokolwiek? Kto ma pierwszeństwo? Czy ten, kto wie, czy ten, kto wiedzieć chciał i chce nadal, czy może tylko ten, co patrzy, ale nic nie rozumie?

* — Lubisz kawę?
— Tak, dwie płaskie łyżeczki i do połowy zalać wrzątkiem — odpowiedział bez chwili namysłu.

* Skąd to wszystko wiem? Nie wiem. Może usłyszałem, może wymyśliłem. Nie wiem.

* Nie pamiętałem, czy kiedykolwiek aż tak się bałem. Raczej nie, ponieważ nigdy przedtem nie miałem ku temu okazji. Nigdy przedtem nie musiałem się bać o drugą osobę. Bliską, potrzebną, kochaną. Teraz strach mnie paraliżował. Bałem się o Aleksandra, który znalazł się w ostrzelanym wojskowym samochodzie. Bałem się o matkę, której trzeba będzie powiedzieć o tym, że jej ukochany pierworodny wróci do domu bez nóg. O ojca, który znienawidzi samego siebie za to, że był dumny z syna, strzegącego porządku na wrogiej ziemi. O siebie też się bałem, bo nie byłem pewny, czy będę potrafił stawić czoła nowej rzeczywistości.

* Dzisiaj nie zaśnie. To te białe noce. Męczące, niezgrabne w swych aspiracjach do romantyczności.

* Była sama. Chociaż już nie do końca. Rodził się w niej bunt. Rozwijała niemoc. I strach. O to, że wszystko, co było między wami, było wielkim gównem, z którego narodzi się nowe życie. A jeśli to nie ty miałeś być ojcem? Skąd ta twoja cholerna, pierdolona pewność, brat? I teraz, po tym wszystkim, chciałeś, żebym to ja odegrał bohatera? Doskonale wiedziałeś, że to zrobię, brat. Zrobię to.

* W domu zapanował chłód. Większy niż kiedykolwiek. I tylko „co teraz?” było mówione, szeptane, wykrzykiwane, dukane. Na różne sposoby — z pytajnikiem lub wykrzyknikiem na końcu. Padało,
toczyło się, wisiało w powietrzu. A teraz nic. Najpierw w myślach, niewypowiedziane, potem wywrzeszczane do zdarcia gardła, do utraty głosu. A łzy już nawet nie próbowały się wydostać z oczu. Uspokajało jedno. Poczucie, że cząstka jego rozwijała się w niej.

* Łapiąc oddech, zgubiliśmy swój czas. Nie mieliśmy już go. Ani tego, co było, ani tego, co miało nadejść. Mieliśmy za to dość milczenia z wyrzutem. Mieliśmy dość zabierania głosu.

* Wydawało jej się, że jest pusta w środku. Puściusieńka jak niepotrzebne pudełko po butach na
jeden sezon, zostawione na wypadek, gdyby się kiedyś przydało, ale się nigdy nie przydawało. Ani myśli, ani uczuć. Kompletnie nic.

* Czasami, pomimo odległości, czuje się czyjąś bliskość. Czasami jednak ktoś, kto stoi metr od ciebie, jest oddalony o lata świetlne przekonań, zdarzeń, które wydarzyły się wyłącznie w czyjejś świadomości.

* (...)wycofywała się i zostawiała mi przestrzeń, której tak bardzo potrzebowałem. Której ona potrzebowała — bo zostawiając mnie w spokoju, miała pewność, że ja też dam jej spokój.

* Czułem się jak worek bez dna, do którego codziennie pakowałem porcje smutku, tęsknoty i miłości.

* Nie miałeś i mieć nie chciałeś, ponieważ nie słuchałeś. Patrzyłeś tylko beznamiętnie, nieuważnie. Tak samo nieuważnie, jak ja opowiadałem i pokazywałem. Każdy z nas myślał o tym samym, bynajmniej nie o usłyszanym, bynajmniej nie o opowiedzianym.

* Te wszystkie obserwacje miały być moje. Męża i ojca. Miały być. Patrzyłem uważnie na nią — swoją żonę, kobietę, którą kochałem miłością własną i miłością mojego brata. Kochałem za dwóch.

* Mój anioł chował skrzydła pod warstwą wełnianego szarego swetra, zapinanego na duże kolorowe guziki, przepasanego paskiem z frędzlami.

* Są takie chwile, kiedy cisza ciąży swoim nadmiarem. Są takie chwile, kiedy czuje się ciężar, niedający się z niczym porównać. Nagle spada on na człowieka, chociaż i tak było już niewyobrażalnie ciężko. I tylko tyle, brat.
Profile Image for Paulina Samonek.
5 reviews
September 11, 2020
Jest to powieść o wyborach i ich konsekwencjach. O miłości i jej braku. O uprzedzeniach i relacjach międzyludzkich.
Displaying 1 - 3 of 3 reviews