Lato 1917 roku – Teodor Grossmann, odznaczony Krzyżem Żelaznym bohater walk na froncie zachodnim, przybywa na zasłużony urlop do spokojnego Königsberga… Tak przynajmniej wygląda to w oficjalnych dokumentach, bo mężczyzna naprawdę nazywa się Fiodor Grigoriewicz Wielikow i jest doskonale zakonspirowanym rosyjskim szpiegiem.
Jego zadaniem jest odnalezienie Wunderwaffe, zagadkowej i rewolucyjnej broni, wspomnianej w ostatnim meldunku od zamordowanego agenta. Przed nim leży Königsberg – nieznane i uwodzicielskie miasto, oplecione siecią intryg, okutane mgłą niedopowiedzeń i zawieszone w kruchej równowadze wzajemnych układów.
Wielka Wojna, w odróżnieniu od reszty Europy, zwłaszcza zachodniej, w świadomości Polaków praktycznie nie istnieje. Przyczyn tego jest wiele, ale jest to też, ta amputacja niezwykle ważnej części historii świata, powodem odmiennego widzenia współczesności przez ogół Polaków niż przez pozostałe narody. Z tego powodu z radością witam wszelkie dobre publikacje na temat I wojny światowej, nawet te nie będące literaturą faktu. A może, jeśli są naprawdę dobre, szczególnie te?
Michał Gołkowski, współczesny (ur.1981) rodzimy lingwista, tłumacz, autor felietonów oraz esejów, a dla mnie przede wszystkim pisarz, uwiódł mnie literacko swą serią powieściową „SybirPunk”, której akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. Z niejaką więc obawą sięgałem po pierwsze powieści z cyklu „Stalowe szczury” należącego do całkiem innej bajki, gdyż do steampunka osadzonego w czasach IWŚ, czyli do historii alternatywnej, która jest podgatunkiem szczególnie trudnym, gdyż łatwo można w nim przekroczyć granicę między akceptowalnym a infantylnym. Dwie pierwsze odsłony serii, połączone osobami bohaterów oraz ciągłością wątków i wydarzeń, ku mojemu zaskoczeniu, bardzo mi się spodobały. To chyba pierwszy przypadek, gdy steampunk naprawdę przypadł mi do gustu. Sięgając po „Königsberg”, trzeci tom „Stalowych szczurów”, myślałem, że wiem, czego się spodziewać. Wkrótce się okazało, jak bardzo się myliłem.
W nowej powieści znany z pierwszych dwóch klimat wojny okopowej Wielkiej Wojny, oddany z zadziwiającą plastycznością, bardziej przekonującą niż w niejednej powieści stricte historycznej, ustępuje czemuś całkowicie nowemu. Oto mamy opowieść szpiegowską z czasów I wojny, rozgrywającą się w Königsbergu, delikatnie tylko muśniętą steampunkiem i alternatywną wersją dziejów. Dzieło oryginalne i nowatorskie, świetna fabuła wzbogacona o wątki romansowe, niezwykle śmiało wykreowane postacie; dawno nie natrafiłem na coś tak nowego, niebanalnego i co należy również pokreślić - dopracowanego. Jeśli nigdy nie przekonaliście się do steampunka, to nic nie szkodzi – po tę powieść można sięgnąć bez uprzedniego poznawania dwóch poprzednich z cyklu, a w niej samej, jak wspomniałem, kanon jest ledwie zaznaczony.
Sposób, w jaki Gołkowski oddał klimat tamtych czasów, z tej prawdziwej wersji historii, wydaje mi się jedną z najbardziej udanych literackich prób, jakie podjęto, i udało się to pomimo specyficznej konwencji dzieła, która przecież z definicji z prawdą niewiele ma wspólnego. Opowieść wciągnęła mnie i wręcz zachwyciła. Teoretycznie nie znajdziecie w niej wielkiej głębi, aspiracji do Wielkiej Literatury, cokolwiek to jest, ale za to jest bardziej przekonująca i choć absolutnie fikcyjna, budzi wrażenie bardziej autentycznej niż niejeden przykład literatury faktu. Po „SybirPunku” wiedziałem, że autor jest zdolny do rzeczy genialnych, lecz nie wiedziałem, czy to nie przypadek pokrewny do Franka Herberta (jedna powieść kultowa, inne coraz słabsze). Po pierwszych dwóch „Stalowych szczurach” stwierdziłem, że chyba zawsze będzie można liczyć na to, co co najmniej bardzo dobre, lecz po „Königsbergu” widzę potencjalnie jedno z najlepszych polskich piór, nie tylko współczesnych.
„Königsberg” poznałem w formie audiobooka, w którym tekst czytał Filip Kosior (wydanie Fabryki Słów) i muszę przyznać, że sprawił się na piąteczkę. Śmiało można sięgać po audio jako równorzędną alternatywę dla literek.
Mam nadzieję, że jeśli kiedyś „Königsberg” zostanie zekranizowany, to Michał Gołkowski nie skusi się na współpracę z tandeciarzami. Dzieło ma potencjał na hit międzynarodowy. Tymczasem gorąco polecam powieść – jest co!