Sięgnęłam po tę książkę, mimo że sam tytuł wydawał mi się nieporozumieniem. Miałam jednak nadzieję, że jest to zwykły chwyt marketingowy, a sama pozycja będzie traktować o sytuacji na Bliskim Wschodzie i pomoże mi jeszcze lepiej zrozumieć, co tam się dzieje i jak się to zaczęło. Częściowo miałam rację i dostałam odpowiedzi, bo książka ta to zbiór artykułów i wywiadów na przestrzeni lat (od lat 60.). Fallaci przeprowadza wywiady m. in. z Arielem Szaronem, Goldą Meir, Jasirem Arafatem, Kaddafim, Chomeinim – i te są najbardziej interesujące, choć czasem zadaje ona idiotyczne pytania (ale jak sama twierdzi, to rozmówca ma sobie z nimi poradzić). Fallaci pokazuje głównie konflikt Izraela i Palestyny i nie ma tu ani słowa o islamie (kwestia tej religii pojawia się dopiero w rozmowie z Chomeinim, ale i tak jest znikoma). I po tej bardzo interesującej części, gdzie Fallaci jest głównie korespondentką, następuje rozdział szósty – ostatni – który składa się z dziewięciu tekstów, a zaczyna od tekstu o 11 września 2001 r. Ten rozdział jest koszmarny. Nie da się go czytać. To tu mamy tytułową nienawiść. Bo „korzenie nienawiści” dotyczą samej Fallaci i jej nienawiści do islamu. Z korespondentki stała się komentatorką wydarzeń. Kobieta, która cały czas szczyci się tym, że była w Wietnamie, a potem obserwowała z bliska konflikty na Bliskim Wschodzie, pokazuje nagle swoją pogardę do wszystkiego, co ma cokolwiek wspólnego z islamem. Jeśli chciałbyś jej wytłumaczyć, że nie wszyscy muzułmanie to terroryści, to dla niej jesteś proislamski i antyamerykański. O tak, bo z tego rozdziału wychodzi również umiłowanie Fallaci do Ameryki. Ciekawą rzeczą jest też to, jak bardzo jest ona sama w sobie sprzeczna. Mam wrażenie, że na starość po prostu zgłupiała. Jej tekst o tym, jaka to Ameryka jest wspaniała, jak bardzo sobie ceni Wolność i Równość, wprawił mnie w osłupienie. Jej pochwała amerykańskich kolonizatorów, którzy walczyli o niepodległość kraju, co według niej jest słuszną wojną, każe mi się zastanawiać, czy ona przespała lekcje historii o rdzennych Amerykanach, którym w imię wolności zagrabiono ziemię, rozpito i ulokowano w podzięce w rezerwatach; nie wspominając już nawet o niewolnictwie czarnych. Jaka wolność, kobieto?! Fallaci to kobieta, która wyśmiewa tych, którzy mówią, że Bush jest odpowiedzialny za wojnę w Iraku. Która twierdzi, że Ameryka nie potrzebuje ropy, więc przystąpiła do wojny z innych pobudek. Która mieni się ateistką, ale CHRZEŚCIJAŃSKĄ (!), która wypomina Arabom zajęcie Hiszpanii i Portugalii wiele wieków wcześniej, która jest wdzięczna Izabeli Kastylijskiej za ich wypędzenie, ale ani razu nie zająknie się o krucjatach. Która w swej nienawiści nie ma pełnego obrazu rzeczywistości. Mało tego. W tym rozdziale jest też tekst „My kanibale i dzieci Medei”, który traktuje – najogólniej mówiąc – o nauce. Jest to paplanina głównie o embrionach i komórkach macierzystych. Fallaci pisze tam o HOLOKAUŚCIE embrionów. Ona, która przeżyła II Wojnę Światową, która – jak często podkreśla – znała Żydów, którzy kończyli w komorach gazowych. To rozdział, w którym Fallaci porównuje naukę do ognia i jak sama pisze: „A jednak Nauka jest jak ogień. Może zdziałać wielkie dobro i wielkie zło. Jak ogień może cię ogrzać, zdezynfekować, uratować, albo też spopielić. Zniszczyć. I tak samo jak ogień często robi więcej zła niż dobra” (s.505). Nie, pani Fallaci, ogień nie jest ani dobry, ani zły. Po prostu jest, ale trudno przyjąć inne rozwiązanie, jeśli świat postrzega się zero-jedynkowo. Kilka zdań później pisze o tym, jak korzysta z tej ZŁEJ nauki, bo musi przechodzić radioterapię, podczas której czuje się samotna jak te embriony w zamrażalce. Wiele mnie kosztowało czytanie tych bzdur. Jej pseudoateizm, jej konserwatyzm („nie jestem Konserwatystką” s. 545), jej pogarda dla islamu przy wychwalaniu chrześcijaństwa (och, była inkwizycja, obozy zagłady, ale zmądrzeliśmy – SERIO?!). Jej uwielbienie Ratzingera. Naprawdę bardzo trudno się to czyta. Nawet Leonardo da Vinci oberwał: „Nie zdawał sobie z tego sprawy nawet wybitny Leonardo da Vinci, który jako malarz przedstawiał wspaniałe Madonny i wspaniałe Mony Lisy oraz wspaniałe Damy z Gronostajem, jako naukowiec oferował jednak swoje usługi Ludwikowi Sforzy i projektował machiny wojenne, wówczas jeszcze niewiarygodne i niesłychane. Superarmaty, superpistolety maszynowe, superczołgi, superhelikoptery do bombardowania ludzi” (s. 505). Pani Fallaci najwyraźniej nie ma pojęcia na czym polega ewolucja oraz postęp. Od kobiety, która widziała na własne oczy tyle przemian politycznych w XX wieku oczekiwałam dużo więcej. Dużo więcej zrozumienia, otwartości, ale niestety bardzo się pomyliłam.