Jacek Bocheński, pisarz, publicysta, opozycjonista, działacz licznych instytucji kulturalnych. Rocznik 1926. Kilka lat temu powiedział sobie: „Masz klawiaturę, ekran w komputerze. Jest świat naokoło. Zapisuj, co tobie i światu się zdarzy. Pisz Blog. Zobaczymy, jak ci pójdzie.” Po czym odkrywa, że w pisaniu blogu nie chodzi o literaturę, lecz o życie. Bloger nie tyle pisze, ile „potwierdza swoje ego: ja jestem” Jak zatem „jest” Jacek Bocheński? On sam twierdzi, że zwyczajnie. Ale cóż to za zwyczajność, w której przeplatają się pijackie scenki spod osiedlowego marketu, ze wspomnieniami o Konstantym Ildefonsie – Gałczyńskim kopiącym własną sztuczną szczękę, z przejmującymi przemyśleniami o stosowaniu tortur, z anegdotami z przyjęć i sylwestrów, reminiscencjami wojennymi, cierpkimi komentarzami na temat bieżących wydarzeń politycznych i pewną dozą ironicznych komentarzy na temat Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej Służew nad Dolinką i jej mieszkańców. I jeszcze kobiety, którym autor kupuje ciasteczka, ostrzegając lojalnie, że spotkanie opisze na blogu. Pasjonująca lektura dla ludzi ciekawych… wszystkiego.
Powieść-niepowieść. Mający 82 lata autor zaczyna pisać blog. Przyznam, że jest to ciekawa mieszanka dojrzałej retoryki i próby ujęcia jej w nowoczesną, interaktywną formę. Tak więc z jednej strony czytamy kąśliwe relację sąsiedzkiego życia w małej ojczyźnie – Osiedlu Służew nad Dolinką, po chwili śledzimy rozwój wyimaginowanej miłości, aby zaraz potem pogrążyć się w mrocznych przemyśleniach na temat faszyzmu i nacjonalizmu.
Te ostatnie urzekły mnie szczególnie. „Blog” pisany jest na przestrzeni lat 2009-2014. Celne spostrzeżenia z tamtego okresu w roku 2020 i 2021 znów zyskują na aktualności. Śledząc sytuację polityczną w Polsce, można dzięki tej książce spojrzeć wstecz i zrozumieć, jak do tego doszło.