Mark Rothko's iconic paintings are some of the most profound works of twentieth-century Abstract Expressionism. This collection presents fifty large-scale artworks from the American master's color field period (1949–1970) alongside essays by Rothko's son, Christopher Rothko, and San Francisco Museum of Modern Art curator of painting and sculpture Janet Bishop. Featuring illuminating details about Rothko's life, influences, and legacy, and brimming with the emotional power and expressive color of his groundbreaking canvases, this essential volume brings the renowned artist's luminous work to light for both longtime Rothko fans and those discovering his work for the very first time. A textured case and large-scale tip-on on the front cover round out this sumptious package.
Christopher Rothko, a writer and psychologist, is actively involved in managing the Rothko legacy by organizing and presenting exhibitions of his father's work around the globe.
Very informative book on this influential artist that looks at his Color Field Paintings. It took me awhile to appreciate the abstract nature of this type of painting; but I found that it was due to the expectations I brought with me. Now I try to view works of art separate from any conceptualization I may have. I credit Rothko with helping me see this.
Rectangles, colors, fuzzy edges, are what Rothko uses to get us, his audience, to probe our emotions. I don’t know if I would go as far as his son, Christopher, does in his sparse introduction, but I can understand when he states that these simple combinations of form and color ‘touch us because they know exactly “where we live.” They speak to us, imparting a message akin to “this is what it feels like to feel this way.” They are essentially the painted expression of what it is to be human and alive, filled with joy and sorrow, aspiration and despair, fears and hopes, and fears about our hopes."’
And I appreciate Janet Bishop’s observation that this shape/”un-shape” that Rothko presents us is akin to “what we see every time we open our eyes, so omnipresent that we are rarely aware that it is there.”
I really like Rothko and although no book will do his paintings justice, this one was a nice overview that was not overwhelming with info while providing nice context
A digital book form is probably not the best way to experience a Rothko painting.
That said, there's a quality to staring at these works that elicit something else beyond the simplicity of the image. The two dimension pieces seemingly transforms to have qualities like wetness, cloudiness, misty, floating, depth and with all these and the colors, a sense of feelings emerge.
Hope to visit an actual painting sometime this year.
Dla wszystkich tych, którzy zawodowo piszą o sztuce współczesnej prawdziwym przekleństwem jest to, że szeroko rozumiani abstrakcjoniści chwycili za pióro i nader ochoczo – poza tworzeniem sztuki rzecz jasna - zabrali się za produkcję różnego rodzaju manifestów artystycznych, a z czasem - zazwyczaj wówczas, gdy doszli do naprawdę fajnych pieniędzy – stali się prawdziwymi celebrities, do których chętnie pielgrzymowali dziennikarze różnej maści, starając się uzyskać wyjaśnienie dla szerszych mas publiczności, o czym jest ta sztuka nowoczesna. Takie ikony sztuki awangardowej jak: Pablo Picasso, Salvador Dali, Max Ernst, Andy Warhol, Jackson Pollock, Francis Bacon czy Jean – Michel Basquiat przebili się do szerszej świadomości, niż wąski krąg kolekcjonerów i krytyków, a ich nazwiska opromieniły się nimbem sławy niekoniecznie wyłącznie z powodu ich działalności na niwie artystycznej. Abstrakcjoniści jak nikt inny w historii pojęli w mig, że dzieło sztuki, wchodząc na rynek, staje się towarem i źródłem utrzymania dla artystów i marszandów (ew. handlarzy) i nic lepiej nie nakręca popytu na twórczość i nazwisko artysty, jak skandal i kontrowersja.
Problem z hermetycznością sztuki abstrakcyjnej jest spowodowany w głównej mierze jej unikalnym, własnym językiem, który nie przystaje do tego, do czego publika mogła przywyknąć. Poprzednicy abstrakcjonistów bowiem hołdowali zasadzie, zgodnie z którą nadrzędną funkcją sztuki była jej mimetyczność. Artystyczna awangarda całkowicie zerwała z wszelką figuratywnością, radykalnie odrzucając posłannictwo sztuki jako naśladowanie rzeczywistości. Nawet osoba dość dobrze orientująca się w historii sztuki bywa nierzadko zakłopotana przy konfrontacji ze sztuką nowoczesną, mając problem z odpowiedzią na pytanie, co przedstawia, ewentualnie jaki jest temat danego obrazu, rzeźby czy instalacji. Być może więc rację ma Masza Potocka, która w swoim bezlitośnie obśmianym, wręcz wyszydzonym w internecie wykładzie w MOCAK-u stwierdziła, że sztuki współczesnej się nie rozumie, sztukę współczesną się czuje. Cały ambaras rzecz jasna tkwi w tym, gdy doświadczenie emocjonalne widza nie idzie w parze z zachwytami krytyków. Brutalna prawda jest zatem taka, że bez ukierunkowującego komentarza odautorskiego sztuka abstrakcyjna często bywa nieczytelna. Prawdziwy problem zaczyna się jednak wówczas, gdy ten komentarz urasta do rangi jedynie słusznej wykładni, a taki grzech niestety popełnia większość osób piszących o sztuce współczesnej.
Jednym z pierwszych, którzy poza potęgą malunku dostrzegli moc drzemiącą w słowie pisanym był Kazimierz Malewicz. W tym samym roku, w którym wystawił słynny Czarny kwadrat na białym tle napisał swój manifest Od kubizmu do suprematyzmu. Nowy realizm malarski, choć prawdziwy wysyp traktatów artystycznych przypadnie na okres jego zatrudnienia w Bauhausie. Cóż wynika z Malewiczowskiego manifestu? Zamierzeniem artysty było odrzucenie służebnego wobec państwa, społeczeństwa czy religii charakteru sztuki, która w jego zamyśle miała być nieużytkowa, nieprzedstawiająca i przez to budować w widzu świat duchowych doznań, a nie intelektualnych, rozumowych konotacji. Aby to osiągnąć Malewicz postulował maksymalne uproszczenie form i redukcję palety do podstawowych barw i kształtów tak, aby stanowiły wartość samą w sobie. Skutkiem ukazania się drukiem tekstów Malewicza jest to, że w każdym opracowaniu mu poświęconym obowiązkowo powielana jest teza, iż jego sztuka uosabia zwycięstwo człowieka nad światem, cywilizacji nad naturą i ładu nad chaosem, zaś siła Czarnego kwadratu na białym tle leży w milczeniu, jakim emanuje. Wszyscy piszący o Malewiczu i suprematyzmie jak jeden mąż powtarzają w ślad za artystą, że jego najsłynniejszy obraz to naga pozbawiona ram ikona swego czasu, a stworzony przezeń kierunek artystyczny buduje nową realność pozarozumową, stanowi drogę do wolności przede wszystkim w wymiarze duchowym, przezwyciężając pozorne sprzeczności świata logiki trójwymiarowej i łącząc przeciwieństwa w wyższej jedności. Tymczasem będąc w Galerii Tretiakowskiej, jego najsłynniejsze dzieło nie pozostawiło we mnie żadnych doznań o charakterze duchowym, jak również nie zbudowało we mnie żadnej nowej pozarozumowej realności. Śmiem twierdzić, że to właśnie „klasyczne” malarstwo Caravaggia (czyli to zdegenerowane malarstwo, które obrosło przedstawieniami figuratywnymi zasłaniającymi zdaniem Malewicza „prawdziwą”, „czystą” ideę sztuki) było skłonne natchnąć mnie mistycznie w przeciwieństwie do kompozycji suprematycznych. Swoje spostrzeżenia skonfrontowałem z innymi członkami moskiewskiej eskapady, którzy z Tretiakowskiej wyszli tak samo nieuduchowieni, jak do niej weszli. Rezultat więc był taki, że Malewicz ze swoim suprematyzmem pozostawił mnie całkowicie nieuduchowionego, mimo że wszyscy eksperci twierdzili, że jego kompozycje wręcz tchną duchowością i potencjałem filozoficznym.
Kazus Malewicza stał się matrycą pisania o tych, którzy pozostawili po sobie radosną twórczość własną w postaci odautorskich komentarzy pod adresem własnego dorobku. Wszyscy piszący o Mondrianie obowiązkowo sięgają po artykuły publikowane przezeń w De Stijl. Każdy mierzący się z dorobkiem Kandinskiego filtruje go przez pryzmat tego, co sam artysta napisał w Punkcie i linii a płaszczyźnie. Na naszym rodzimym gruncie obserwujemy dokładnie ten sam manewr w publikacjach poświęconych m.in. Strzemińskiemu i Kobro.
W taki sam sposób napisana została również recenzowana pozycja. Matrycą, na której osadzony został tekst stanowią liczne udzielane przez Rothkę wywiady, w których był uprzejmy stwierdzić, że jego obrazy z okresu color-field painting to przykład „bezwyznaniowego” malarstwa religijnego, a w każdym razie malarstwa „uduchowionego”. Jeżeli bowiem widz wybuchał przed obrazem Rothki płaczem, to zdaniem malarza przeżywał on to samo religijne doświadczenie jakie miał malarz podczas pracy twórczej. Czy aby na pewno obrazy Rothki z tego okresu to malarstwo uduchowione? To, że pewne stany emocjonalne wyrażają się określonymi reakcjami nie ma nic wspólnego z przeżyciem religijnym, bo płacz, śmiech, depresję, ekstazę itp. może wywołać wiele różnych impulsów, w tym i środki farmakologiczne, o ile są w stanie wpłynąć na ośrodkowy układ nerwowy. Człowiek pod wpływem narkotyków może zatem przeżywać stan oceniany jako euforyczny, śmiejąc się do rozpuku lub depresyjny, wypłakując sobie oczy, ale nie ma on nic wspólnego z przeżyciem religijnym. Śmiech, płacz, agresja itp. są więc behawioralnymi reakcjami na określony zespół impulsów, związanymi z pozytywnym lub nieprzyjemnym doznaniem fizjologicznym. W malarstwie Rothki oszczędność środków, paleta barw, format, a także warunki ekspozycji obrazu, co było dla malarza bardzo istotne, pozbawione jakichkolwiek konotacji wartościujących, na którym to systemie wartości ufundowana jest każda religia czy wierzenie są - czy się to akolitom Rothki podoba, czy nie - tylko i wyłącznie zespołem impulsów fizjologicznych sprzyjających budowaniu i wyzwalaniu określonych stanów emocjonalnych. Jeśli wszystkie elementy ekspozycji są prawidłowo zastosowane, widz ulegnie określonemu stanowi emocjonalnemu, bo taka jest jego fizjologia. Jak trzeba, będzie się śmiał, jak trzeba – płakał. Tak funkcjonuje homo sapiens sapiens.
Nie stawiam autorom tej publikacji zarzutu, że sięgnęli po wywiady malarza, lecz mam do nich pretensje, że na tych odautorskich komentarzach Rothki pod adresem własnej twórczości ta publikacja całkowicie poprzestała. Słowa samego artysty stały się więc jej punktem wyjścia i jednocześnie punktem zamknięcia. Każdy postęp w nauce jest możliwy dzięki kontestacji zastanych rozwiązań i tego elementu polemicznego w tej książce całkowicie brak. Autorytet twórcy i jego własny komentarz betonują dyskusję, urastając do rangi Prawdy Objawionej i Jedynej Słusznej Wykładni, zaś każdy próbujący spojrzeć inaczej lub poddający ten komentarz w wątpliwość jest sekowany jako dopuszczający się herezji wbrew ustalonym Dogmatom i Interpretacyjnemu Kanonowi. Ta publikacja nie wniosła nic ożywczego do stanu mojej wiedzy. Nie powiedziała mi nic ciekawego na temat twórczości Rothki z okresu color-field painting. Mimo że te kompozycje malarskie trafiają w mój gust i chętnie powiesiłbym sobie coś takiego na ścianie, to w dalszym ciągu nie wiem, dlaczego są to obrazy wybitne i warte setek milionów dolarów. Wracając do Maszy Potockiej – być może ma ona stuprocentową rację. Choć nie potrafię intelektualnie wyjaśnić malarstwa Rothki czuję, że jest ono dobre, bo jakoś (ale właśnie jak???) do mnie przemawia. Jednakże głębokie pokłady empiryzmu, którymi jestem przesiąknięty, domagają się wyjaśnienia, skąd to przeczucie. Ta publikacja niestety wbrew oczekiwaniom nie ujawniła tego źródła.
While not containing my favorite works of his, this is still an excellent crash course-esq (possible) introduction to Rothko's emotional and expressive style and haunting use of colors.
"The new canvases by Rothko and his peers were perplexing to some, including one New York Times critic who found himself "nonplussed" and "befuddle[d]" by paintings that Rothko and his peers presented in a 1943 group show. The now legendary reply from Rothko and fellow exhibitor Adolph Gottlieb offered a full defense of the poetic nature of their approach, the importance of risks, and the essential experiential connection between the viewer and the art—all characteristics that would remain completely consistent for Rothko even as his work underwent stylistic changes in the coming years."
"As soon as Rothko began exhibiting these new works, his colleagues and critics took note of color as a key component of their expressive capacity. The combinations Rothko favored varied considerably, but they were rarely as expected as, for instance, complements on the color wheel. He was especially drawn to fiery oranges and reds, and in fact Henri Matisse's The Red Studio (1911), in MoMA's collection, was a longtime favorite painting. In 1957, Rothko's palette got darker, and his very last works, from 1969 and 1970, were dominated by black and gray."
"For as much as the discussion of his work pointed to color, Rothko himself claimed that to appreciate the paintings solely in terms of their color relationships was to "miss the point." "I am not interested in relationships of color or form or anything else," he elaborated. "I am interested only in expressing basic human emotions—tragedy, ecstasy, doom, and so on..." For Rothko, a canvas that was purely decorative was meaningless. The success of a painting was not just about aesthetics, but about how and what that painting communicated. And he sought to translate the journey of making the paintings to his viewers." - Janet Bishop
At least most of the paintings featured here have vivid colors to catch the eye, unlike the terminal detritus to be found in Rothko Chapel. Still, a background shade with two rectangles posed on top never grows more complex. A deep fondness for Rothko's color-field paintings might be compared to those whirling dervishes who twirl until they pass out or those monks who meditate so long their mind has no remaining connection to reality. The accompanying essays try to convince us otherwise.
The large color reproductions of many of Rothko's pieces are quite nice in this book. I really would have liked to see on each title/description page for each painting where it is located instead of having to flip back and forth to the image credits at the end, which became cumbersome. The foreword and essay are VERY BRIEF and underwhelming. The book is basically just a nice coffee table book filled with nice large color photos.
These are great works, but screen is not a suitable medium. These paintings are meant to be viewed in person, covering most of the observer’s field of view. On a tablet screen they are more of a bizarre artifact.
Picked this book up from the Santa Barbara Museum of Art! I was shocked seeing one of his books there, as it's (as of late) been difficult to find books about his works/life at any type of book store or even online. It was neat to see this at a museum, and definitely had to have it for my collection.
The foreword and pictures of his work are wonderful; great quality of pictures too! I will love having this out on a coffee table or bookshelf to look at time and time again.