W Pozwól rzece płynąć Michał Cichy znów wyrusza w podróż po najbliższej okolicy i obserwując drzewa, ludzi i niebo, układa osobistą mitologię codzienności. Przemierza Ochotę, by odkryć w niej „cały świat”, swoją wioskę w mieście, indywidualny raj. Raj to na miarę człowieka, czasami niedoskonały, czasami porażający obojętnością, zawsze bliski, ale czasem zdumiewający na nowo. Ten sześciomiesięczny spacer od zimy do lata jest także swoistym traktatem o postrzeganiu, otwieraniu się na codzienność, stawaniu się jej częścią. To także książka o miłości, pokorze, a przede wszystkim zgodzie na los.
Studiował historię i historię sztuki. Pracował w „Gazecie Wyborczej”, w jury Nagrody Literackiej Nike i dla Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie. Mieszka na Ochocie. Jego książka, Zawsze jest dzisiaj (2014) otrzymała nominację do Nagrody Conrada oraz zdobyła Nagrodę Literacką Gdynia.
2.5 Być może dałoby się wytłumaczyć tę powieść nowym stylem strumienia świadomości. Być może usprawiedliwiłaby ją pozycja autora-narratora jako nowoczesnego Flaneura, który obserwuje rzeczywistość warszawskiej Ochoty na przestrzeni zmieniających się pór roku. Moim zdaniem jednak żaden z tych argumentów jej nie ratuje. Opisy naszpikowane są górnolotnymi metaforami, do tego stopnia, że opis staje się przydługi i niezrozumiały. Autor-narrator wprowadza komentarze wartościujące, które często są zupełnie niepowiązane z tekstem, prześmiewcze wobec - szczególnie kilku - grup społecznych. Ponadto nagle między opisami wrzucane są refleksyjne cytaty, które służą chyba tylko temu, żeby czytelnik sobie je wyciął i powiesił na ścianie, brzmią jak chwalenie się własną inteligencją, są zupełnie niespójne z treścią. Fantastyczny koncept, dzięki któremu można docenić piękno Warszawy, niestety zatopiony w przeroście formy.
Ta książka stanowi tak dogłębną antytezę wszystkiego, w co wierzę, że powinna nazywać się Nic za śmierć. Absolutnie nie moja literatura, ale z szacunku dla cudzych filozofii dałem dodatkową gwiazdkę — ostatecznie to mój problem, że nie rozumiem.
Facet trochę tylko młodszy od moich rodziców spaceruje po okolicy i notuje przemyślenia. Głównie opisy przyrody, anegdoty na temat okolicznych ludzi i zwierząt, czasem trochę ogólnych obserwacji na temat wszechświata i takich tam. Mieszkałam kilka lat w sąsiedniej dzielnicy Warszawy, więc rozpoznałam kilka miejsc, choć tak naprawdę mógłby pisać o mieście, w którym nigdy nie byłam, byle w Polsce, i nadal miałabym satysfakcję z czytania. Satysfakcję, którą musiałam jednak porcjować - to strumień świadomości, więc zmienia temat nagle i bez ostrzeżenia, więc czytanie więcej niż kilku akapitów naraz wywoływało skołowanie w moim malutkim móżdżku. Dlatego lektura zajęła mi kilka lat, co było zabawne, gdy czasem pogoda, którą widziałam za oknem, synchronizowała się z zawartością - a czasem całkowicie rozjeżdżała. Nie we wszystkim się z autorem zgadzam, na przykład wolę prowadzić mojego psa na smyczy, a niektóre głębokie myśli wydawały mi się zbyt głębokie, ale ogromnie podobał mi się styl, spokojnie relacjonujący nawet przykre historie, dzięki czemu czułam się trochę spokojniejsza za każdym razem gdy sięgałam po tę książkę i trochę mi będzie brakować tego konkretnego uczucia.
Michał Cichy kolejny raz udziela nam lekcji ze sztuki uważności. Z namaszczeniem, wrażliwością na piękno słowa i poszanowaniem każdego istnienia. Jego kolejną książkę czyta się wolno, w skupieniu i zatrzymaniu. I dobrze, że Michał Cichy nadal nas uczy.
A jednak „Zawsze jest dzisiaj” bardziej trafiła w serce. Tutaj medytacyjny rytm czasem usypia. Niektóre wątki zmieniają bieg tej rzeki. Kontemplacyjny spacer z „Zawsze jest dzisiaj” koił bardziej niż mentorskie złote myśli z „Pozwól rzece płynąć”.
Ale i tak warto wybrać się na przechadzkę z narratorem lub usiąść przy jego kuchennym oknie. Zrobić przerwę w działaniu i poistnieć w zgodzie ze światem.
Bardzo ładna i cicha książeczka. Nie jest ona duża, nie ma w niej akcji, ale jest bardzo dużo cennych refleksji i spostrzeżeń. Czytając ją, wydawało mi się, jakbym słuchała czyichś rozmyślań, bardzo podobnie do tego, co czuję, gdy czytam Knausgarda. To ten sposób opisywania rzeczywistości, który jest niewymuszony i nie wymaga wielkich akcji, zdarzeń czy sytuacji.