Nigdy nie miałam w planach czytania tej książki, ale była noc, ja nie mogłam spać, przeglądałam facebooka (higiena snu, wiadomo), zaczęłam czytać o jakieś sprawie kryminalnej sprzed lat, coś tam mi się przypomniało z najntisów, że były czarne marsze przeciwko przemocy, wpadłam w zaklęty krąg kolejnych linków, wiecie jak jest, a potem nagle jest 4 w nocy, a ja czytam „Polskie morderczynie” na Legimi.
I gdybym ja to całe jeszcze łyknęła tej jednej nocy, to bym może to sobie jakoś wybaczyła, ale ja postanowiłam przez kolejne dni brnąć przez tę książkę, mimo, że szybko się zorientowałam, że nic dobrego mnie w niej nie spotka. Jedyne co mogę teraz zrobić (poza zapłakaniem nad zmarnowanym czasem), to powiedzieć wam, żebyście nie szli tą drogą.
Autorka twierdzi we wstępie, że napisała tę książkę „by pokazać, że nic nie jest czarno-białe, że w każdym z nas jest agresja, a bariera pomiędzy nami a bohaterkami tej książki jest płynna.”
Gówno prawda. Bariera pomiędzy większością osób, które sięgną po tę książkę, a jej bohaterkami nie jest płynna. Większość bohaterek ma za sobą bardzo trudne doświadczenia dorastania w skrajnie dysfunkcyjnych rodzinach, w których było bardzo dużo alkoholu, każdego rodzaju przemocy i/lub ekstremalnego zaniedbania. Wiele z nich będąc jeszcze dziećmi miała już swoje doświadczenia z alkoholem, uciekaniem z przemocowego domu, mieszkania z dorosłymi ludźmi niebędącymi ich rodziną. Autorka zdaje się tego wspólnego mianownika jednak nie zauważać, za to w wywiadach (od których naprawdę krwawiły mi oczy) z „ekspertami” (Zbigniewem Lwem Starowiczem i Bogdanem Lachem – „jedynym polskim profilerem”), które umieściła na końcu książki zwraca uwagę na inne czynniki:
„Bonda: Co najmniej pięć moich bohaterek było wychowywanych jak chłopcy. Tatuś chciał mieć synka, urodziła się dziewczynka, więc wychowywał ją po męsku. Czy to przypadek, że znalazły się w więzieniu?
Lew Starowicz: Nie, to nie jest przypadek. Zabójczynie, o których mówimy, mają męskie cechy i zachowują się jak mężczyźni.”
No to teraz jeden z tych tatusiów (najpierw opis bohaterki, a później opis na podstawie akt sprawy, bo tak ta książka właśnie jest ułożona, że najpierw bohaterki opowiadają o czym chcą i przeważnie ostro konfabulują, a później Bonda przedstawia ich historię na podstawie akt sprawy):
Opis bohaterki: „Za każdym razem, gdy się z kimś wiązałam, wiedziałam, że nie będzie drugiego takiego jak mój ojciec. Nikt mu nie dorówna. Nigdy w żadnym związku nie czułam się otoczona takim kokonem bezpieczeństwa. Ale nie potrzebuję pomocy innych – mój problem jest tylko mój i nie chcę się nim dzielić, a zwłaszcza obarczać bliskiej osoby. Tak mam od dziecka”
Opis na podstawie akt sprawy: „Kiedy ojciec żył, też go praktycznie nie było. Siedział w Niemczech, pracował. Kiedy był w domu miał ciągi alkoholowe – pił przez miesiąc, a potem przez kilka miesięcy był abstynentem. Raz truł się relanium, innym razem wypił płyn Borygo. Córka zapewnia jednak, że w domu nie był agresywny. Był za to wielokrotnie karany – w sumie w więzieniach spędził siedem lat.
[…]
Matka Moniki nie pije, ale jest lekomanką. […] Była karana, odsiedziała w więzieniu trzy lata, ale córka nie wie za co.” Później jest jeszcze o tym, że podawała córce alkohol, gdy ta miała 12 lat, a w domu były wieczne awantury. Ale pewnie przyczyn tego, że pijana Monika w pewnym momencie imprezy postanowiła wbić swojemu, równie pijanemu chłopakowi nóż w brzuch, należy szukać w tym, że tata czasami zabierał ją w trasę ciężarówką i wyrosła na chłopczycę.
A jak tatuś nie wychowa dziewczynki jak chłopaka, to i tak dobrze nie będzie, bo z kobietami ogólnie jest problem:
„Lew Starowicz: Często też od dziecka wychowuje się kobietę w przekonaniu, że jest ofiarą. Wtedy cokolwiek by nie zrobiła, za wszelką cenę będzie przekonywała, że to nie jej wina. Czuje się wewnętrznie niewinna, tłumaczy sobie: zabiłam go, bo… A często nawet ma poczucie krzywdy. To typowe dla kobiet – obwinianie innych, a nie siebie.”
Totalnie! Na przykład ta babka, którą konkubent po pijaku regularnie ciął nożem i żyletką, raz przecinając jej oko, na które teraz już nie widzi, a ich związek zakończył się tym, że podczas kolejnej alkoholowej awantury w końcu go zabiła. I jeszcze ma czelność mieć poczucie krzywdy.
Więc ogólnie problemem na pewno nie jest alkohol, który pojawia się w prawie każdej z tych historii, problemem nie jest to, że większość z tych kobiet nie wychowała się w bezpiecznych domach, że system je zawiódł, że w latach 90. wielu ludzi nie miało żadnych perspektyw oraz że do agresji przyzwyczaili je ojcowie/ojczymowie. Problemem jest to, że babeczki się stają ostatnio strasznie męskie. Dajcie spokój, kto to słyszał.
Podsumowując: nie, Katarzynie Bondzie nie chodziło o żadne odkrycie, co sprawia, że człowiek staje się mordercą, tylko o zarobienie kasy na chodliwym temacie jakim są morderczynie (no bo żeby kobitki takie agresywne?). A wywiady z dwoma wspomnianymi „ekspertami” miały potwierdzać jej dziwne tezy i jeszcze bardziej rozpalać wyobraźnię fanów true crime’ów, bo przecież jakby wejść w jakieś rozważania socjologiczne, przytaczać jakieś, nie wiem, dane, badania, to by się zrobiło nudno i jeszcze by musiała korekta merytoryczna wejść, a to dodatkowe koszty.
Na koniec jeszcze cytacik z Lwa Starowicza (swoją drogą, chętnie bym przeczytała książkę porządnie rozliczającą się z tym typkiem i jego spuścizną):
„Bonda: A co z kobietami, które same nie zabijają, a wykorzystują w tym celu innych?
Lew Starowicz: […] A ponieważ trzeba go jakoś do zbrodni nakłonić, mamy tutaj do czynienia z ogromną manipulacją, która kobietom wychodzi zdecydowanie lepiej niż mężczyznom.
B: Jak wiele kobiet wykorzystuje do tego celu na przykład mężczyzn?
LS: Rzadko stykam się z tym w swojej pracy biegłego. Ale przecież nie znamy rozmiarów takich przestępstw. Wiemy o zbrodni tylko wtedy, kiedy wspólnicy ją wysypią […]. Tu nasuwa się taka refleksja – jeśli jest jakieś niewykryte morderstwo, należy się zastanowić, czy w pobliżu ofiary nie było jakiejś kobiety…”