Liczyłam na prościuttą, wesolutką, małą historię o muzyce, a dostałam…bełkot. Bez ładu, składu, a już na pewno muzyki. Za żarciki porozsypywane w przypisach było mi zwyczajnie wstyd, jakbym to, niedajbudda, ja je głośno pomyślała. To było tak złe, zbędne i infantylne, że aż ją sobie zostawię na półce, ku przestrodze. Gratki dla mnie, odhaczyłam najgorszą książkę roku.