Książka napisana przez dziennikarza śledczego. Opisująca realia w tzw Polskiej służbie zdrowia i jak ten cały chory system działa. Forma krótkich wywiadów/wypowiedzi różnych osób studentów ostatniego roku, medycyny, rezydentów, specjalistów, właścicieli POZ. Lekarzy wielu specjalistów. Opis nadużyć, zatrudniania rezydentów w miejsce specjalistów bo taniej. Lekceważenia zdrowia i bezpieczeństwa pacjenta w imię pieniędzy. Opis feudalnego systemu pomiędzy lekarzami. Szalonych dyżurów, które się bierze dla pieniędzy i na których może zejść nie tylko pacjent na skutek pomyłki ale nawet lekarz z przemęczenia. Opis też w jakim sensie rozbitych rodzin bo mam, ojców nigdy nie ma w domu bo są na dyżurze. Pracują do 400 godzin miesięcznie. Wreszcie zarobków od rezydentów, ludzi kończących specjalizacje zabiegowe których się nie dopuszcza do zabiegów a później usuwa ze szpitala bo niewiele im się dano nauczyć a później stanowią koszt. Po za tym blokowanie reform bo to przecież "zepsuje" rynek, pacjent będzie miał dużo łatwiejszy dostęp do leczenia. Przepisywanie specjalnie nierefundowanych leków. Korporacje i inne sposoby by nie dopuszczać młodych lekarzy do specjalizacji, bo po co tworzyć sobie konkurencje. Kombinowanie z prywatnymi klinikami przy szpitalach. Generalnie polecam.
Cytaty:
Ale przecież pan wie, że to lekarze wysyłają na SOR swoich pacjentów. Mówią: zadzwoni pan na pogotowie, zabiorą pana i na SOR będzie pan miał zrobione wszystkie badania, bo inaczej się pan nie doczeka. Jasne, że wiem. To logiczne z ich punktu widzenia, oszukują system, ale ja też zachowuję się logicznie. Odstraszamy, bo inaczej ludzie z katarem kompletnie zablokowaliby SOR.
No więc ten pacjent wraca, a ty jeszcze musisz napisać mu kartę badania, zrobić wywiad, obserwację, wypisać receptę, zwolnienie. To jest bez sensu – bo po co kształcimy lekarza? Żeby gipsował? Żeby wypełniał papierki? Niech to robi ktoś inny. Ktoś mniej wykwalifikowany. Lekarz ma być najważniejszy, on ma decydować o sposobie leczenia. Myślę, że te wszystkie niepotrzebne czynności męczą nas najbardziej.
Mamy mało lekarzy, a ponieważ mamy ich mało, będziemy coraz bardziej zwiększać obciążenie pracą. A to sprawi, że będzie ich coraz mniej. Jedni wyjadą, inni wymrą. Według badań jednej z izb lekarskich lekarze żyją dziesięć lat krócej niż średnia populacyjna.
Jedynie Polacy i Ukraińcy muszą płacić za wszystko sami. I to jest frustrujące. A na dodatek, żeby pojechać do tego Wiednia i uczyć się za swoje, albo muszę wykorzystać na to swój urlop, albo poprosić o urlop szkoleniowy. Jednak warunek, żebym mógł pojechać na urlop szkoleniowy poza granicę Polski, jest taki, że muszę pojechać z wystąpieniem. Z czym mam występować, skoro jadę się uczyć? I w jakiej sprawie mam występować, skoro Polska nie jest krajem, w którym medycyna stoi na najwyższym poziomie? Czyli żeby móc się czegoś nauczyć, muszę zapłacić, stracić urlop albo przedstawić dowód na to, że „występuję”. No to występuję. Ta są jakieś pogadanki, prezentacje, ale uważam, że jest do dziwne, żeby nie powiedzieć: chore. W sumie często mam wrażenie, że zależy tylko nam, młodym. Kolega dostał się na kurs fundacji, która propaguje nowoczesne metody zespolenia kości. Radosny poszedł do szefa i pan profesor powiedział mu: „Nigdzie pan nie pojedzie. Bo ja nic o tym nie wiem”.
To znaczy szukać miejsca na rezydenturze, opłacanej przez ministerstwo albo szpital, który chce dać etat i kształcić specjalistę. Jednak między stażem a kolejnym krokiem jest małe okienko czasowe, zanim się dostanie pełne prawo wykonywania zawodu. I w tym momencie wszyscy się rejestrujemy jako osoba bezrobotna w urzędzie pracy na jeden miesiąc. Proszę sprawdzić, w pośredniakach doskonale znają młodych lekarzy. A więc rejestrujemy się jako bezrobotni, a po miesiącu sami znajdujemy sobie zatrudnienie, czy to na rezydenturze, czy na etacie. Wówczas dostajemy dodatek aktywizacyjny w wysokości około 1100 złotych.
Liczba geriatrów w Polsce znacznie odbiega od średniej europejskiej: w połowie 2014 roku było jedynie 321 geriatrów, czyli średnio 0,8 geriatry na 100 tysięcy mieszkańców. Tymczasem w Niemczech wskaźnik ten wynosi 2,2; w Czechach 2,1; na Słowacji 3,1; a w Szwecji blisko 8.
Liczba osób w wieku 65+ w Polsce wzrośnie w ciągu najbliższych dwudziestu lat o mniej więcej 3 miliony, czyli do 8,5 miliona osób. Rosnący popyt na usługi opieki długoterminowej to trend w każdym starzejącym się społeczeństwie na świecie, jednakże w Polsce należy się spodziewać szczególnie dynamicznego wzrostu (około 6 procent rocznie
Najtrudniej chyba być internistą. Ich pieniądze to jakieś 6 tysięcy złotych brutto miesięcznie. Wtedy do końca życia trzeba dyżurować, żeby jakoś wyjść na swoje. O internistach mówią: plebs. Tak samo mówili kiedyś o pediatrach. Dlaczego młodzi chcą masowo być anestezjologami? Bo tu skok finansowy jest ogromny. Etaty anestezjologów to 15–20 tysięcy złotych. Oczywiście dochodzą do tego dyżury, no bo kto zrezygnuje z dyżurów. Chirurg zarabia około 15 tysięcy. Kardiochirurg − 35 tysięcy. Neurochirurg − 45 tysięcy.
Ale jest jeszcze druga grupa lekarzy. To są lekarze chorzy psychicznie. Niektórzy zresztą byli leczeni w naszym szpitalu, a dziś sami w nim leczą. I w tym trzeba się odnaleźć. Trzeba z nimi pracować. Ale najlepszy numer to ci, którzy zaczynali w korporacjach, potem leczyli się psychiatrycznie, a teraz są specjalistami na oddziale. Proszę się nie śmiać, ja mówię serio!
Liczyłem, że w końcu się zwolni jakieś miejsce szkoleniowe. Zwolniło się rzeczywiści i jako wolontariusz zacząłem specjalizację – czyli znów pracowałem za darmo. To jest jakaś forma niewolnictwa i wolontariat powinien być zakazany, ale dla mnie to była jedyna możliwość.
Tutaj na oddziale zabiegowym chodzi tylko o dostanie się do stołu operacyjnego. To jest sens wszystkiego. Musi pan wiedzieć, że w polskiej medycynie panuje feudalizm. Najwięcej spijają ci, którzy są na górze. A ci, co są na dole, czyli młodzi lekarze, dostają ochłapy, jeśli w ogóle coś dostają. Dlaczego? Starsi boją się uczyć młodszych, bo boją się konkurencji, bo boją się, że może młodszy będzie lepszy. Młodzi lekarze nie są dopuszczani do roboty. Na operacje mogą patrzeć zza pleców, ewentualnie być trzecią czy czwartą parą rąk, potrzymać haki.
Jakim prawem dajemy dodatkowe rezydentury akurat w tym województwie! Jak pan myśli, skąd ta reakcja? Domyślam się, że konkurencja. Lekarze, właściciele gabinetów stomatologicznych poczuli się zagrożeni? Zgadza się. Docierali do ministerstwa, lobbowali: jakim prawem? Dlaczego tutaj? U nas wcale nie jest tak źle. Prawda jest taka, że o liczbie potrzebnych rezydentur decydują konsultanci wojewódzcy, czyli specjaliści z poszczególnych dziedzin medycyny, farmacji itd., których powołuje wojewoda w porozumieniu z ministrem zdrowia. Wydawało się, że system jest w miarę obiektywny. Nie przewidzieliśmy, że konsultant w danym województwie nie będzie myślał: „Jak to cudownie mieć tak wielu specjalistów, którzy będą leczyli ludzi”, a pomyśli: „Będzie ich za dużo, to mi tutaj popsują rynek i koledzy mi żyć nie dadzą”.
Medycyna jest sztuką? A przypadkiem nie czystym biznesem? Co to znaczy, że nie można stosować lekarstwa, które uważa się za pomocne, tylko takie, jakie życzy sobie NFZ? Dlaczego lekarze są ograniczani w kierowaniu na badania? Gdzie jest ta sztuka? Gdzie jest mój wybór? Sprowadzają nas do elementów systemu, trybików od wypełniania papierków pod dyktando urzędników. * * * Lekarz, członek zarządu okręgowej izby lekarskiej: Spójrzmy na podstawową opiekę zdrowotną. Jednostka POZ ma płacone od pacjenta, który jest do niej zapisany. No to niech pan pomyśli, gdzie tu jest biznes? Płacą za pacjentów, którzy są zapisani niezależnie od tego, czy przyjdą, czy nie przyjdą. Biznes jest prosty – niech zapisze się do mojego POZ jak najwięcej pacjentów i niech nikt nie przychodzi się leczyć. Bo leczenie to koszt. Trzeba zapłacić doktorowi, sprzątaczce, zlecić jakieś badania. W moim interesie jest działać szybko, po łebkach, nie wgłębiać się, wtedy wychodzę spokojnie na swoje. Dlatego lekarze z POZ nie chcą się szkolić, pogłębiać wiedzy. Jakie szkolenia? Nam płacą stawkę kapitacyjną. Zarabiamy na tym, że do nas nie przychodzą. A dentyści? Biją się o kontrakty z NFZ.
Oczywiście możemy pisać pisma, interweniować. Mogę powiedzieć na odprawie, co się stało. Wypełniam raport lekarza dyżurnego i tam też mogę napisać: „Pacjent został przyjęty na oddział bez mojej wiedzy i podczas mojej nieobecności, decyzją lekarza SOR”. Ale wtedy oni się oburzą, że my się skarżymy, że donosimy na nich. Typowa polska mentalność.
Więc co robicie? Nic, siedzimy cicho i liczymy, że się uda. I to jest generalna zasada odnosząca się do całej polskiej ochrony zdrowia. Od NFZ, przez szpital, lekarzy, pielęgniarki, po najniższy personel. Wszyscy zapominają, po co ten system istnieje. Co jest najważniejsze. A najważniejszy powinien być pacjent. Tymczasem każdemu chodzi o własny interes. NFZ, dyrektor, ordynator, lekarze liczą pieniądze nie po to, żeby dzięki nim ratować ludzi, a po to, żeby bilanse się zgadzały. * * * Lekarka z miasta wojewódzkiego: Być może najgorsze jest to, że przestajemy się dziwić, że przyzwyczajamy się do rzeczy nienormalnych. Na przykład w naszym województwie brakuje miejsc w szpitalach psychiatrycznych. Ciągnie się samodzielny dyżur i nagle przywożą bardzo agresywnego pacjenta. Trzeba go przyjąć na oddział. Nie można oddać, bo nigdzie nie ma miejsc. Ale nie ma żadnej wolnej izolatki. I co robić? Kładzie się takiego pacjenta na stołówce! Facet jest agresywny dla lekarza, innych pacjentów, ale nic innego nie da się zrobić. Trzeba go kłaść na stołówce, bo taka jest rzeczywistość.
„Łowcy skór”, czyli pracownicy pogotowia, którzy pozwalali pacjentom umierać albo ich wręcz uśmiercali, bo za dostarczenie zwłok mieli działkę od firm pogrzebowych. Tylko że to działo się w Łodzi. W Łodzi? Niech pan przestanie. Wierzy pan, że Łódź była jakaś szczególna? Wszędzie byli „łowcy skór”. Przyszedłem do pogotowia i zaraz zrozumiałem, jak to działa.
Lekarz anestezjolog: Nie oszukujmy się, niebawem publiczny system ochrony zdrowia będzie czymś w rodzaju systemu dla biedoty. Tak jest w Ameryce, gdzie szpitale publiczne to takie przytułki, często prowadzone przez Kościół. Zresztą to już się dzieje, coraz więcej ludzi leczy się tylko prywatnie. Ja też, mimo że jestem lekarzem, nie korzystam z „państwowej służby zdrowia”, chodzę do prywatnych gabinetów. W państwowych czeka się długo, bywa niemiło. A prywatna wizyta? Moim zdaniem nie jest droga. Nie do końca rozumiem ludzi. Zdrowie się pogarsza, a my żałujemy stówy na wizytę? Wydać stówkę na mechanika albo fryzjera jest OK, a wydać stówkę na lekarza to już dramat? * * * Doświadczony chirurg: Ludzie nie rozumieją, że medycyna to są duże pieniądze. Nie takie, które uzbiera pan Kowalski, nawet jeśli jest dość bogatym człowiekiem. On może sobie uzbierać na leczenie przeziębienia albo operację zaćmy. Ale są dziedziny medyczne potwornie drogie, czyli onkologia, transplantologia, kardiologia inwazyjna. Słyszę nieraz: „Płacę składkę zdrowotną od dziesięciu lat, a nie choruję. Po co mi ta składka? Gdybym odkładał na konto, byłoby mnie stać na wszystko”. No ile człowiek sobie odłoży? Dwadzieścia tysięcy złotych? A jeśli po dziesięciu latach okaże się, że jakaś pani ma raka piersi? Przez pięć kolejnych lat będzie dostawała chemioterapię. A miesięczny cykl kosztuje 40 tysięcy złotych. Przecież po dwóch miesiącach ona zbankrutuje.
A gdyby było tak jak w Europie Zachodniej, gdzie są ubezpieczenia, ale pacjent za wizytę u specjalisty płaci dodatkowo 20 czy 30 euro? Gdyby u nas płacił 20 złotych, nawet 15 złotych, to już by było coś. Po pierwsze, zlikwidowałoby się wiele bezsensownych wizyt pacjentów, a po drugie, ludzie zaczęliby bardziej szanować wizyty u lekarza. Wiele osób chodzi do lekarza tylko po to, żeby pogadać, bo nie ma z kim. Mnie się wydaje, że ludzie muszą zacząć płacić, bo inaczej się nie da. Tylko nie ma woli politycznej, żeby wprowadzić współpłacenie, bo ktokolwiek rządzi w tym kraju, boi się o tym mówić.
Ale słyszałem, że jest taki, który ma dziewięćdziesiąt lat. Operuje rozszczepy podniebienia u dzieci, bo nie ma następcy.
Nasz oddział ma 500 tysięcy złotych straty. I choćbyśmy nie wiadomo co robili, nie jesteśmy w stanie tego zminimalizować. To jest oddział zabiegowy, zawsze będziemy mieli powikłania, bo taka jest chirurgia. Sprzęt mamy całkiem niezły, materiałów używamy takich, jakich się używa w Europie Zachodniej. Ale na tym, na czym da się oszczędzać, to się oszczędza. Kupują nam chińskie rękawiczki i chińskie ostrza, które po przecięciu skóry są już tępe, do wyrzucenia.
Zwiększało to szanse pacjenta na przeżycie. I to właśnie wywołało absolutny protest środowiska onkologicznego. Dlaczego? Pacjent nie ma czasu stać w kolejce. Musi ratować życie. Będzie szedł drogą alternatywną do publicznej służby zdrowia, czyli prywatną. Dlatego nie było w niczyim interesie likwidowanie kolejki.