Ziemowit Szczerek rusza na wyprawę po krainie wetkniętej między Niemcy, Rosję a Turcję, między trzy morza: od Petersburga po Stambuł i od Donbasu po Rugię.
Autor zabiera nas w intrygującą podróż po pograniczach dawnych imperiów i religijnych wpływów, czujnie wypatrując, czy "międzymorskie" państwa i ich obywatele są faktycznie połączeni nierozerwalną siecią podobieństw i zażyłości.
Dygresje o architekturze. Rozmowy na ulicach, dworcach i w barach. Setki przejechanych kilometrów. To wszystko składa się na fascynującą opowieść i złożony obraz rozhuśtanej gwałtownymi przemianami współczesnej Europy, która próbuje na nowo zdefiniować swoje korzenie.
Dziennikarz portalu Interia.pl, współpracuje z „Nową Europą Wschodnią”, autor opowiadań publikowanych m.in. w „Lampie”, „Studium”, „Opowiadaniach” i E-splocie oraz współautor wydanej w 2010 r. książki pt. Paczka radomskich. Pisze doktorat z politologii, zajmuje się wschodem Europy i dziwactwami geopolitycznymi, historycznymi i kulturowymi. Jeździ po dziwnych miejscach i o tym pisze. Ostatnio najbardziej inspiruje go gonzo i literatura / dziennikarstwo podróżnicze. Laureat Paszportu „Polityki” 2013 za książkę Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian.
Na pierwszy rzut oka można nie dostrzec w Szczerku nikogo więcej, niż epigona, a doceniając indywidualny styl, twórczego kontynuatora barda środkowo i wschodnioeuropejskich zadupi, połączonych siecią w mniejszym lub większym stopniu rozlatujących się dróg - Andrzeja Stasiuka. Nic bardziej mylnego :) O ile bowiem obaj panowie sięgają do słowiańskiego zakątka Europy (niezależnie od tego, czy mamy na myśli rzeczywistą czy oniryczną przestrzeń), to różnią się diametralnie. Andrzej Stasiuk kapitalnie odnalazł się w formie felietonów lub snuciu wewnętrznego monologu, w których nie ocenia, a próbuje ocalić od zapomnienia widoki, które odchodzą w niebyt. Niekiedy przeplata to wartościującą refleksją, ale głównie to fantastyczny zapis przemyśleń, obrazów, uchwyconych chwil, czasami już tylko powidoków. Nostalgiczno-melancholijny, w najlepszym tych słów znaczeniu opis naszej części świata. Ziemowit Szczerek zaś rejestruje rzeczywistość zaangażowanym okiem reportażysty. Zaangażowanym, bo wielokroć nie waha się ostro i subiektywnie ocenić. Doceńmy to jako czytelnicy, bo każdorazowo sięga wtedy z pasją po argumenty, a oddać należy sprawiedliwość, że nie strzela nimi na ślepo, tylko starannie je wyważa. Nie-rzeczywistość traktuje zresztą równie poważnie, co daje mocny efekt, bo pozwala ukazać stereotypy i populistyczne hasła ogołocone z hałaśliwej otoczki, w swoich często niespójnych metodach opisywania świata i relacji w nim zachodzących, takimi jakie są - bezradnymi w konfrontacji z własnymi ograniczeniami. "Bo przyjdzie Mordor..." był tylko wstępem i smakowitą rozgrzewką. Teraz przychodzi czas na poważniejsze prace i "Międzymorze" jest doskonałym prognostykiem tego, co może czytelników czekać ze strony Szczerka jako wnikliwego komentatora procesów społeczno-politycznych. Kciuków już raczej trzymać nie trzeba, bo pozycję wypracował sobie mocną.
To był 2015 rok. Ostatni dzień rowerowego wypadu po górach Czarnogóry, ostatnia atrakcja wyjazdu - rafting kanionami Tary i Pivy. Nasza baza jest w Bośni, a właściwie w Republice Serbskiej. Pontonem steruje przesympatyczny młody bałkański byczek, który chwali się, jak kiedyś z bratem ubili niedźwiedzia, co buszował w okolicy. Po kilku lodowatych wodospadach, emocjonujących chwilach na kataraktach, w którymś momencie rozmowa schodzi na tematy polityczne. "Co dalej z Republiką Serbską?" W Bośni - wiadomo, bez sensu. -Czy chcieliby do Serbii? Nieeee, bo Ruscy. -Czy chcieliby do Czarnogóry? Nieeee, bo gówniana Unia Europejska. No to co? "Najlepiej by nam było, gdybyśmy byli sami. Niezależni."
I o tym jest ta książka. Styl Szczerka bardzo mi odpowiada, bo pije wódkę z młodymi byczkami i doskonale potrafi wyciągnąć to, co im w głowach siedzi.
Zastanawiam się, co powiedzieć o tej książce. Najbardziej ujęło mnie chyba to, że Szczerek potrafił opisać tę naszą Europę Środkową jako zarazem krainę sprzeczności oraz jako continuum, gdzie jedno płynnie przechodzi w drugie, znaleźć jakąś esencję każdego z tych krajów i jego mentalności, ale także mentalności Mitteleuropy jako takiej. I to jest mądre, nieprzegięte, już nie takie luzackie i ogniste jak za czasów "Mordoru", bo mam wrażenie, że Szczerek z wieloma rzeczami w naszej rzeczywistości zdążył się pogodzić, nawet jeśli ich nie polubił. (Choć to ostatnio je chyba trochę też, choćby na zasadzie syndromu sztokholmskiego). Lubię u niego, że nawet jeśli ocenia, to bez pogardy i niechęci. Co znajduje kulminację w końcówce, gdzie przychodzi mu się pogodzić z Polską licheńską i zbesztać tych, którzy próbują ją wypierać - ale zwiastują to już wcześniejsze fragmenty. Jeśli coś mi przeszkadza, to chyba mało odkrywcza puenta, w której Szczerek komentuje nasz najnowszy dryf ku zamordyzmowi i obskurantyzmowi. Nie, żebym miał mu tu coś do zarzucenia, bo to sama prawda - ale może zabrakło mi dostrzeżenia czegoś pod powierzchnią, jak wcześniej, kiedy Szczerek "tylko" patrzy, bez presji "przejścia do ostatecznych wniosków". Ale może powierzchnią rzeczywiście nie ma nic więcej niż to nasze rozchwianie między Wschodem a Zachodem. I tak się będziemy kołysać pewnie po wsze czasy. W każdym razie Szczerek na pewno ma oko, umie patrzeć, słuchać i komentować, a ja wychodzę z tej lektury trochę bardziej pogodzony z rzeczywistością. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, zważywszy na to, dokąd ta rzeczywistość zmierza, no ale mądry dystans (którego nie należy mylić z obojętnością) to jednak wartość, więc doceniam.
Mam generalnie taką zasadę, że dopóki książka mnie strasznie nie wkurzy, to ją kończę. Nawet, gdy nie za bardzo mi się podoba. Nawet, gdy już wiem, że między mną a autorem nigdy nie będzie dobrego przelotu, że mówimy innym językiem. A ja naprawdę dałam tej książce szansę! Dwie szanse! Na boga, czytałam tę książkę podróżując po Bałkanach, czy da się wymyślić lepsze dla niej tło? Niestety pretensjonalność autora rozwaliła mnie na łopatki. Coś, co można bez większych strat na ciele i umyśle łyknąć w formie notki na blogu, jakiegoś nawet większego felietonu albo opowieści kumpla na piwie staje się kompletnie niestrawne w takiej objętości. Miałam co rusz wrażenie, że to nie o to Międzymorze tu chodzi, nie o historię, nie o kulturę, tylko o osobę Ziemowita Szczerka i jego "zabawne" bon-moty, "celne" spostrzeżenia i "barwne" metafory. Do tego wszystko to przemieszane i poplątane, trudno wręcz nadążyć, o czym właśnie czytamy. Ta formuła może i działa w przypadku wytrawnego reportażysty, ale nie tu, nie w takim natężeniu i nie w tak przesadzonej, "ziomalskiej", ubitej niczym piana i w efekcie irytującej jak cholera formie. Przestałam się łudzić, że kiedykolwiek do tej książki wrócę, a szkoda, bo temat arcyciekawy. Dwie gwiazdki, bo zdaję sobie sprawę, że komuś się to może podobać, a autor tak totalnie bez warsztatu wcale nie jest, tylko do mnie ten jego warsztat zupełnie nie trafia. Plus za ładną okładkę :)
Szczerek pisze szczerze i bez owijania w bawełnę. Do tego celnie. Dosłownie i w przenośni jest to podróż nie tylko przez peryferyjną Europę od wybrzeży Bałtyku po wybrzeże Morza Czarnego - ale i przez nacjonalistyczne kompleksy, którymi te peryferia żyją. Smutne to, przygnębiające, ale prawdziwe. A przy tym Szczerek nie wywyższa się i nie wpada w protekcjonalny ton. Dlatego to takie dobre.
„[...] to całe Międzymorze, tylko się od siebie kiełbasami różni. Od ćevapčiciów na Bałkanach i paprykowej suchej na Węgrzech, po suchą w Czechach i Słowacji, przez miękką i wilgotną w środku w Polsce do twardej i sprasowanej w krajach bałtyckich i znów miękkawej, podejrzanej, z grudkami tłuszczu, w słowiańskiej Europie Wschodniej.”
Ważna książka o relacjach centrum- peryferie. Trudna do czytania za sprawą bezkompromisowości sądów i nielinearnych podróży po Europie.
Niestety tylko dwie gwiazdki dla tej książki. Męczyłam się z nią cztery miesiące. Właściwie nie wiem dlaczego - tematyka mi odpowiadała, styl też nie był zły. Może to nagromadzenie kultur, przeskakiwanie z jednego kraju do drugiego i dość pobieżne ich opisanie sprawiło mi takie trudności w szybkiej lekturze.
Czyta się świetnie, a przede wszystkim daje do myślenia. Jest jakaś wspólnota słowiańska, czy nie? Czy Polsce bliżej do Węgier, czy do Rumunii, a może nawet Bośni? Czy ktoś jeszcze wierzy w demokrację? O co mają pretensje Litwini do tamtejszych Polaków, a Węgrzy do wszystkich dookoła?
Znalazłem błędy w nazwach miejsc, więc pewnie w książce jest więcej nieścisłości. Ale broni się: porusza dużo nieoczywistych tematów o sporej grupie krajów, ale nie zmienia się w wykład. Rozdziały płynnie i sensownie przechodzą jeden w drugi.
Ziemowit Szczerek to stała jakość, ale po lekturze dwóch jego książek (wcześniej "Tatuaż z tryzubem") doszedłem do wniosku, że wolę go w małych, felietonowych dawkach. Jego pełne różnorakich rozważań reportaże jednak za bardzo zlewają się w całość, gdy chłonie się je w dłuższej formie. W przypadku "Międzymorza" nie pomaga fakt, że nie ma tu nawet jakiejś specjalnej ciągłości - jesteśmy w jednym państwie, nagle trafiamy do drugiego, nie zawsze sąsiadującego, a za chwilę czytamy jakieś wspomnienia sprzed dwudziestu lat itd. Nadal jest to solidna robota i lektura niewątpliwie poszerzyła moje horyzonty, ale rozstrzał tematyczny (czy raczej miejscowy) tym razem wydaje mi się jednak zbyt duży.
Książka-reportaż z wędrówek po Europie Środkowej i Wschodniej, od Bałtyku po Morze Czarne i Adriatyk. Autor nie tyle zwiedza region, co tropi różnice i podobieństwa pomiędzy poszczególnymi słowiańskimi nacjami, analizuje wzajemne animozje, historyczne zaszłości i aktualną sytuację polityczną w krajach tytułowego Międzymorza. Spotyka się ze zwykłymi ludźmi i, często nad szklanką wódki, usiłuje się dowiedzieć co to znaczy "węgierskość", "rumuńskość" czy "czeskość". Język tych rozmów zazwyczaj jest dość wulgarny, ale akurat w tej książce wulgaryzm mi nie przeszkadza, a wręcz dodaje autentyzmu. Książka jest do bólu prawdziwa a płynące z niej wnioski przerażające.
I tak jest w istocie. To zbiór wrażeń, scenek, chwil z licznych wędrówek autora po krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Niemcy, Polska, Czechy, Słowacja, Rumunia, Węgry, Rosja, Finlandia, Serbia - to między innymi o tych miejscach pisze Szczerek. Nie spodziewajcie się jednak banalnej pocztówki z ładnym widoczkiem, bo te dość mocno porwane, subiektywne relacje są męskie, twarde, przesycone papierosowym dymem, smakiem mocnego alkoholu i wyboiste, jak środkowoeuropejskie drogi.
Ale i tak najlepsze jest to, jak Ziemowit Szczerek pisze. Mamo! Jak on wspaniale pisze! Niesamowity słuch, niesamowite wyczucie słowa, a uwierzcie mi - to wcale nie jest częste, nawet wśród pisarzy. Szczerek bawi się językiem, ugniata go po swojemu i nadaje mu genialną, chłopacką, popową formę. Może nie każdemu jego styl będzie odpowiadał, bo to jest takie bardzo luźne, potoczne pisanie, ale jeśli do Was trafi, to trafi w stu procentach. Gwarantuję. I te popkulturowe nawiązania! Tu Mordor, tam Harry Potter. W ogóle z Ziemowita Szczerka jest taki trochę czarodziej. Pisze o miejscach, które znam dobrze i bardzo dobrze, a pisze o nich w taki sposób, że patrzę na nie zupełnie inaczej, odkrywam nowe warstwy rzeczywistości. Uwielbiam to jego szczególne spojrzenie na świat.
Międzymorze Ziemowita Szczerka to świetna książka. Warta każdej minuty Waszego czasu. Polecam ją każdemu, bo możliwość poczytania słów tak mądrego i znającego temat człowieka, jakim niewątpliwie jest Ziemowit Szczerek, to rzecz bezcenna. Ja się zachwyciłam i zakochałam. Tylko uwaga! Po tej książce zostaje w głowie sporo do przemyślenia. Ziemowit Szczerek tak szybko Was nie opuści!
Wyobraźmy sobie, że każdy Japończyk rodzi się w okularach z żółtymi szkłami. Nie może ich zdjąć i wszystko widzi na żółto. Po drugiej stronie oceanu każdy Amerykanin przychodzi na świat w okularach niebieskich. Pewnego razu Amerykanin wybiera się do Japonii, dowiedzieć się jak też tam żyją. Żeby lepiej ich poznać, zakłada na nos żółte okulary. Wraca do domu i opowiada pobratymcom, że Japończycy widzą wszystko na zielono.
Szczerek nie jeździ do Japonii, poniewiera się za to po Bałkanach i środkowo - wschodniej Europie. Stołuje się w przydrożnych knajpach, pali papierosy, pije piwo, czasem przy tym piwie kogoś zagada. W książce zbiera swoje impresje z podróży, co byłoby całkiem w porządku, gdyby nie próbował na podstawie tych knajpianych dialogów budować uniwersalnych prawd na temat całych narodów. Prawdy nie dość, że formułuje, to jeszcze robi to w kategoryczny sposób, że Polacy to tacy, Czesi inni a Turków można sklasyfikować po rodzajach wąsów. Koniec końców jednak, nawet najbardziej fantazyjne wąsiska nie bardzo go zajmują, bo gdzie nie zajedzie i z kim nie pogada, kończy się na narzekaniu na Polskę. Narzeka barwnie i z pewnym wdziękiem, w końcu narzekanie jest kwintesencją polskości a w podróży można się o samym sobie całkiem sporo dowiedzieć. Myślę, że przy wódce by się z autorem-narratorem całkiem przyjemnie narzekało, ale książka z tego wyszła dość nudna.
Lepiej sobie poczytajcie "Tatuaż z Tryzubem" zamiast tego.
1,5 ⭐ Dawno czytanie książki nie zajęło mi tyle czasu i tak bardzo mnie nie meczylo. Przede wszystkim, książka napisana jest w sposob, który bardziej przypomina szkic kreślony na szybko podczas podróży, niż gotowa lekturę. Mnóstwo wykrzyknikow, rownowaznikow, urwanych zdań. Skakanie od tematu do tematu, dla mnie nie składające się na jedną całość. Jeśli chodzi o merytoryke, to autor bardziej niż na przytaczaniu faktów skupia się na przekazaniu swoich odczuć. Niby odwołuje się do postaci i wydarzeń historycznych, niby stoi za tym merytoryka, którą chce poprzeć swoimi obserwacjami, ale wstawki historyczne są robione na szybko i mimochodem, więc trzeba się chwilę zastanowić co autor miał na myśli (a czasami wygrzebac z pamięci zamierzchłe lekcje historii, bo nie każdy na zawolanie ręki pamięta szczegóły z historii np. Bałkanów, a autor nic nie wyjaśnia ani do niczego nie odsyła). Nie pomaga brak jakiegokolwiek (!) przypisu. To sprawia, że książka wydaje się bardzo pretensjonalna i pisana na szybko, bez przemyślenia. Poza tym wydaje się tendencyjna, jednostronna, jakby autor pisał pod swoją tezę a nie wyrabial opinie podczas podróży (która też nie jest jakimś wyczerpującym badaniem, a raczej zlepkiem przypadkowych spotkan i obserwacji). Trudno mi powiedzieć co to w ogóle za gatunek - pamiętniki z podróży? Bo nazwanie tej książki reportażem byłoby obrazą dla reportaży, ta książka to chaos z którego trudno cokolwiek wyciągnąć.
Już wiem, że do niej wrócę - sam trochę jeździłem po tych krajach "Międzymorza", ale Ziemowit Szczerek dał mi dodatkowo sporo inspiracji do odwiedzenia jeszcze większych zadupi niż do tej pory widziałem. Ale to tak nawiasem mówiąc.
Zasadniczo jestem daleki od tzw. "lewicy światopoglądowej" której blisko jest Szczerek (bo i jest też blisko GW, Polityki), drażnił mnie praktycznie do samego końca jakąś niesprecyzowaną manierą niechęci do Polski polskości i zachywtu nad Czechami i Niemcami. Ale im dalej to czytałem, tym bardziej mi się podobało. Dodatkowo świetny, sarkastyczny humor.
Uważam że książka jest rewelacyjna. Znalazłem tam coś, co sam sobie jakiś czas temu nazwałem "zapachem i romantyzmem granic". Uwielbiam snuć się po pograniczach. Ta książka sporo rzeczy mi uporządkowała, przypomniała, ale też zachęciła do dalszego łazikowania.
Zresztą znów miałem wrażenie, że ludzie z tego pokolenia co ja (on się urodził w 1978, ja w 80) łatwo ulegają mistycyzmowi tego regionu.
Już wiem że to będzie jedna z ważniejszych książek dla mnie.
Warto podróżować, a szczególnie z Ziemowitem Szczerkiem, z którym, jeśli tylko nie ograniczamy celu podróży do pstryknięcia fotek na Instagrama i zjedzenia w najmodniejszym lokalu w mieście (oczywiście po wcześniejszym dokonaniu skrupulatnej dokumentacji fotograficznej), na pewno nie będziemy się nudzić. W książce tej jak w podróży - są momenty, w których z fascynacją śledzimy przebiegające przed oczami obrazy, ale są też miejsca mniej ciekawe, przez które chcemy po prostu przebrnąć. Ale jak to mówią - dla każdego coś miłego. Ja zaś najbardziej zapamiętałem te fragmenty:
"(...) Bo żeby przynajmniej była w nas autentyczna pogarda barbarzyńców, którzy mówią: i chuj, spalimy wam tę Europę, już zniszczyliśmy poniemiecką architekturę, poprzykręcaliśmy do niej szyldy z napisem SZWAGREX, WUJOPOL i KUZYN-TECH: ŚCIĄGANIE SIM-LOCKÓW, NEUTRALIZOWANIE ALARMÓW, w ogóle stare, wytworne kamienice traktujemy jak blaszane garaże na żwirowisku - i dobrze, i zbudujemy wam tu jeszcze nasze drewniane chaty, w których będziemy podawać schabowe wielkości dekla od studzienki. Żebyśmy chociaż mieli odwagę Dugina, który mówi: a nasrać nam na waszą cywilizację, zapędzimy was wszystkich do kurnych chat, do cerkwi, każemy wspólnie się modlić i pod batogiem jęczeć pieśni pochwalne dla cara batiuszki. Nie, my próbujemy przekonać wszystkich, że jesteśmy cywilizowani, że Europa, koronki, że sroce nie spod ogona, pierwsza konstytucja w Europie - a potem udowadniamy coś zupełnie odwrotnego: na przykład cwaniacko zastanawiamy się, jak tę naszą konstytucję, potomkinię pierwszej w Europie, po cichu rozmontować, obejść i w wała zrobić. Krzyczymy na pół świata, że Francuzów uczyliśmy noża i widelca, a potem - na przykład - zamieniamy telewizję państwową w tubę pełną tak prymitywnej propagandy, o jakiej nawet PRL nie słyszał. Potem, gdy już wszyscy wokół się z tego śmieją, obrażamy się i domagamy od rządów krajów ościennych, by wzięły tych śmiejących się za mordy - bo kto to widział tak się śmiać. Z narodu, który Francuzów uczył jeść nożem i widelcem i miał pierwszą konstytucję w Europie, a drugą na świecie. Domagamy się więc, udowadniając, że nic z tej naszej pierwszej w Europie konstytucji nie rozumiemy".
"Biba, muzułmanka, która handlowała na bazarze podróbami nike'ów air maxów, mówiła, że żyje się w Nowym Pazarze cudownie. Pracuje się, kiedy się chce, a kiedy się nie chce, to się nie pracuje. Jej też się ewidentnie nie podobała obsesja na punkcie regulowanego zegarkiem zapierdolu. Jasne, większość postjugosłowiańskich muzułmanów była proeuropejska, tylko że - jak mówił nam w Banja Luce dziennikarz Srdjan, Serba, ale prozachodni - mało komu tutaj chodzi o unijne wartości. Unia, przekonywał, to kasa. Kasa i poziom życia, lecz nie styl. Słyszałem to już, myślałem, milion razy. Na Ukrainie na przykład. Albo w Polsce".
Przygody dobrego dziennikarza Szczerka czasu kolejnej wojny światowej. Niestety raczej pesymistycznie. Autor śledzi, jak prawicowy, autorytarny populizm rośnie w siłę w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, a także odpowiada na pytanie: czym tak naprawdę różnimy się od zachodu? Dlaczego demokracja i liberalizm nie zadziałały w Rosji, i przestają działać na Węgrzech, w Polsce i wszędzie dookoła? Warto przeczytać, żeby wiedzieć, co tak naprawdę dzieje się w umysłach młodych Słowaków, Czechów, Rumunów, Litwinów, Serbów, Łotyszy, Ukraińców, Estończyków, Chorwatów, Bośniaków, Macedończyków, Węgrów, Rosjan właśnie w tej chwili. Bardzo otwiera oczy oraz napawa niepokojem. Historia się nie skończyła.
"Międzymorze" jest jak domowa drożdżówka, którą mama zwykła piec. Taka z kruszonką, którą wszyscy uwielbiają. Mówisz mamie, żeby dała dużo kruszonki. Będzie dużo kruszonki, odpowiadała. I było. Ziemowit Szczerek posypał książkę równie hojnie słowną kruszonką komentarzy. Ale w pewnym momencie bierze garść soli i zaczyna solić. Ty mówisz: 'Gdzie na drożdżówkę!' wytrzeszczając oczy. A on Ci sypie nią w oczy. Tą solą! I tak oberwało się wszystkim po równo. Wszystkim krajom Międzymorza. Błyskotliwa lektura, bawiłem się przednio!
Zachwycił mnie język autora, współczesny, wyrafinowany, ale bez zadęcia. Pod tym kątem Międzymorze podoba mi się z książek Szczerka najbardziej.
Międzymorze zachęciło mnie do odwiedzenia krainy rozciągającej się od Bałtyku po Bałkany. Obserwowanie rzeczywistości tak jak ją opisuje Szczerek było i przyjemne i zabawne, i nawet trochę edukacyjne.
Trzecia plus - dystans autora do własnego podejścia i pewna doza autorefleksji i autoironii - na mnie robi autentyczne wrażenie i buduje zaufanie do autora - nie wierzę w opowieści ludzi bezkrytycznych wobec własnej optyki.
Przekładaniec wielosmakowy spisany w trakcie licznych podróży Autora po krajach środkowej (i nie tylko) Europy. Czyta się lekko, można w każdej chwili przerwać i wznowić lekturę, wrócić kilka stron... Ciekawe, aktualne przemyślenia od Polsce i naszych sąsiadach. Po kilku latach chętnie wrócę do lektury
Zachęcony "Tatuażem z tryzubem", który był solidnym reportażem, sięgnąłem po kolejne dzieło Szczerka. Niestety, rozczarowałem się. Zbyt dużo przekleństw, zbyt dużo wzmianek, gdzie i z kim autor konsumował alkohol i jakich opinii o Polsce dowiadywał się po pijaku od współbiesiadników. No i wszędzie to widmo nacjonalizmu i złego PiSu, po którymś z kolei powtórzeniu już mnie bardzo bawiło.
Mnóstwo krajów, miejsc, doświadczeń, opinii... Od Helsinek przez Licheń do Stanbułu... Albo odwrotnie. Dla mnie niezwykły rollercoaster ze zbiorem myśli, poglądów przedstawicieli narodów Europy, z wieloma odniesieniami do historii i popkultury. Polecam czytać z mapą, atlasem lub choćby z Google Maps.
miejscami trochę słodkie pierdolenie, ale często masz wrażenie, że czytasz własny monolog wewnętrzny, tylko podany tak, że się rumienisz z radości i chichoczesz I totalnie masz ochotę przybić facetowi piątkę
Nie jest to typowy reportaż, lecz opis podróży autora po krajach Europy Wschodniej, o czym z resztą sam ostrzega we wstępie. Rozmowy, opinie i przemyślenia na temat odwiedzanych miejsc i bieżącej sytuacji geopolitycznej przedstawione na tle wydarzeń historycznych. Fascynujące!