Ludzkość została zmuszona do chaotycznego wycofania się z dziesiątków podbitych systemów. Jedyną szansą na opóźnienie marszu wroga jest stworzenie setek fałszywych kolonii. Jeśli i to nie zadziała, Flota będzie zmuszona stawić czoła najeźdźcy w serii otwartych bitew, w których grozi jej unicestwienie. Politycy nie baczą jednak na konsekwencje. Ich celem jest utrzymanie się przy władzy, nawet za cenę śmierci miliardów ludzi. Sztab trzeciego metasektora musi więc zarazem sprostać wymaganiom Rady Federacji i nie dopuścić do zagłady jedynych sił, które bronią ludzkości. Ta wojna ta ma jeszcze jeden wymiar, bardziej ludzki i osobisty. Major Święcki staje do walki o uratowanie kolonistów, których musiał pozostawić na Delcie Ulietty...
Robert J. Szmidt is a writer, translator, publisher and editor in chief of a number of magazines, including “Science Fiction” monthly magazine. He created a couple of literary and film awards, and the second largest digital library of science fiction texts in the world (www.fantastykapolska.pl). He is best known for his eleven best-selling SF novels and almost twenty short stories. His books appeared in Poland, USA and Russia.
Serie mają swoje plusy i minusy. Każda kolejna książka stanowi kontynuację poprzednich i jednocześnie zapowiedź. Z czego wynika, że wrzuceni zostajemy w kolejny fragment historii, a na końcu na bank pozostawieni z niedosytem i ciekawością, bo wiadomo: autor musi "zanęcić" do kupna kolejnej części. Plusem jest, że gdy to dobra seria, czyli (zasadniczo) z ciekawą historią i bohaterami, to faktycznie działa i chcemy więcej. Minusem czytania od razu aktualnie jeszcze nie zamkniętych serii jest konieczność czekania, aż autor napisze następny odcinek. Zawsze obiecuję sobie, że przeczytam coś takiego dopiero, gdy będzie kompletne. I nie daję rady: wychodzi pierwsza, więc trzeba zobaczyć co to. Oglądanie kończy się zwykle na ostatniej stronie. I potem to okropne czekanie, bo jeśli autor zna swój fach, to mamy na bank wrażenie, że jest na co. Robert J. Szmidt to stanowczo dobry autor, a "Pola dawno zapomnianych bitew" to dobra seria. To po prostu klasyczna "hard sf", ale bardzo dobrze napisana. Jest "rogaty" główny bohater, są wredni obcy, cyniczni "wielcy świata" i z wyglądające na beznadziejne sytuacje. Są wielkie kosmiczne bitwy, polityczne (ale zabójcze) salonowe gierki. Wszechświat mnoży przeszkody, bohater daje radę. Czyli klasycznie. Ale muszę przyznać, że od "Łatwo być bogiem" nie mogę się powstrzymać, żeby nie czytać na bieżąco kolejnych i nie znosić grzecznie udręki oczekiwania po pozostawieniu w jakimś nerwowym momencie. Bo autor potrafi zostawiać. Połknąłem "Na krawędzi zagłady" i czekam na następną. Z odwiecznym pytaniem czytającego serie: co dalej?
Dwa pierwsze tomy space opery Pola dawno zapomnianych bitew Roberta J. Szmidta pochłonęły mnie całkowicie, a postać głównego bohatera Hanryana Święckiego zaczęła przyprawiać o szybsze bicie serducha. ;) Więc podekscytowana, z zapartym tchem zabrałam się za trzecią odsłonę cyklu pod tytułem Na krawędzi zagłady.
Inwazja Obcych postępuje. Flota opóźnia “marsz“ wroga poprzez tworzenie fikcyjnych kolonii. Święcki za wszelką cenę szuka sposobu na uratowanie pozostawionych kolonistów na Delcie Ulietty. A politycy i inni możnowładcy dzielnie trzymają się koryta dodatkowo rzucając pod nogi kłody trzeciemu sztabowi metasektora, który nie dość, że stara się nie dopuścić do zagłady ludzkości, to jeszcze musi sprostać wymaganiom Rady Federacji. Władza zaślepia i deprawuje.
Ponownie zachłysnęłam się książką. To była petarda, którą czytało się wyśmienicie lecz niestety stanowczo zbyt szybko. ;)
Mój pupilek Henryan przechodził zaś samego siebie, by utrzeć nosa zapatrzonym w siebie burakom z generalicji. Ten jego niepokorny charakterek, dotrzymywanie słowa, troska o innych są niesamowicie smakowitym kąskiem całej serii. Podkreślę to raz jeszcze – jak dla mnie świetnie skrojona postać.
Odchodząc jednak trochę od Święckiego, warto zwrócić uwagę, iż książka toczy się na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony obserwujemy klasyczną walkę z najeźdźcą. Próbę wyrwania się z impasu, obmyślanie nowej taktyki, ratowanie ludzi i wielkie poświęcenie. Z drugiej zaś wchodzimy z buciorami za kulisy. W świat brutalnej, cynicznej i brudnej polityki. Wierzcie lub nie, ale te momenty podnosiły mi ciśnienie bardziej niż wyłaniający się w przestrzeni statek obcych. Ta pogarda dla drugiego człowieka, kult pieniądza i władzy przypominają nam, że my malutcy dla tych tam u władzy jesteśmy po prostu niczym. Żonglowanie scenami level master. :)
Studząc trochę emocje. ;) Jeszcze słowo o tym, co mnie niesamowicie ujmuje w tym cyklu. Chodzi o fantastyczne żonglowanie wątkami i scenami. Wszystko jest doskonale wyważone, a “przeskok” dokonuje się w idealnym momencie. Przez co akcja nie traci na atrakcyjności i tempie, a wewnętrznie odczuwa się wciąż podekscytowanie i oczekiwanie na to, co nastąpi za chwilę.
Podsumowując. Na krawędzi zagłady Roberta J. Szmidta to fantastyczna i wypełniona akcją space opera z fenomenalnie wykreowanymi bohaterami. Gorąco polecam i już przebieram nóżkami, bo 13 lutego ukaże się ostatni tom cyklu pod tytułem Zwycięstwo albo śmierć.
Początek trochę mnie zaniepokoił - spadek formy? Ale już po kilkunastu stronach wracamy do świata "Pól...". Dla mnie - znakomitej, niesamowitej serii Space opery. Porządnej "hard sci-fi", którą czyta się od deski do deski i odkłada na półkę tylko po to, żeby przy najbliższej okazji sięgnąć po nią ponownie.
Ten tom na razie jest najlepszy. Ma w sobie najwięcej akcji oraz jest najbardziej spójny. Wszystkie wydarzenia się ładnie łączą i zmierzają w to samo miejsce. I mam wrażenie, że postacie trochę lepiej zostały opisane. Po poprzednim tomie trochę straciłam zainteresowanie serią, więc mam nadzieję, że reszta utrzyma poziom, bym mogła całość przyjemnie skończyć.