To dziwna książka, którą zacząłem na początku roku i nie mogłem się przemóc, aby ją dokończyć, w obawie że się rozczaruje, bo po pierwszym, znakomitym segmencie historia zaczęła nieco pikować w dół. Teraz, będąc już po ostatniej stronie muszę przyznać, że rzadko zdarza mi się, abym miał tak intensywne przemyślenia w jakieś materii po ukończeniu lektury. A tu złapała mnie taka nostalgia i przykre odczucia, co do tego że coś się kończy, odejdzie i zostanie ta przeklęta pustka, której samemu nigdy nie zapełnimy.
A z pustką pozostanie samotność, może żal czy/i tęsknota za czymś przyziemnym, co znikło z życia. To się MacLeodowi udało znakomicie. Bo mamy tu niby historię o wampirach, ale pod tą przykrywką są przemycone tak ciężkie tematy, że ich odkrycie może przytłoczyć czytelnika. W końcu ile można pisać o krwiopijcach? Ian pokazuje, że jest jeszcze dużo świeżego w tym temacie do opowiedzenia, bo historia funkcjonuje świetnie na wielu płaszczyznach.
Z początku towarzyszymy doktorowi Karlowi Haupmannowi, który na polu walki jednej z wielu bitw wchodzącej w okres Wojny Secesyjnej napotyka się na istotę, która żeruje nad umierającymi żołnierzami. Kontakt z tym szkaradztwem owocuje przemienieniem światłego, moralnie dobrego człowieka w coś rodem z koszmarów, ale jednocześnie przez podejście doktorka, przyziemnego.
Bo Karl mimo, że mógłby stać się tym, czego wymaga od niego jego nowa natura, buntuje się. Mamy więc przypadek człowieka, który wie do czego jest zdolny, ale ma moralne rozterki (które pozostały po przemianie!) i znajduje wyjście z sytuacji, w formie spożywania dużych dawek trucizn, jak chociażby morfina, a które poprzez swoje działanie niwelują żądzę, jaka targa jego ciałem. Z drugiej zaś strony, znając swoje wady i zalety, zaraz na początku wykorzystuje swoje nowe moce, aby pozbyć się parę sobie podobnych istot.
A jednocześnie Karl postanawia odszukać sprawcę swojego cierpienia. Bo jego stan sprawia, że niejako bohater sam się alienuje, bo ma do tego powody, co zresztą ładnie zobrazuje potem kontakt ze znajomymi. Nie jest w stanie zostać zrozumianym, bo w świetle uzyskania nieśmiertelności, nikt nie myśli o konsekwencjach, tylko chce ją uzyskać. A on jest też przeklęty tą wiedzą, co spotyka 'obdarowanego'. Historia poniesie nas w rejony do tej pory raczej mało wyeksploatowane.
Bo będzie tu mowa nawet o Polsce, co było dla mnie fajnym smaczkiem. Trafimy też do XVIII- wiecznej Francji, gdzie w przededniu rewolucji francuskiej przyjdzie nam obserwować niejakiego Ezekiela Morela, do którego przybywa pewna zagadkowa kobieta, która się nie starzeje, a prosi artystę, aby zobrazował ją w różnych stadiach życia. Pada tu wiele odpowiedzi, ale żadna nie do końca jest satysfakcjonująca, tak jak gorzkie okazuje się bytowanie tych istot.
A to nie wszystko, bo końcowo przyjdzie nam obserwować jeszcze losy Harriet Mackenna, inaczej Harry, która żyje w okresie prohibicji, jeszcze przed krachem w 1929 r. Coś łączy te trzy osoby, a ich poszukiwania uczynią te figury pod wieloma względami postaciami tragicznymi. Bo nawet odnalezienie pewnych odpowiedzi nie daje "wyzwolenia". Trudno mi wybaczyć autorowi z kolei to, co spotkało jedną z postaci, którą akurat najbardziej polubiłem. Tak się nie robi! Choć z drugiej strony... wyzwolenie...
Przeskoki pomiędzy epokami są najfajniejszym aspektem historii, ale łączenia pomiędzy nimi są nieco chaotycznie sklecone, co jest odczuwalne i właśnie to odrzuciło mnie od tytułu. Świetne pomysły, które są tak sobie powiązane. Niemniej warto dać temu tytułowi szansę, bo istnieje szansa, że nie dość że Was wciągnie, to i zmusi do refleksji. Jedno z moich większych zaskoczeń tego roku.