Игнаци Карпович (р. 1976 в Бялисток) е един от най-интересните съвременни полски писатели. Отличава се с атрактивната си биография, ироничния си и провокативен стил и безграничното си въображение, обхващащо флуидността на съвременния човек и свят и проблематиката на разколебаната и множествена идентичност.
"К-ости" е първата му книга, която излиза на български. Получава читателската награда "Нике" за 2014 г. Книга за все по-еластичния скелет на обществото, семейството, приятелите, идентичността. Роман, изговорен в стила на обществената, приятелска и роднинска мълва, представящ интеркултурни, междуетнически и интерсексуални отношения, екзистенциални въпроси, авантюри. Определян е от полската критика като най-любопитният роман през последните 10 години.
Born 1976, prose-writer, traveler, translator; he made his debut with the novel Uncool (2006), and then published another novel, The Miracle (2007), and a collection of impressions from his journeys around Ethiopia, The Emperor’s New Flower (and Bees) (2007); which was nominated for the POLITYKA Passport; he lives (mainly) in Warsaw.
The first part of Ignacy Karpowicz’s debut novel, Uncool, might seem to suggest that we have here another young prose-writer seeking to describe the various miseries of the provincial life, as the author brings us young and frustrated residents of Białystok who have difficulty making ends meet. But the second part of the novel clearly leans toward unhinged, no-holds-barred grotesque, in which the writer opens the floodgates of fantasy (the main protagonist speaks with animated monuments, the city becomes a battleground for various fractions, wallowing in total chaos). In his next novel, The Miracle, Karpowicz has clearly set his money down on the grotesque. The book’s protagonist dies in a car accident, but his body does not decay after death, on the contrary – it maintains a high temperature. The appearance of this unusual corpse throws the lives of the people who encounter it into confusion, and forces them to reevaluate their views on the world.
Karpowicz is a refined stylist, who skillfully uses the grotesque, irony and humor (unconventional, disarming, often black) to tackle stereotypical ways of thinking about reality. He makes light of patriotic and religious cliches in an intelligent and refined manner. But Karpowicz is no ordinary provocateur – this mockery is what allows him to gain some distance from the world. In The Emperor’s New Flower Karpowicz tackles reportage. He describes his travels through Ethiopia, giving us some insight into the history, culture and daily life of this exotic country. The author also tries to deconstruct the traditional model of reportage in his book, consciously bending genres, being neither reportage nor novel, but rather a unique sort of travel prose, thus stressing what he sees as the irreducible subjectivity of his descriptions of the country he encounters.
Ubawiłam się przy lekturze tej książki. Przy takiej plejadzie pokręconych postaci nie mogło być nudno!
Maja jest trzydziestoparoletnią wyzwoloną i neurotyczną kobietą, która właśnie straciła pracę w instytucie naukowym z powodu bloga, która pisała o swoich kolegach i koleżankach. Jej mąż, Szymon, tłumaczy książki z mało znanych języków afrykańskich i czuje się zagubiony i sfrustrowany: w ich małżeństwie nie dzieje się najlepiej. Maja zamiast rozmawiać z mężem, którego oskarża o romans, konwersuje z tchórzofretką o imieniu Sławoj, aż Szymon postanawia skorzystać z naukowego grantu i wyjeżdża do Niemiec. Ich nastoletni syn Bruno jest punkiem, który często zapomina zmienić koszulkę na czystą, ale bardzo lubi jeździć na pielgrzymki z matką Mai, zwaną przez wszystkich panią Cecylią, która jest tolerancyjną dewotką.
Jest Andrzej - dobrze ułożony gej w średnim wieku, z obsesją sprzątania, zakochany w Krzysiu, który nagle znika. W Krzysiu kochał się też kiedyś bez wzajemności bezwłosy Norbert, pochodzący ze wschodniej Polski, gdzie wychowano go w duchu tradycyjnego katolicyzmu. Zgodnie z nim Norbert "[w]łaściwie nie przepadał za gejami. Nie uważał się za geja. Uważał się za heteroseksualnego mężczyznę, sypiającego prawie wyłącznie z innymi mężczyznami (...)". Norbert uważa również, że rasy inne niż biała są gorsze. Co nie przeszkadza mu być w związku z Maksem, który w życiu codziennym jest Kuangiem, Wietnamczykiem żonatym z Marią, z którą ma syna Patryka, a po godzinach staje się drag queen o imieniu Kim Lee. Kim Lee wzięła udział w konkursie na najlepszą drag queen, a w jury zasiadła m.in. Ninel Czeczot, sześćdziesięcioletnia feministka i socjolożka, której zdechł ukochany kot. Ninel ma też trudną relację z matką, która nazywa ją Kubą. "Obydwie kobiety wiedziały, że każda z nich wie oraz wie, że ta druga też wie, iż matce lepiej jest bez córki, córce bez matki. W jakiś sposób się kochają, na wiele sposobów pozostają splątane, tęsknią za sobą najbardziej, kiedy są ze sobą, ale równocześnie najlepiej dogadują się, gdy chwytają okazję, by milczeć w odległych miastach." Norbert nawiązuje romans z Ninel, rzecz jasna nie porzucając Maksa, "albowiem od lat żył w monogamii z Maksem, i z Ninel (od kilku miesięcy; druga monogamia)". Jest jeszcze syn Ninel, Franek, idealnie symetryczny i nieskazitelny, z którym romans nawiązuje Maja. Oraz siostra Mai, Faustyna, matka czworga dzieci, po matce żarliwa katoliczka, porzucona przez męża.
Losy wszystkich tych postaci splatają się dzięki martwemu kotu Ninel oraz Krzysiowi. Karpowicz pisze o nich z dużą dozą humoru, trochę ironicznie, ale też ciepło. Każdy chce po prostu być szczęśliwy, ale nikt nie przystaje do ogólnie przyjętego szablonu. Bywają pretensjonalni, denerwujący, żałośni, grają w różne gry i gierki, miotają się w swoich własnych ograniczeniach oraz tych narzuconych przez społeczeństwo, a tak w głębi duszy pragną po prostu świętego spokoju i możliwości życia w zgodzie ze sobą. Karpowicz fantastycznie operuje językiem, bawi się nim, tworzy komiczne dialogi, ale choć jest zabawnie i groteskowo, przez to wszystko przebija pewien smutek. Nasi bohaterowie to ludzie sukcesu, których żywoty są jednak dość puste.
Dla mnie ta książka jest pewnego rodzaju pastiszem, z którego mogłam się pośmiać, gdyż w problemach przedstawionych postaci nie odnajduję swoich własnych i patrzę na nie jak na zbiorowisko dziwnych, egzotycznych ptaków. To pewnie dlatego, że przyszło mi mieszkać za granicą w zupełnie innych rzeczywistościach i zmagać się z zupełnie innymi dylematami. Jednak przypuszczam, że wielu ludzi z mojego pokolenia i trochę starszych, którzy żyją i pracują w Warszawie czy innym dużym mieście w Polsce, znajdzie tu jakieś punkty odniesienia do swojej codzienności. Co nie oznacza, że nie będą mieli ochoty się z nich też pośmiać :)
Rozwlekła i pretensjonalna powieść, w której wszyscy bohaterowie (łącznie z dziećmi) porozumiewają się ze sobą tylko poprzez ironię i sarkazm (na 500 stronach!). Wydumane problemy, nienaturalne zachowania w sytuacjach trudnych i "osobliwy" styl sprawiają, że to jedna z gorszych książek, jakie ostatnio czytałem.
"Gdyby Andrzejowi dano wybór, wolałby związać się ze śniegiem niż z Krzysiem, lecz wyboru mu nie dano: zakochał się w Krzysiu, nie w śniegu."
Kolejny utwór Karpowicza, w którym większe znaczenie mają popisywanie się znajomością Freuda, Lacana itp. oraz barokowe porównania (w których aż słychać stękanie twórcy nad ich wymyślaniem) niż stworzenie ciekawej fabuły. Fabuła chyba bowiem przyszła na myśl autorowi w trakcie lektury kolorowych pism, gdy odkrył w jak interesującym układzie żyje Tilda Swinton i postanowił stworzyć przepis na związek idealny. Tyle że umknęło mu, że zwyczajni ludzie (czyli kompletne przeciwieństwo jego papierowych bohaterów) posiadają pewne cechy/uczucia (np. zazdrość), które sprawiają, że perspektywa życia pod jednym dachem z taką np. kochanką męża (gdy jest się żoną tegoż) może okazać się co najmniej zadaniem trudnym. Ale oczywiście mogę się mylić i większość populacji chętnie podzieli się swoją żoną/swoim mężem w zamian otrzymując możliwość posiadania kochanki/kochanka. Najbardziej zaskoczyło mnie, że Karpowicz, znając twórczość takiego Jonathana Franzena, który w analizowaniu ludzkich związków jest mistrzem niezrównanym, a także Juliana Barnesa, którego "Poczucie kresu" cytuje przy okazji jednego z rozdziałów - postanowił stanąć z nimi w szranki tymi swoimi "Ośćmi". I poległ na całej linii. Bo po przeczytaniu tych 500 stron nie ma się pojęcia, co bohaterom siedzi w głowie, podczas gdy u Franzena i Barnesa wątpliwości takich nie ma. Pomijam już silenie się na oryginalność w tworzeniu postaci i ich imion: Ninel, nazywana w dzieciństwie Kubą; Maks vel Kuan vel Kim Lee - może jeszcze jakieś trzecie alter ego trzeba było dodać? Podobnie jak przy "Balladynach i romansach" zachwyt krytyków nad autorem porównałabym do fenomenu Tomka Tryzny i jego "Panny Nikt" - przeleciał po nieboskłonie niczym kometa i tyle go widzieli. Jak już macie zbędne 40 zł w kieszeni to przeznaczcie to na inną rozrywkę. Bo "Ości" to strata czasu.
• Uwielbiam styl pisania Karpowicza. Potrafi w wyjątkowy sposób napisać o błahych sprawach, a coś takiego bardzo cenię. No po prostu świetnie operuje językiem, więc na tym polu nie mam mu nic do zarzucenia.
• Ciekawe jest również to w jaki sposób porusza tematykę LGBTQ+, bo ma do tego dosyć specyficzne podejście.
• Na pewno „Ości” podobały mi się bardziej od „Miłość”: prawdopodobnie ze względu na to, że tutaj przez prawie 500 stron mamy do czynienia z linearną historią określonej grupy bohaterów, a nie z przeskakiwaliśmy z rozdziału na rozdział do innych postaci.
• Historia sama w sobie jest dosyć ciekawa, ale jeśli ktoś nie lubi książek, w których nie ma szybkiej akcji to raczej Karpowicz nie jest dla niego. W tej historii chodzi o to, by dostrzec relacje między bohaterami i pewne problemy współczesnego społeczeństwa, więc nie oczekujcie tutaj akcji w zawrotnym tempie, wybuchów i pościgów.
• To jest specyficzna książka i nie spodoba się wszystkim, jednak mnie się ją dobrze czytało i niektóre cytaty na pewno zostaną ze mną na dłużej.
Ale to była dziwna powieść. Dziwna, bo moja ocena non stop zmieniała się w trakcie czytania. Raz nawet chciałam przerwać lekturę, ale ostatecznie nie żałuję, że przeczytałam do końca. Językowo oceniam 4⭐️ Fabularnie - 3,5, bo raz ciekawiła mnie ta historia bardziej, raz mniej. Nie będzie to moja ulubiona książka Karpowicza, pewnie nie zostawię jej nawet w swojej biblioteczce, ale na pewno nie mogę uznać czasu z nią za czas stracony.
I must say I was completely taken by surprise by this book. This is not its author's debut, not even his second or third book, I just haven't read any of his earlier works so far (criminal negligence I am going to make up for as soon as possible).
Ignacy Karpowicz has an incredible sense of language. Polish mostly, obviously, but I would risk an opinion, that he has an inner sense of some kind of metalanguage, that allows him to use unexpectedly funny word plays whenever he wants.
The story itself is interesting and all, but I can't help the feeling that it happens somewhere in the background, like it was just a supplement to the actual contents of the book, which is basically having fun with words.
Unbelievably refreshing experience, this book. And I feel genuinely sorry for the potential translator.
Nie zgadzam się, to znaczy nie do końca się zgadzam, z zarzutami o sztuczność języka i dziwieniem się, że nikt tak nie mówi. To jest beletrystyka, goddamit, nie dokument. Poza tym ja tak czasem mówię. Z fabuły ja bym jeszcze uszczknął, bo książka w zasadzie *jest* tym językiem, którym jest pisana i sama zawartość i wydarzenia są drugorzędne, raczej efektem niż powodem języka. Że niby wziął autor z kolorowych pism. A skąd miał wziąć, z Super Expressu? Też by było nie tak, a SE drukują w kolorze i tak. W sumie to solidne 4, ale dam 1, bo Europa i homolobby mi tak nakazują.
Słowa, słowa, słowa. Zabawne słowa, gorzkie słowa, ironiczne słowa. Zabawa słowem, żonglerka słowami i ze słowem taniec. Jest to pierwsza czytana przeze mnie powieść Karpowicza i jestem zachwycony. Koniecznie muszę przeczytać pozostałe. Niby można doczepić się nieco zbyt nieprawdopodobnego ironiczno-postępowo-erudycyjnego doboru bohaterów, ale takie już prawo narracyjne. Ja tam polubiłem ten zbiór oryginałów, polubiłem bardzo. I przede wszystkim - czytałem z najwyższą przyjemnością.
Świetnie się przy tej książce bawiłam! Płynie się przez nią, nurt porywa i nie chce wypuścić. Bardzo mi się podobała od samego początku, ale z każdą kolejną częścią atmosfera gęstniała i stawała się coraz bardziej poważna. Karpowicz poruszył wiele tematów (tabu) i początkowo można by było uznać, że tego wszystkiego jest aż nadto – ale wszystko się na koniec bardzo ładnie łączy i wyjaśnia. Czy ta historia jest nieprawdopodobna? Szczerze? Skąd mam wiedzieć, nie mamy pojęcia, jak nazywają się nasi sąsiedzi!
Zaczyna się jak ciekawa powieść obyczajowa, by skończyć jak typowa telenowela, gdzie każdy jest powiązany (czyt. rucha się) z każdym, a całość nie ma większej głębi. Zaradzić ma temu multum pseudo-filozoficznych wtrętów typu: "Jutro przyjeżdżała matka Andrzeja. Zdumiewające: jutro (przyszłość) przyjeżdżała (przeszłość). Z tego zderzenia bądź prędzej nonsensu powstanie teraźniejszość. Taka na weekend. W sam jakby raz". Czemu więc aż 3 gwiazdki? Głównie dlatego, że czytało się lekko, a język Karpowicza jest całkiem ładny. Do tego postaci są w miarę interesujące. No i nie ma tu oceny 2,5, która pasowałaby najlepiej, gdyż jest to książka po prostu średnia.
Karpowicz tropi pojęcie rodziny; rozbiór tego pojęcia do tytułowych ości przeprowadza na kilku splątanych ze sobą rodzinach, w których przeplatają się związki hetero- z homoseksualnymi, spotykają dojrzałe osobniki z młodymi, ateistyczne z rygorystycznie katolickimi. Autor ewidentnie pomylił przepis na chwytną książkę (trochę dykteryjek o pracy w korpo, szukaniu siebie, samotności, labilności moralnej) z dobrą literaturą i stworzył powieść nieznośnie manieryczną, z wtrętami pseudofilozoficznymi i cytatami pasującymi do kontekstu jak wół do karety. O ile rozumiem intencje autora, by pisać o prawdziwej (a więc współczesnej) miłości, nie ukrywam zdziwienia, że doczytałam ją z wielkim trudem do końca; wiedząc już na wstępie, że czas stracony to czas stracony.
Zmęczyła mnie ta książka. Przegadana, miejscami przeintelektualizowana, niektóre postaci straszliwie irytujące. Relacje damsko-męskie, męsko-męskie, rodzinne ... Wszystko poplątane, pokręcone i chwilami drażniące. Rzecz świetna językowo, ale niestety chwilami jest to przerost formy nad treścią. W tym wszystkim kilka perełek, typu rozdział o spotkaniu córki z ojcem i ich dialogi. Nie było to takie złe, ale też nie było to rewelacją, której się spodziewałam po różnych recenzjach.
Myslalam przez kilka dni, nie mogac sie zdecydowac co sadze o tej ksiazce. Niewatpliwie autor jest erudyta, lub tak umiejetnie erudyte udaje, ze dla czytelnika nie ma roznicy. Niewatpliwie tez erudycja owa moglaby znalezc ujscie w fabule nieco mniej hm... luzno zwiazanej z rzeczywistoscia. A przynajmniej z moja rzeczywistoscia. Rozumiem ze ogolnie rzecz biorac wszystkie elementy powiesci moga zaistniec, niemniej jednak nieprawdopodobna ilosc zbiegow okolicznosci laczacych te elementy w jedna fabule (czy tez raczej w brak fabuly) wydaje sie sie wysoce nieprawdopodobna. Ale coz, licencja poetycka ma swoje prawa, a moze istotnie rzeczywistosc autora rozni sie od mojej, i to znacznie.
Niestety postaci poznajemy poprzez opis, poniewaz zdumiewajaco malo dzieje sie w tej ksiazce. Osobiscie jestem zwolenniczka starej, dobrej zasady "don't describe it, show me". Najwyrazniej Ignacy Karpowicz zwolennikiem tej zasady nie jest. Nie pokazuje nic, wszystko opisuje. Niezaleznie od tego, jak dobre sa ta opisy (a sa dobre), definitywnie brakowalo mi tu akcji ktora by w jakis sposob te opisy popierala, choc w zasadzie wolalabym aby opisy (niewatpliwie dobre) podpieraly akcje. Moglabym porownac przeczytanie "Osci" do spozycia sporej porcji bitej smietany, ktora, aczkolwiek pyszna, szybko sie przejada, i nie zawiera praktycznie zadnych sladnikow koniecznych do przezycia. Nie mam najmniejszej ochoty na przeczytanie jeszcze jednej ksiazki tego autora. Moze za jakis czas dojrzeje do nastepnej porcji bitej smietany, ale nie spodziewam sie aby mialo to nastapic szybko.
W zasadzie przeczytalam "Osci" li tylko gwoli przekonania sie o co caly ten zgielk, i po przekonaniu sie doszlam po raz kolejny do wniosku ze w zasadzie o nic.
Jak mi tego brakowało! Niemożliwość oderwania się od książki spotyka mnie bardzo rzadko. Karpowicz taki jak lubię, taki jak w "Cudzie". Podziwiałam go z każdą kolejną stroną, ba! zdaniem, bo ten człowiek potrafi zaskoczyć końcem zdania. Błyskotliwość, przenikliwość, gra słowem w takiej ilości, że aż ciężko uwierzyć. Bohaterowie z jajem, ich historie również. Karpowicz bezbłędnie łączy coś czego z pozoru nie da się połączyć. Ciężko to opisać ( a raczej się nie da), trzeba przeczytać.
Chyba nie dam rady dokończyć. Książka o niczym. Losy bohaterów i ich rozterki życiowe zupełnie nie są w stanie wzbudzić mojego zainteresowania choć autor wysilił sie (chyba za bardzo) na zarysowanie niekonwencjonalnych postaci.
Książka przyjemna. Przyjemnie się czyta. Ale żeby to było objawienie literackie ostatnich lat, nie zgodzę się. Po przeczytaniu całej tak naprawdę w głowie zostaje niewiele. Ot "przyjemna" opowieść o kilku osobach. Do literackiego arcydzieła to jednak za mało.
Dla większości zaczynających swoją przygodę z twórczością Karpowicza od "Ości", powieść ta wyda się całkiem udana i ożywcza na tle twórczości innych polskich pisarzy współczesnych, zwłaszcza w swej warstwie formalnej. Karpowicz dysponuje bowiem niesamowitym słuchem, rzec można - słuchem absolutnym w wyławianiu językowych koszmarków, korporacyjnej nowomowy, plastiku językowego na użytek literackiego obśmiewania tej dziwacznej, lingwistycznej hybrydy, jaką posługujemy się współcześnie. Z tego punktu widzenia Karpowicz może być stawiany na równi z Dorotą Masłowską. W przeciwieństwie do poprzednich recenzentów, podczas lektury "Ości" nie słyszałem pojękiwań i postękiwań autora nad wymyślaniem kolejnych porównań. Wręcz przeciwnie, przez fabułę tej powieści przechodzi się gładko, niemal płynnie. Język "Ości" jest soczysty, podszyty nierzadko dużą dawką ironii, gdzieniegdzie sarkazmu, przez co ma się wrażenie obcowania z kimś naprawdę inteligentnym. Ktoś w tym momencie może się spytać - skoro takie superlatywy, to dlaczego raptem trzy gwiazdki??? Dlatego, że po lekturze "Niehalo" oraz "Balladyn i romansów" jest to trzecia książka Karpowicza zasadniczo o tym samym. A ja jako czytelnik lubię być zaskakiwany. Oczywiście "Ości" nie są wierną kalką dwóch poprzednich wymienionych przeze mnie powieści, gdyż Karpowicz inaczej rozkłada akcenty - eksponując w "Ościach" problem samotnOŚCI wobec mnogOŚCI, poczuciu obcOŚCI, potrzebie miłOŚCI itd. Tym niemniej pod względem językowym oraz pod względem głównej tematyki, "Ości" koncentrują się wokół tych samych wątków, co dotychczasowa twórczość Karpowicza. Kończąc "Ości" miałem wrażenie, że zaserwowano mi tą samą historię, tyle że nieco inaczej opowiedzianą. Jakby Karpowicz nieustannie kręcił się wokół tych samych motywów, obrabianych tymi samymi narzędziami. Stąd moje umiarkowane zadowolenie. Co nie oznacza, że nie warto. Nie jestem tylko pewien, czy w takiej ilości.
Męczyłam się z tą książką, oj męczyłam. Doceniłabym niewątpliwy kunszt Karpowicza, gdyby nie to, że ta książka jest przedobrzona. Za dużo tego wszystkiego, za dużo sarkazmu, za dużo wyśmiewania, za dużo niepotrzebnych wtrąceń z literatury, historii czy innych dziedzin. Książka też jest rozwleczona na 500 stron, gdzie spokojnie mogłaby być dwa razy krótsza, przekazać to samo, może i nawet lepiej. Bo gdyby autor musiał myśleć o sensie każdego zdania, może nie wyszło by z tego coś tak męczącego. Zabrakło zróżnicowania postaci, każda z nich mówi i myśli podobnie, sarkastycznie, często nieprawdopodobnie, chociaż w sumie jest to książka o dziwnych relacjach międzyludzkich. Końcowo widzę wartość w tej książce i cieszę się, że ją przeczytałam. Ale wrócić do niej to nie wrócę.
Moja pierwsza książka Karpowicza po którą sięgnęłam bo spodobał mi się jego styl w felietonie. Dla mnie jest za dużo oderwania od rzeczywistości (chociaż życie potrafi dokonywać takich splotów) - jakby „nie mój świat” i trudno mi było przez to szukać głębi w tych historiach a tylko prześlizgnęłam się przez tę książkę. Nie zatrzymała mnie żeby pomyśleć. Dla mnie książka z kategorii „do odhaczenia żeby wiedzieć nad czym się zachwycają inni”.
Powtórka po latach utwierdziła mnie w przekonaniu, że Karpowicz to ma taką swadę w języku, że nie umiem wyjaśnić, jakim cudem sobie krzywdy nie zrobił.
Mnóstwo tu -ości. Mił, bezrad, lit, szczer czy śmieszn... trochę telenoweli, trochę nietypowych relacji, oryginalnych bohaterów (symetryczny Franek!) i brawury narracyjnej.
Nieco brakuje mi tu składu, zwartości - co nie jest istotne. Czyta się to znakomicie
o panie co to za akrobacje referencyjno-leksykalno-społeczne były. a gdyby umieścić w emocjonalnej skali richtera, możnaby pomyśleć, że płyty tektoniczne pasują do siebie niczym sąsiadujące puzzle (albo w ogóle pojedynczy element byłby całością układanki, więc nic nie musiałoby się nigdy stykać).
DNF. Niesamowicie rozwlekle napisana książka, przerost formy nad treścią. Sami bohaterowie są strasznie rozmemłani, irytujący, nie przypominają mi żadnej prawdziwej osoby; ich historie nie są szczególnie ciekawe ani inspirujące.