Świat sprzed wojny, która zdziesiątkowała ludzkość, pamięta już tylko Koślawa – stara zielarka mieszkająca nieopodal mazurskiego Okartowa. Przeczuwając zbliżającą się śmierć, przyjmuje na ucznia syna miejscowego gospodarza, by przekazać mu całą swą wiedzę.
Tymczasem do wsi przybywa nowy wikariusz. Realizując swoją szczególną misję, burzy ustalony ład okartowskiej społeczności.
W walce o małą ojczyznę i jej mieszkańców Czarownicy przyjdzie zmierzyć się nie tylko z bezwzględnymi i niekiedy szalonymi ludźmi, lecz także z własną starością, chorobą i sumieniem.
Skończyłam już dawno, ale bardzo chciałam coś o tej książce napisać, tylko nie mogłam się za to zabrać. Ja to w sumie nie lubię postapo, bo jest nudne, depresyjne i pozbawia resztek złudzeń, a fajnie jednak mieć jakiekolwiek złudzenia. Ale do Czarownicy jakoś mnie ciągnęło, więc jak tylko wyszło, to zwinęłam - korzystając, że akurat byłam na Fantasmazurii, gdzie miała premierę - i doczytałam do połowy w jeden dzień, siedząc sobie nad mazurskim jeziorem. Jakże odpowiednio, bo to bardzo lokalna książka, dla południowca z Małopolski niemalże egzotyczna. Drugą połowę podczytywałam sobie powoli, bo mam tak, niestety, że jak mi się coś podoba, to zwalniam (na tej zasadzie od trzech lat zabieram się za ostatni odcinek Gilmore Girls, a od czterech - za ostatni sezon Buffy. Well). Aż mi się głupio zrobiło, że tak przeciągam i doczytałam w jeden wieczór do końca. Czarownica zasługuje na dłuższy tekst, więc tu będzie w skrócie. Co mnie w niej ujęło? To, że główna bohaterka to osiemdziesięcioletnia, niehetero kobieta, która w świecie po upadku resztkami sił próbuje ratować resztki cywilizacji - i nawet jej się to udaje. To, że to historia małej osady na Mazurach, która powoli wstaje z ruin dzięki temu, że jest jeszcze ktoś, kto pamięta i komu zależy. To, że nie ma tu dobrych i złych, tylko wszyscy po prostu robią, co mogą, a że mogą niewiele, to też ich konflikty i problemy są małe i lokalne i nikt nie zabiera się za ratowanie świata, bo już nie ma świata do ratowania. A może jest i wcale nie trzeba go ratować? To, że nie jest to tępa nawalanka na zgliszczach, tylko mądra, przemyślana, zanurzona w folklorze opowieść, po której widać, że autor naprawdę zna region i jest z nim emocjonalnie związany. To, że pokazuje, kto nas kiedyś będzie mógł wyciągnąć za uszy, jeśli coś pójdzie bardzo nie tak i mam ogromną nadzieję, że kiedyś, jak będzie trzeba, to takich Czarownic nie zabraknie. Jest to przy tym przyjemna historia o przekazywaniu wiedzy. I swoisty podręcznik surwiwalu. Książka bardzo smutna, ale tak, że nie jest po niej smutno w taki całkowicie negatywny sposób. Warto. Ostrzegam, że zamierzam ją polecać bardzo natrętnie.
Szczerze wątpię w tak szybki zanik umiejętności czytania, gdy punktem wyjścia jest niemal stuprocentowa umiejętność w społeczeństwie, na przestrzeni może dwóch pokoleń. Ale poza tym była to kapitalna książka.
4,5, bo pięć gwiazdek trochę na wyrost, a cztery wydaje mi się za mało jak na tak sprawnie napisane, oryginalne, naprawdę nietypowe polskie postapo dziejące się (!) na niemal odciętej od świata mazurskiej wsi. Świetna bohaterka - osiemdziesięcioletnia kobieta pamiętająca jeszcze czasy sprzed wojny, która wybiła znaczną część światowej ludności i zniszczyła technologię. Prosty wiejski ludek, całkiem nieźle sobie radzący w świecie, w którym żyje się z płodów własnych rąk wśród sprytnie zagospodarowanych szczątków dawnego świata, uważa kobietę za wiedźmę i się jej boi, a jednocześnie bardzo poważa. W rzeczywistości Koślawa jest surwiwalową lekarką-samoukiem, robiącą leki z ziół i hodującą antybiotyki w swoim gospodarstwie, w którym skryte są straszne wspomnienia z czasów zagłady. Historia zaczyna się od tego, że przyjmuje na nauki ucznia - w końcu czarownica musi mieć asystenta, a we wsi zjawia się nowy ksiądz (jak Koślawa umiejący czytać!), przywożąc ze sobą nowe pomysły na życie tej małej, zżytej społeczności i nowe konflikty. Podobało mi się, jak fabuła skupia się na ogarnianiu tych małych konfliktów - lokalnych, na poziomie wioski i miasteczka, niby nieważnych, a potencjalnie bardzo niebezpiecznych (i w sumie odzwiercierdlających konflikty o zakresie światowym... A może tylko ludzką naturę, pełną chciwości i dążenia do władzy za wszelką cenę?). Nie ma tu mowy o ratowaniu wszechświata - ludzie, z "czarownicą" włącznie, troszczą się o siebie, o bliskich i sąsiadów, tworzących ich małą ojczyznę. Apokalipsa wraca tylko we wspomnieniach bohaterki i materialnych śladach dawnej cywilizacji, na ruinach której ludzie całkiem nieźle sobie żyją, tworząc nowe wspólnoty i zalążki nowej cywilizacji. Reminiscencje o tym, jak wygląda wojna z perspektywy cywila, który nie wie nic i próbuje tylko przeżyć kilka miesięcy w piwnicach bloku, pełnych przetworów w słoikach, których właściciele już nie żyją; jak w ekstremalnych sytuacjach wychodzi z wielu ludzi natura drapieżnika i jak jedynym sposobem na ocalenie dla słabszych może być tylko również przemiana w takiego drapieżnika - to bardziej poruszający dla mnie obraz zagłady cywilizacji niż dystopijne wizje kopiowane jedna od drugiej w wielu współczesnych powieściach postapo. A do tego "Czarownica znad Kałuży" jest książką optymistyczną, o tym, jak garstka ludzi - stara wykształcona kobieta, niedouczony ksiądz wierzący w zabobony, bimbrownik-idealista i paru innych - potrafi, dzięki zaufaniu i współpracy przezwyciężyć to, co ich różni i poradzić sobie z zagrożeniem. Czy etycznie? Hmm. Za to na pewno skutecznie.
[PL] Jakie to jest dobre. Pierwsza część podnosi poprzeczkę, z którą druga sobie niezupełnie radzi, ale to mimo wciąż oryginalne, pomysłowe, przyziemne postapo, jakiego się nie spodziewałam.
Główna bohaterka zwana Koślawą/Wiedząca, pamięta życie z przed wojny. Pomaga mieszkańcom Okartowa. Większość uważa ja za wiedźmę ale przychodzą i proszą o pomoc. Leczy ziołami i pleśnią z chleba. Sołtys przysyła jej młodego chłopca na nauki, który okazuje się naprawdę pojętnym studentem. Nie wszystkim się jednak podobają jej „czary” a zwłaszcza wikaremu. Nastawia on mieszkańców przeciwko niej. Widząca nie da sobie w kasze dmuchać i tak łatwo się nie poddaje.
Autor stworzył ciekawa historie. Świat po trzeciej wojnie światowej. Maszyny nie działają, nie działają państwowe instytucje a ludzie prawie wyginęli. Główna bohaterka to już wiekowa staruszka. Rezolutna, z ciętym językiem, rozstawia wszystkich po kątach. Świetny humor i dobrze wykreowani bohaterowie. Została tu również obnażona ludzka natura w sytuacjach kryzysowych. Książka bardzo mi się podobała a wam polecam.
Dwie i pół gwiazdki. Postapo w wersji minimalistycznej. Historia toczy się w małej wiosce gdzieś 60 lat po wielkiej wojnie, która wprowadziła ludzi w analfabetyzm, ignorancje i zabobony, gdzie najważniejszą postacią jest ksiądz i msza co tydzień. Wyjątkiem jest koślawa- 80 letnia starucha, która pamięta czasy przedwojenne oraz wiedzę z tamtego okresu co pozwala jej zostać miejscową znachorką i instruować ludzi, że powinni myć ręce po wizycie w kiblu bo najwidoczniej tego też zapomnieli. Uczynienie główną bohaterką 80 letniej kobiety było dla mnie dość zaskakujące ponieważ nie kojarzę innej książki z postacią w roli głównej z takim "stażem". Gorzej, że przez połowę książki nie za wiele się dzieje oprócz uczenia młodego chłopaka na przyszłego znachora wioski faktów, które dla większości czytelników będą raczej znane. W drugiej połowie jest lepiej ale brakuje mi satysfakcjonującego antagonisty. Wiedza i inteligencja koślawej, oraz to że bardziej wygadana, cyniczna i praktyczna od wszystkich pozostałych bohaterów daje jej tak dużą przewagę nad niedouczonymi i prostymi ludźmi, że nie wzbudziło to we mnie żadnych emocji. Jeśli taki był zamysł to się udało ale mnie to nieusatysfakcjonowało.
Okartowo. Zapomniana przez Boga i władze świeckie miejscowość gdzieś na samym końcu świata, który bywa nazywany Mazurami. Nieopodal wsi mieszka Czarownica znad Kałuży – stara kobieta, która w innym życiu mogłaby mieć teraz tytuł profesora medycyny. Mieszkańcy Okartowa do niej właśnie zwracają się z mniejszymi bądź większymi chorobami i urazami ciała. Niemniej jednak czas nikogo nie oszczędza i nawet Czarownica kiedyś w końcu umrzeć musi. Aby ocalić przed zapomnieniem chociaż część swojej wiedzy, zgadza się przyjąć do „terminu” młodego chłopaka, Michała. Wraz z nim w jej do tej pory uporządkowane życie wkracza odrobina chaosu i posmak przygody.
Tak naprawdę - ocena 3,5. Całkiem ciekawa postapokalipsa, chociaż z wiarygodnością krucho - trochę za szybko nastąpił regres. Za to cała reszta już jest całkiem do rzeczy, czytając to co się dzieje w postapokaliptycznym Okartowie - czujemy się tak troszkę u siebie. Pierwsza połowa trochę nuży - skojarzyło mi się z takim odległym prequelem fallouta2 - ot wychowujemy wybrańca - troszkę razi ten brak wiedzy wśród pozostałych - no cóż, być może ci lepsi zginęli. Podoba mi się za to, że autor, jak w soczewce, skupia problemy zwykłych ludzi, z których, w sytuacjach ekstremalnych wychodzi zwierzęca natura przetrwania za wszelką cenę. Odmienne spojrzenie od wielu postapo i dlatego bardzo cenne.
Ciekawy pomysł, świetnie napisane, bardzo dobrze się czyta. Dlaczego więc nie 5 gwiazdek? Bo kuleje logika w samym założeniu - że przez kilkanaście lat ludzie tak bardzo cofną się w rozwoju. Gdyby to były chociaż cztery pokolenia - to bym się zgodziła. Nie znajduję uzasadnienia dla tak drastycznego regresu ( dobrym przykładem może być MadMax w różnych odsłonach - regres dotyka najczęściej dzieci itp. - natomiast społeczność jako taka jest "otrzaskana" z dawną technologią.) Pomijając ten feler, czytało się z prawdziwą przyjemnością
Dobra książka. Trochę się tnie gdzieś w środku, trochę można by pogmerać w postaciach, ale dobra. Była taka chwila, gdy przeszkadzało mi w immersji nazwisko człowieka, którego znam, nie powinno to być przeszkodą dla pozostałych. Myślę, że czasem czuję się wśród ludzi jak taka Koślawa.
Powieść nominowana do nagrody Zajdla, z opisu książki nastawiałem się na lekki, nieco inny post-apo klimat i.. nieco się zawiodłem. Pozostała część w recenzji w spoilerze.
Książka przez kilkanaście stron swobodnie wodziła mnie za nos. Myślałem, że to fantasy, a nie postapo. Ogólnie świetnie grają tu motywy mistyczne i przewaga intelektualna, która równie dobrze z pewnego punktu widzenia mogłaby być czarną magią. Świetnie mi się to czytało, zwłaszcza wątki związane z przeszłą wojną. Wrzucone gdzieś jako okruchy, które trzeba sobie wygrzebać. Nikt do końca nie wie, jak to właściwie było, a po latach, po co to właściwie roztrząsać?
Czuć tu też krytykę niektórych ustrojów politycznych i kościoła, momentami dla mnie aż zbyt ostrą, bo niektóre postacie potrafią być karykaturalnie złe lub fanatyczne. Mało tu subtelności, a najwięcej odcieni szarości ma tytułowa czarownica, jako jedna z ostatnich postaci, które jeszcze pamiętają jak to było przed wojną. Szkoda, bo dało się to poprowadzić trochę swobodniej, a tak dostaliśmy niektóre tematy podkreślone grubą krechą.
Ogólnie szkoda mi też wątku młodego ucznia, który w pewnym momencie zostaje dość mocno ucięty i odstawiony na drugi tor. Gdzieś jest, ale ewidentnie pierwsze skrzypce już do końca gra wiedźma.
Ostatecznie to jedno z najlepszych polskich post apo, jakie zdarzyło mi się czytać.
Mam duży problem z tą książką. Niezwykle mnie frustrowała, jednocześnie chciałam wiedzieć jak się skończy, więc nie umiałam jej odłożyć.
Historia jest poszarpana i nierówna. A to fragmenty o uczniu, później charyzmatyczny ksiądz, a później to już w ogóle jakieś dzikie mazurskie harce. I te ostatnie fragmenty były najbardziej męczące i jednocześnie najmniej pasujące do postaci. No i jakoś czuć było, że Koślawą napisał mężczyzna.
Jedynym plusem tej książki jest świat przedstawiony, fabuła jest chaotyczna a zachowanie postaci niekonsekwnetne. Staszek bimbrownik z cwaniaka szybko zamienia się w biernego pionka od czasu do czasu tylko pełniącego rolę sumienia głównej bohaterki, a ta zupełnie znikąd staje się tak makiaweliczna że przestaje się jej kibicować.
Z twórczością Artura Olchowego pierwszy raz zetknąłem się przy okazji antologii "Gruzy: Antologia postapo". Tam znalazło się jedno opowiadanie, zdecydowanie wybijające się nad resztę. Chciałem więcej - i "Czarownica..." nie zawiodła moich oczekiwań. Bardzo fajny setting, ciekawe niejednoznaczne postacie, dobra historia. Szkoda, że póki co to jedyna powieść Olchowego. Czekam na więcej!
Dobrze napisane ale bzdurne. Trudno uwierzyć, że przez 60 lat ludzie zapomnieliby, że zadki warto podcierać, a zęby myć. Jakby bohaterka przez 200 lat była zahibernowana, to może miałoby jakiś sens. Nie jestem pod wrażeniem.
Bardzo ciekawie napisana książka, z interesującą wizją świata. Barwny język, celne dialogi, wielowymiarowe postacie, zwłaszcza jak chodzi o główną bohaterkę. :-) Bardzo przyjemna lektura.