Medzi predavačom gaštanov a poľským kozmonautom, generálom Sikorským, ktorý leží v truhle a nahluchlou Pannou Máriou, ktorá pri televízore pletie Ježišovi ponožky. V bláznivom svete, kde nikoho neprekvapuje zoznamovací večierok pre mŕtvych ani osvetové zdravotnícke bábkové divadlo. Weronika Murek ako slovný mág na kráľovskom dvore žongluje literárnymi štýlmi a vodí za nos čitateľa. Dokonalý únik od nudy všedných dní.
Absolwentka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego. Laureatka Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej 2015 za Feinweinblein. Za debiutancki zbiór opowiadań Uprawa roślin południowych metodą Miczurina nominowana do Paszportów „Polityki” 2015w kategorii literatura, Nagrody Literackiej „Nike” 2016 oraz do Nagrody Literackiej Gdynia 2016 w kategorii proza.
Az van a címlapon, hogy novellák, de ezt pontosítanám: egy, a terjedelem felén is túlnyúló kisregényt, illetve néhány különálló elbeszélést találunk a kötetben. Maga a kisregény (vagy nevezzük, ha jobban tetszik, novellafüzérnek) Maria története, aki meghal, temetik is, de ezt felettébb nehezen tudja feldolgozni. A helyzet nem ismeretlen az irodalomban: a 22-es csapdájában Doki is hasonló szituációt kénytelen elszenvedni, de Örkény is érinti a témát*. A konfliktus itt akörül bonyolódik, hogy az egyén halála többnyire társadalmi halál is: tudatosul bennünk, rokonokban, barátokban a halál ténye, ezzel téve teljessé a tragédiát. De mi van, ha az előbbi halál nem függ össze az utóbbival? Ha a társadalmi halál végbemehet az egyén tényleges halála nélkül is? Szerencsétlen individuum ott áll, nézi a saját elparentálását, közben hiába tiltakozik, hiába állítja: "De hát élek!", a társadalom csak rosszallón csóválja fejét, hogy de makacs, de hangos, de erőszakos hulla ez, és még a buszon is foglalja a helyet az élők elől. Ez a kérdéskör a szöveg nagyjából kétharmadánál kicsit új hangsúlyokat nyer: beúszik a vallási elem a sorok közé, és ezzel párhuzamosan az kerül előtérbe, hogy maga az egyén hogyan fogadja el, ha neki tényleg el kell múlnia. Szellemes variáció a halál misztériumának átértelmezésére, esetleg profanizálására, tetszett.
Amúgy erre és a többi szövegre is igaz, hogy Murek a lengyel prózai tradícióval dolgozik, gyakran kifejezetten folklorisztikus alapról kiindulva, és aztán ezt az alapot a lehető legszürreálisabb világgá gyúrja át. Kifordított logikai sémák uralkodnak, a hit és a természet törvényei összekeverednek, a szabályszerűségeket pedig el lehet felejteni. Izgalmas, pontosan kivitelezett vállalkozás, bár egyes elbeszéléseknél komolyan kételkedtem benne, hogy a szabályszerűségek felbomlasztásán kívül volt-e egyéb írói cél.
* A történelemben pedig az ellenkezőjét is megfigyelhetjük, például amikor Szulejmán szultán méltóztatik elhalálozni Szigetvár ostroma idején, de azért tetemét - mintha élő volna - megturnéztatják a törökök között, el ne menjen a kedvük a várvívástól. És bejön a trükk. A fene vigye el őket. Mindenesetre ebből is látszik, hogy a társadalmi halál - tehát amikor a közösségben tudatosul a személy elhunyta - bizonyos értelemben fontosabb mérföldkő, mint az, hogy a személy valóban él-e, avagy meghótt.
Pod grubą warstwą formy zieje nicość. Totalna pustka braku treści. Czytając miałem poczucie, że tracę czas. Nie wyniosłem z tej książki niczego. Nie była nawet rozrywką. Brnąc przez kolejne strony męczyłem się. Lubię surrealistyczny opis rzeczywistości, ale nie znoszę zabaw formą, które do niczego nie prowadzą. Na kartach "Miczurina" panuje totalny chaos, autorka nie potrafiła nad nim zapanować. Wyszedł zbiór nieźle napisany, ale bezcelowy. Ot, pstryknięcie palcami. Za mało, by dać choćby dwie gwiazdki, nie mówiąc o nagrodzie Nike.
Może się nie znam, więc długiej notki nie będzie: Forma (surrealistyczna) przerosła treść (a raczej jej brak). Albo sedno tych opowiadań, ukryte jest tak głęboko, że zaledwie nieliczni je zauważają (porównaj: pozostałe opinie na Goodreads) albo go po prostu nie ma i jesteśmy świadkami swego rodzaju literackiego performance'u. Tym bardziej nie daje mi spokoju opowiadanie o mężczyźnie idącym do restauracji (dalej fabuły nie zdradzam), które BARDZO przypadło mi do gustu (formą, treścią i przesłaniem) jednocześnie... zupełnie nie pasując do reszty abstrakcyjnych i chaotycznych tekstów. Strasznie szkoda, bo liczyłem na coś mocno w moim stylu.
Przedziwny to zbiór opowiadań! Bardzo ciekawy debiut, powiało ożywczą bryzą, bo czegoś tak oryginalnego wśród współczesnych młodych polskich autorów jeszcze nie było. Weronika Murek przedstawia nam szereg bardzo nietuzinkowych postaci. Trudno zapomnieć o Marii, która nie przyjmuje do wiadomości własnej śmierci, o Matce Boskiej w podomce, siedzącej przed ryczącycm telewizorem i dziergającej Jezusowe skarpety, czy o Piotrusiu - chłopcu z mięsa, który boi się zasnąć, bo Jezus siedzi mu pod łóżkiem i chce zabrać kapcie. Co akapit, to kolejne zdziwienie :-) Na pewno spodoba się miłośnikom absurdu i czarnego humoru.
Cudo. Obłąkane, szalone cudo. Kiedy Murek walczyła o nagrody, kibicowałam Dominice Słowik, ale rozumiem teraz, czemu "Uprawa roślin..." zgarnęła trofea. Czyta się to tak, jakby podsłuchiwało się rozmowy przypadkowych ludzi w kolejce czy w autobusie - ze strzępków zdań rodzą się absurdalne sytuacje i obrazy, domysły zaczynają przeważać nad tym, co wiadomo na pewno. Murek ma niesamowity dar patrzenia na rzeczywistość z dystansu, nie przyjmowania niczego za pewnik, negowania ustalonych zasad. Doszukuje się absurdu tam, gdzie na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku i znajduje go. Chociaż pierwsze opowiadanie jest najlepsze, a kolejne - stopniowo coraz słabsze, to nic - ostatecznie to pierwsze zajmuje objętościowo połowę książki, zatem na tę najsłabszą część przypada nawet nie 1/4. Jak ja jej potwornie zazdroszczę tej książki...
Zbiór opowiadań, które łączą się w przedziwną całość ni to ze snu, ni jawy. Termin jakim określiłbym prozę Murek, parafrazując literacki termin realizm magiczny, to oniryzm realny. Uważam, że doskonale oddaje zaburzenie proporcji fikcji i realności, którym od czasów Schulza, niewielu w polskiej literaturze może się pochwalić. Duża rzecz, jak na debiut, polaryzująca czytelników w dwa przeciwstawne obozy. Jednak o tym, czy jest się pisarzem (w tym przypadku pisarką), czy tylko napisało się książkę, zdecyduje drugi tytuł, bo po debiucie skupiającym cały dotychczasowy urobek umysłu, przychodzi napisać drugie dzieło, stawić czoła odbiorcom, którzy już nas poznali i niełatwo ich będzie zaskoczyć.
Niebywały słuch językowy, ale ten zbiorek jest jak siedzenie na przeciągającym się obiedzie z tradycyjną rodziną. Owszem, ktoś nieustannie puszcza do ciebie porozumiewawczo ironiczne oko, ale jednak ciężko momentami wysiedzieć w takim stężeniu polskości, gdzie ludzie mówią, ale w ogóle się nawzajem nie słuchają.
Są w tej książce momenty bezcenne, jak zakład fryzjerski, który ma katalog fryzur skomponowany z zdjęć pięknych zmarłych, tablica w przedszkolu z rysunkami dzieci do tematu chorób kości, czy samobójczyni, która ma iść do nieba, żeby trzymać włóczkę Matce Boskiej. Mimo fantastycznych i absurdalnych elemantów książka tak mocno zwraca uwagę na rzeczywistość, przyziemność i zwyczajność, na popękane piety, romazany makijaż, zabobony. Czyta się, jakby dotykało się wspomnień i wrażeń z dzieciństwa.
The phantasmagorical realm created by Weronika Murek in “Uprawa roślin południowych metodą Michurina” (“The Cultivation of Southern Plants According to the Michurin’s Method”) left me bewitched. Rarely do I read books by authors with such unbridled imagination. Murek is like a rare orchid that appears in a dense forest and I understand that few can appreciate and admire it. But those who do are there for a real treat.
Ivan Michurin was a Russian botanist, who devoted his lives to creation of new varieties of fruit plants; he introduced over 300 kinds to the world (the most famous are Antonovka apples). Murek’s short stories are like a totally new genre. Reality as it is is too boring for her, so she ornaments it, makes it absurd in a way I had never read before, creates parallel universes, devoid of logic, science, chronology, laws of physics. All that is deeply set in Polish culture, mentality, belief and value systems, history, ecosystem, folklore. There is Maria who cannot believe she’s dead even though everyone she meets tells her she doesn’t exist anymore. There is Virgin Mary, nearly blind, knitting socks for Jesus from golden yarn (authentic local belief from Podlachia, where mothers used to tell their daughters that spending eternity on handing yarn to Virgin Mary is a reward in afterlife for good behaviour on Earth), there’s a boy afraid to go to sleep as Jesus hiding under his bed might nick his slippers, and other unique characters with their idiosyncratic experiences. There is a lot of blasphemy in these stories (also towards nature), which I adored, tightly wrapped in oh-so-very-Polish guilt, shame and grotesque.
What struck me as spellbinding is the use of language. I nearly cried tears of joy seeing how fantastically Murek twists and turns Polish language, how she uses syntax, grammar and vocabulary to convey certain mentalities, emotional baggage and all kinds of socio-economic context. This is the world that doesn’t exist, that uses familiar props in a completely unfamiliar settings - I felt like strolling through Escher’s or Magritte’s landscapes. I would recommend this book to everyone who wishes to stimulate their neuroplasticity.
Weronika Murek pisarką jeszcze nie jest - dopiero się nią staje. Budowany przez nią świat podlega jeszcze wielu zakłóceniom, kończy się niespodziewanie i ma wiele białych plam. Ale i tak jest światem pasjonującym, choć niegościnnym, obcym, ale zaskakująco znajomym. Trochę jak z Konopielki, trochę z tonącego w deszczu Macondo. Trochę jak ze spektakli Grotowskiego albo miniatur Rolanda Topora.
Czytałam i czułam się smutna, zagubiona, samotna i zła nawet. Bardzo mi się to podobało, bo przy lekturze ostatnich debiutów przeważnie czuję się jedynie znudzona. Trzymam kciuki za autorki zmagania z warsztatem - mam nadzieję, że spod jej pióra wyjdzie jeszcze jakaś większa i bardziej spójna fabuła.
Daje 2 gwizdki tylko dlatego, że pierwsze opowiadanie minimalnie mnie zaciekawiło. To jedna z tych książek która im bardziej nudna, bezsensowna, zawiła, absurdalna i męcząca, tym bardziej jest oklaskiwana. Coś idealnego dla snobów. Pod pięknymi zdaniami nie kryje się żadna treść, nic, psuto. Po co to było?
Szukając jakiś recenzji/opracowań żeby upewnić się, że to nie ja jestem głupi i nie umiem czytać po polsku natrafiłem na coś co idealnie oddaje te książkę, jest tego cała seria dla każdego opowiadania, zamieszczam link do pierwszego, tak właśnie wygląda ta książka: https://youtu.be/VMDdoP19BDU?si=ddx_4...
Siedem opowieści wyjętych z pogranicza snu i jawy, zdrowia i choroby umysłowej, życia i śmierci, gdy ciało jeszcze nie jest pochowane, a dusza jeszcze nie wie, że już nie żyje. Nawet na wieczorku zapoznawczym dla zmarłych, bohaterka opowiadania "W tył, w dół, w lewo" stawia opór, bo twierdzi, że nie umarła.
"O tym, że nie żyje, dowiedziała się jako ostatnia. Czasami tak bywa. Rano wszystko było jeszcze w porządku: żywi mijani na ulicy pozdrawiali ją tak, jakby wciąż do nich należała. Gdy dotarła do pracy, nikt już nie patrzył jej w oczy. Rzeczy z jej biurka leżały w plastikowym worku. – No, no – powiedziała szefowej. – Po coście to zebrali? To wszystko nowe jeszcze, niedawno kupione. Na co tamta odparła: – Co z tego? Te rzeczy należą do zmarłej, a rzeczy zmarłych się pali" Autorka uchyla nam rąbka kotary, za którą są już zaświaty. Tam, zgodnie z ludowymi wierzeniami, w nagrodę pomaga się rozwijać kłębek złotej nici, z której Matka Boska dzierga Jezusowi skarpety, temu samemu, który kradnie dzieciom kapcie spod łóżka.
Książka jest tak odklejona od rzeczywistości, że chciałabym wiedzieć, co autorka zażywa, bo ja też chcę tego popróbować. Czytam wywiady i nic. Taka jest i tyle. Dorysowuje rzeczywistości wąsy, wymyśla dodatkowe czasoprzestrzenie, wplata skrawki snów, niedokończonych, przerwanych dźwiękiem budzika, spogląda na świat pod innym kątem niż zwykły zjadacz chleba i łapie odbicia w lusterka, a potem niesie je ostrożnie, żeby z lusterek nie uciekły.
Opowiadanie "W tył, w dół, w lewo", najdłuższe, otwierające tomik, jest dla mnie najsmaczniejsze. Ta wędrująca dusza, która nie chce pogodzić się z własną śmiercią fascynuje, śmieszy, przestawia głowę na inny tryb myślenia. Pyszne dialogi, celne, nieprzegadane.
Świat wykreowany przez Weronikę Murek jest spójny, konsekwentny, nie ma tu taniego efekciarstwa, żeby tylko czytelnika zaskoczyć. Realizm magiczny, po który sięga autorka jest uczciwą formułą, a nie próbą ukrycia niedoróbek. Murek od pierwszego słowa do ostatniej kropki panuje nad tekstem.
Tytuł? Wpasowany w konwencję. Jako motto, słowa Miczurina: „Nie możemy czekać na łaskawość przyrody. Naszym celem jest wziąć ją sobie od niej samemu”. Akurat ten hodowca, któremu na siłę przypisywano status naukowca świetnie tutaj pasuje, razem z wybranym cytatem.
Po pierwszym opowiadaniu - o kobiecie, która umarła, ale która wszystkim wmawia, że "wciąż jeszcze żyje" - które bardzo mi się podobało, byłam naprawdę zachęcona do dalszego czytania. Jednak im dalej, tym gorzej. Lubię absurd, który (paradoksalnie) ma pewien sens w określonych ramach. Tu były absurdy zarówno w fabule, treści, jak i wypowiedziach - nie dodawały one jednak niezwykłości, a jedynie nudziły i pozwalały myślom swobodnie wędrować w trakcie czytania. Ogólnie żałuję przeczytania, poza tym pierwszym dłuższym opowiadaniem, które oceniłabym jako dobre. www.fb.com/jedenakapit
Opowiastki z wersalki, model współczesny. Obawiam się, że po tej lekturze nie pozostanie we mnie żaden osad – podsumowane na karteczce przebitej szpilką do makatki wiszącej nad ww. meblem.
moje pierwsze skojarzenie ze stylem dialogów w tym zbiorze to filmy Lanthimosa; w opowiadaniach występuje taka sama kalkulowana sztuczność wywołana nie brakiem umiejętności, a przemyślanym światotwórstwem — postacie niczemu się nie dziwią, nie zastanawiają się nad światem, przyjmują go takim, jakim się jawi; a jawi się posmarowany ciężkim absurdem, ciemny, gęsty, momentami niezrozumiały, ale intrygujący; nie każde opowiadanie mi podeszło, ale książka zostawiła pozytywne ogólne wrażenie, choć na jego obrzeżach pląta się uczucie frustracji z nienadążania za zdarzeniami, pośród których ciąg przyczynowo-skutkowy stanowi ewenement
Książka niezwykle mnie rozczarowała. Chciałam przeczytać ją od dawna, była na liście tych, które warto nabyć, pochłonąć, przeżyć... niestety, lektura jedynie mnie zmęczyła. Najlepsze opowiadanie? To ostatnie, i dlatego, że zwiastowało koniec książki, i dlatego, że było krótkie, i cóż, miało sens.
Może i 1,5 ale tak bardzo trudno było mi przebrnąć przez ten twór, że nawet nie mam siły dorzucić drugiej gwiazdki. Zdecydowanie nie moja forma, bo treści tez nijak nie ma.
Jedno opowiadanie na jedną połowę książki a reszta z nich upchana w drugiej połowie. Mam wrażenie że niemal wszytskie były niewystarczające i urywały się jakby w połowie. Czuję straszny niedosytttt
Iwan Miczurin był radzieckim sadownikiem, który uważał, że człowiek jest zdolny do niemal dowolnego przeobrażania otaczającej nas przyrody. A jak to się ma do książki Weroniki Murek? Przedziwnie! . Autorka serwuje czytelnikowi zbór niecodzienny w swojej codzienności; zabawny, przytłaczający, soczysty. Opowiadania o przeróżnej długości, na przeróżne tematy spaja ze sobą wiejska sceneria i wszechobecny absurd. . Przeczytałam kiedyś, że zdań Murek się nie czyta, tylko kontempluje, coś w tym jest, bo zdarzało mi się wracać do pewnych fragmentów kilkukrotnie by móc wyłuskać z nich tę wieloznaczeniową esencję. Niby zwyczajne, lecz tak nieoczywiste i nietuzinkowe, że na pewno pozostaną ze mną na długo.