Wrocław 1914. Maria – „narzeczona” Eberharda Mocka – co noc w swoim mieszkaniu słyszy potępieńcze jęki i płacz dzieci. Ebi myśli, że kobieta traci rozum, ale niebawem odkrywa szokującą prawdę, którą kryją piwnice nieczynnego dworca. Wkracza w sam środek piekła, choć nie wie jeszcze, że jego przeciwnik – Gad – ma potężnych mocodawców, którzy nie cofną się przed niczym. Mock staje przed dramatycznym wyborem: ocalić matkę Marii czy niewinne dziecko? By ukarać bezlitosnych zbrodniarzy, narazi się na śmierć w męczarniach, a pogoń za złoczyńcą zaprowadzi go na granicę człowieczeństwa. Przekona się, że natura ludzka jest bardziej okrutna niż bezlitosna afrykańska dżungla. Marek Krajewski – autor szesnastu bestsellerowych powieści kryminalnych, filolog klasyczny. Laureat prestiżowych nagród literackich i kulturalnych. Miłośnik filozofii stoickiej, pilny czytelnik Marka Aureliusza.
Wrocławianin. Wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego.
Autor osiemnastu bestsellerowych powieści kryminalnych, filolog klasyczny. Laureat prestiżowych nagród literackich i kulturalnych (m.in. Paszportu „Polityki", Nagrody Wielkiego Kalibru, Nagrody Prezydenta Wrocławia, Śląskiego Wawrzynu Literackiego), odznaczony Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Jego książki przetłumaczono jak dotąd na osiemnaście języków. Zadebiutował w 1999 roku „Śmiercią w Breslau” - w 2019 roku obchodzimy 20-lecie jego twórczości. Miłośnik filozofii i logiki.
---
Marek Krajewski – socjolog, profesor zwyczajny, zatrudniony na Wydziale Socjologii UAM w Poznaniu. Autor licznych artykułów dotyczących materialności i wizualności, współczesnej kultury i sztuki oraz edukacji kulturowej. Opublikował też wiele książek poświęconych tej problematyce: Kultury kultury popularnej (2003), POPamiętane (2006), Za fotografię! (2010, wspólnie z R. Drozdowskim), Narzędziownia. Jak badaliśmy (niewidzialne) miasto (2012, wspólnie z R. Drozdowskim, M. Frąckowiakiem i Ł. Rogowskim), Są w życiu rzeczy… (2013), Incydentologia (2017). Współtwórca projektów badawczych, artystycznych i edukacyjnych: Niewidzialne miasto, Archiwum Badań nad Życiem Codziennym, Bardzo Młoda Kultura.
Po raz kolejny Marek Krajewski nie oszczędza czytelnika. Im bliżej początku, im bliżej źródła, im bliżej sedna istnienia Eberharda Mocka, tym jego dzieje bardziej przekraczają granice ludzkiego poznania, tym bardziej oddziałują na wyobraźnię. Jednocześnie, pośród smutku i rozpaczy, wszystkich tych skrajnych emocji, odnaleźć można przebłyski dobra i litości, miłości, która przebija się z mroku, czym Marek Krajewski równoważy makabrę, robiąc tym samym oczekiwany długo ukłon w stronę kobiecej części swoich czytelników. Do tego, jak sam pisarz powiedział w wywiadzie, którego udzielił Michałowi Nogasiowi – postać Mocka wciąż może zaskoczyć nawet jego samego, im bardziej cofamy się w jego niepoznaną dotąd przeszłość. Z pewnością „Mock. Ludzkie zoo” udowadnia, że Ebi, jak pieszczotliwie nazywają go fani, jest już postacią kanoniczną dla naszego rodzimego kryminału noir.
Chyba najsłabsza część o Mocku. Trochę magiczne rozwiązywanie wątków i strasznie duża rozpiętość akcji. Sama dominanta narracyjna nawet ciekawa, acz wydaje się nieprawdopodobna i naciągana. Na szczęście w posłowie Autor udowadnia, że się mylę tkwiąc w takim założeniu.
Jest to moje trzecie zderzenie z utworem z uniwersum Mock’a - po audiobooku “Mock. Pojedynek” i spektaklu “Mock. Czarna burleska”. Klimat, który w nim odnajduję totalnie mnie wciąga. Postacie noir, kryminalne zagadki, ale też przede wszystkim Breslau z początku XX wieku! Klimat starych restauracji, w których główny bohater oddaje się nałogom. Ulice, które opisane są tak dokładnie, że otwierają wyobraźnię na to, jak wyglądały miejsca, po których przecież chadzam na co dzień. Niesamowitym atutem tej książki jest jej dokładność historyczna - nie tylko dotyczącą miejsc, ale też wydarzeń, które są głównym motywem fabularnym. I choć wiele tu superlatywów to trudno dać mi książce wyższą ocenę. Pomimo wielu atutów “dookoła”, to główna nic fabularna była dla mnie po prostu okej. Dodatkowo, nie przekonał mnie moment jej zakończenia. Otrzymujemy pewną emocjonalną górkę, która wydaje się być już całością historii, żeby potem rozkręcać historię od początku. Koniec końców po rozkręceniu, całość tworzy już spójny obraz.
Dodatkowe punkty sympatii za pierwszą skończoną książkę od już jakiegoś czasu ♥️
Ta książka fabularnie nie ma sensu, tyle naciągania (nie, posłowie nie usprawiedliwia nieprawdopodobnych rozwiązań fabularnych). Jestem zła na moją mamę, bo ona czytała prawie wszystkie książki Krajewskiego i nie spojrzała do opisu i poleciła mi to. Prosiłam ją o zwykły kryminał, a to był jakiś akcyjniak. Język Krajewskiego jest świetny, postać Mocka ciekawa, dlatego tym bardziej boli fakt, że zaczęłam przygodę z autorem od tej książki, bo wiem, że w swoim dorobku posiada wiele lepszych kryminałów. Na razie się zraziłam i jest mi przykro.
Jedno wielkie rozczarowanie. Jak w polskim filmie nudy, nudy, nudy. Gdy spotkam Pana Krajewskiego zażądam zadośćuczynienia na straty niemajątkowe w postaci wspólnie wypitej kawy pod wakacyjnym parasolem. P.S. Książka ma 285 stron dlaczego pokazuje mi 400 stron?
GHOSTWRITER Po wtopie z debiutantem (patrz wyżej) warto sięgnąć po pewniaka – myślę sobie. Pora nadrobić zaległości. Czas na Krajewskiego. I co? Myśleliście, że takie rzeczy się nie zdarzają w przyrodzie? Ja też. A jednak. Przyznaję pałę autorowi, którego zaliczam do swoich ulubionych. Nawet nie wiecie, jak mi głupio.
Pała za to, że nie udało mi się dotrwać do końca. A do tej pory przeczytałam wszystkie powieści Krajewskiego. Były lepsze i gorsze, ale każda trzymała jakiś poziom. A „Ludzkie zoo” sprawia wrażenie, jakby je pisał ghostwriter.
Poprzedni, odmłodzony „Mock” był świetny i zaostrzył apetyt. „Mock” drugi z tej serii nie daje się czytać. Przez kilkadziesiąt stron nic się nie dzieje, tylko duchy straszą. Jak się okazuje, że to nie duchy, tylko jednak pospolitość skrzeczy, to pojawiają się jakieś inne fantasmagorie, i to w takim zagęszczeniu, że kompletnie nie mam ochoty się w nie zagłębiać.
Autor zaczyna stosować chwyty niedouczonych debiutantów w stylu: „zabili go i uciekł”. Mock od razu wpada w tarapaty, bo zachowuje się tak, jakby mu nagle rozum odjęło, i tylko przypadkowo udaje się mu wykaraskać z kłopotów. Suspensu brak, no bo przecież wiadomo, że na początku głównemu bohaterowi nic nie może się stać. Przewracanie kolejnych kartek to udręka. Zaraz sobie wyobrażam, że znowu zrobi jakieś głupstwo i znowu pan Bóg zejdzie z nieba i go uratuje.
Detektyw jakiś taki bez jaj wcale. Mock idzie z kwiatami do dziewczyny z dylematem bohatera czytanki dla gospodyń domowych: czy wręczając te kwiaty oświadczyć się Marii, czy z nią zerwać. To jest Mock? I nie potrafi podjąć decyzji? Chyba jego karykatura. Naprawdę, ciężko uwierzyć, że Marek Krajewski to napisał.
Długo mi przeleżało „Ludzkie zoo” na półce, ale jak widać, był w tym jakiś sens. Chyba to był znak, żeby nie czytać. Czasami trzeba wierzyć w znaki.
Aż się boję sięgać po „Pojedynek”, który też leży na półce i czeka.
Jeśli ktoś jeszcze nie miał przyjemności obcować z prozą Marka Krajewskiego to zdecydowanie zachęcam do naprawienia tego błędu. Świetną okazją ku temu może być chociażby sięgnięcie po serię z komisarzem Eberhardem Mockiem. Ja sięgnęłam po siódmy tom cyklu jakim jest „Ludzkie zoo” nadrabiając zaległości czytelnicze i jak zwykle nie zawiodłam się. Tym razem Ebi zmuszony będzie do podejmowania ważnych życiowych decyzji, które nieodwracalnie zmienią jego życie. Jest bowiem rok 1914, a Mock z racji intrygi, w którą się wpakował po raz kolejny prowadząc z sposób właściwy tylko sobie, musi podjąć walkę o życie swej narzeczonej Marii i jej matki – tu umówmy się szczerze dylemat nie powinien być wielki, w końcu kto o zdrowych zmysłach narażał się będzie dla teściowej?;-) A na poważnie to na szali dla równowagi postawione jest również życie pewnej małej czarnoskórej dziewczynki, która skradła serce Mocka. Psi nos prowadzi komisarza do podziemi Dworca Głównego, które stają się przestrzenią dla makabrycznych zdarzeń za którymi stoi niejaki Gad, zwany również Białym Murzynem. Ten rzuca wyzwanie Eberhardowi, a walka będzie toczyć się na śmierć i życie. Zagadka Ludzkiego Zoo musi być jednak rozwikłana, choćby nawet prowadziła do samych bram piekieł. Więcej szczegółów intrygi nie zdradzę, żeby nie psuć czytelniczej zabawy. Dla zachęty dopowiem tylko, że oprócz klimatu międzywojennego Wrocławia, zakrapianego – jak zawsze u Krajewskiego wódeczką i towarzyszącymi jej przysmakami ówczesnej kuchni, można zgłębić topografię ówczesnego Breslau, poczuć klimat i smak tamtych czasów, a nadto poobcować z odrobiną filozofii i klasycznych wstawek, które są tak charakterystyczne dla Autora. Pojawi się również odrobina egzotyki w postaci wycieczki na Czarny Ląd. I w tym wszystkim jest jedno małe zastrzeżenie – zakończenie, które odrobinę odstaje od reszty i gdyby nie ono wrażenia byłby na najwyższym możliwym poziomie. A tak jest bardzo dobrze, ale jednak nie rewelacyjnie. Pomimo tego serdecznie polecam.
Marek Krajewski jest jak Wergiliusz. Oprowadza czytelnika po piekle. To skojarzenie z Boską komedią Dantego jest oczywiście umowne, ale usprawiedliwione. Po raz kolejny pisarz zabiera nas do najgłębszych kręgów piekielnych. W miejsca, gdzie nie istnieją współczucie, empatia, dobro i troska. Krajewski sprowadza czytelnika po stromych stopniach do krainy, którą rządzi wyłącznie żądza.
Porzadny Krajewski, jednak ta ksiazka wydaje mi sie gorsza od poprzednich. Postacie poboczne sa malo rozwiniete, zagadka rozwiazana, wiec czesc afrykanska jest juz dla mnie troche na sile, byle jakos akcje rozwiazac. Jak zawsze, ciekawa intryga poparta researchem, mroczny przedwojenny Wroclaw, glowny bohater mroczny jak i miasto w ktorym mieszka. Nie do konca bohater, taki polski Harry Hole.
Mock was perfect - as always :) Brilliant idea of setting partially the plot in Africa. I was feeling like I was reading somehow "In Desert and Wilderness" :)
Po raz kolejny Mock odkrywa brudne oblicze Wrocławia, ale w pogoni za przestępcą wyjeżdża również do Afryki. W podziemiach dawnego dworca odkrywa tzw. ludzkie zoo - zbieraninę osób dotkniętych różnymi niepełnosprawnościami m. in. karły i osoby chore na hipertrichozę.
Pan Krajewski nie traci formy. "Ludzkie zoo' jest doskonale napisane. Inteligentne, poruszające, mocne i prawdziwe. Przypomina słowa, że człowiek to najokrutniejsza z istot. Przeczytana jednym tchem bo odłożyć na bok się nie da.
I think that's a 10th book of Marek Krajewski i've read. German Wrocław + Crime + brutal policeman is a mix that i really like. I always find it suprising when i meet someone who lives in Wrocław and hasn't read any of Krajewski's books. It's an absolute must. This one is not as good as the third part of the cycle which is one of the best crime stories i've read but it's a good, solid train read.