Powieść Zofii Kossak przeczytałam głównie po to, by zaspokoić swoją obsesję na punkcie kolejnej postaci historycznej, która aktualnie dotyczy, jak zapewne nietrudno się domyślić, Baldwina IV Jerozolimskiego (ale jak to mówią, every girl sometimes needs a comfort dead guy).
Powieść Zofii Kossak pod kątem historycznym miejscami już nieco trąci myszką, chociaż wziąwszy pod uwagę, że autorka pisała ją na wiele lat przed powstaniem wielu czołowych prac na temat krucjat, nadal robi wrażenie.
Chyba najgorzej zestarzał się tutaj sposób, w jaki ukazano tutaj muzułmanów i kobiety. Chociaż Zofia Kossak w oczywisty sposób nie odmawia muzułmańskim liderom wiedzy, doświadczenia i zmysłu politycznego, to jednak nadal zostali ukazali w sposób dość orientalizujacy.
Natomiast wizerunek kobiet szczególnie razi w przypadku kreacji Agnieszki de Courtenay oraz Sybilli Jerozolimskiej, czyli w kolejności matki oraz siostry Baldwina IV. Rozumiem, że Zofii Kossak zależało na wykorzystaniu tych bohaterek do ukazania skutków braku dalekosiężnego myślenia oraz działania pod wpływem emocji oraz impulsów, lecz wybór ten sprawił, że im dalej w las, tym bardziej bohaterki te wydawały się papierowe i wręcz głupie - bo naprawdę, trochę średnio kupuję Sybillę, która jest aż tak skupiona na sobie, że wrażenia na niej nie robi nawet śmierć własnego dziecka. W takim wypadku już wolę Sybillę w „Królestwie niebieskim” w reż. Ridleya Scotta, nawet jeśli tam jej kreacja również była dość zorientalizowana.
I bynajmniej nie tylko dlatego, że tam Sybillę grała Eva Green (którą uwielbiam), ale dlatego, że u Scotta, chociaż jest zdecydowanie nie osobą bez wad, nadal jest ona w tym wszystkim po prostu ludzka. Zainteresowanym polecam obejrzeć sobie scenę rozpaczy Sybilli po tym, jak dowiedziała się o chorobie swojego syna, fantastycznie zagraną.
Nie rozumiem też zupełnie, po co autorka rozwijała wątek templariuszy w stronę masońsko-spiskową. Uważam, że ta historia nie straciłaby nic, a wręcz by zyskała, gdyby Zofia Kossak zdecydowała się wyciąć ten wątek lub okroić go tylko do faktów historycznych.
Jeśli idzie natomiast o postać tytułowego bohatera, to uważam ją za mocną stronę tej powieści i nie mam do niej większych zarzutów, może poza tym, że momentami zachowywał się zbytnio jak współczesny autorce nastolatek, kiedy jego wiek w książce (16+) już był granicą prawnej dorosłości w Królestwie Jerozolimskim i w tym wieku historyczny Baldwin raczej był już traktowany mniej więcej tak jak 18/20-latkowie w naszych czasach. Może z tą różnicą, że od szesnastoletniego Baldwina już oczekiwano, że będzie zdolny przewodzić armii, czego po współczesnych młodych dorosłych spodziewać się nie można, ale oh well.
Ogólnie nie jest to zła powieść i śmiem wręcz sądzić, że w dobie liderów pozbawionych zdolności dalekosiężnego planowania i rozkradających swoje państwa na prawo i lewo, może się ona nie jednemu odbiorcy przysłużyć. Nie zmienia to jednak faktu, że pod pewnymi względami zestarzała się po prostu źle i obecnie raczej żaden szanujący się pisarz powieści historycznych nie powinien powielać tych samych błędów.