Lubię narrację pierwszoosobową. Lubię podążać za wylewającym się z czyjejś głowy strumieniem świadomości. Lubię też, gdy mimo pewnych różnic między mną a bohaterem/bohaterką są oni w stanie mnie zainteresować, zafascynować. Lubię nawet to uczucie pewnego sympatyzowania z bohaterami/bohaterkami, którzy z pozoru zupełnie nie są 'moimi' ludźmi. To są właśnie te doświadczenia, za jakie jestem wdzięczna literaturze.
Nie muszę lubić głównego/ej bohatera/rki, by książka mi się podobała, ale muszę czuć jakieś do nich przyciąganie. W przypadku 'Witajcie w Ameryce', czyli opowieści prowadzonej z perspektywy 11-letniej dziewczynki, która ze znanych tylko sobie przyczyn przestaje mówić, tego przyciągania nie było. To króciutka książka, w całości poświęcona monologowi dziewczynki, która mimo że nie mówi to jednak ma coś do powiedzenia. Styl zdaje się podążać za wiekiem narratorki, choć są też w tej wypowiedzi fragmenty warte zaznaczenia, jak choćby pojawiający się w większości wpisów o książce cytat o powodach milczenia związanych z zajmowaniem przez dorastanie zbyt dużo miejsca. Spodobał mi się też fragment o nocy, w którym bohaterka mówi, że lubiła 'wszechogarniającą ciszę i uczucie, że wszystko się zatrzymało, żeby zebrać siły przed porankiem.'
Linda Knausgard mnie nie zainteresowała i nie sprawiła, że miałam ochotę przeczytać tę książkę za jednym posiedzeniem. Coś w tej opowieści trzymało mnie na dystans i nie pozwalało zainteresować się losem dziewczynki bardziej. Nie wywołała we mnie żadnych emocji, nie spowodowała żadnych przemyśleń. No, przeleciała mi ta Linda przez palce.
Krótkie książki mają to do siebie, że przez to, że są krótkie, oferują mało miejsca i czasu na to, by odkryć ich wyjątkowość. Ja w ogóle mam wrażenie, że mikropowieści pisze się trudniej i trudno jest napisać naprawdę dobrą mikropowieść. Linda Knausgard na tych 108 stronach nie przekonała mnie, że jako pisarka potrafi stworzyć mikroświat/bohaterów/język, które każą mi się zatrzymać i wziąć głęboki oddech.