Jak bardzo można się czuć się samotnym? Jak bardzo można czegoś pragnąć, jak daleko zajść, by osiągnąć swój cel? Jak głęboko się pogrążyć w ciemności, by pokonać samego siebie i zatriumfować na przekór wszystkiemu? "Nazywam się Stephen Florida" Gabe'a Habasha to historia obsesji, nieustannej walki o własną duszę i marzeniu, którego spełnienie potwierdzi sens życia.
"Noszę w sobie skrywaną udrękę. Staram się zawsze czymś zająć, żeby o niej zapomnieć, ale w takich chwilach, kiedy nie mogę kłamać, wiem, że daje mi się coraz bardziej we znaki, że wylewa się ze mnie rozpacz."
Pot i krew i ślina. Więcej potu, więcej krwi, więcej śliny. Stephen Florida nie płacze. Tylko ulepsza się w nieskończoność. Biega do utraty tchu. Jest na ścisłej diecie. Trenuje chwyty zapaśnicze i staje w szranki z każdym kolejnym przeciwnikiem. Przegrał dziewięćdziesiąt dziewięć walk, pamięta każdą z nich, ale żadna go nie poniżyła - umocniła jednak w pragnieniu. Unika bliższych znajomości, odpycha przyjaciół, trenerów wprowadza w popłoch swoją złością, która kipi z niego na macie. To złość go napędza. I samotność też. Bo to od samotności paradoksalnie próbuje uciec.
Wydaje mi się, że o "Nazywam się Stephen Florida" wypowiedzieli się już wszyscy. Pisali i mówili o magnetyzmie, o niepokoju, o doskonałości, o wielkości... I taka jest ta powieść. Wielka. Majestatyczna. Potężna jak zapaśnik, który nigdy się nie poddaje, który nawet jak upada na matę wstaje, by udowodnić wszystkim wokół, że się da. Gabe Habash między słowami zaklął całą ludzką samotność, cały strach przed zapomnieniem, całą walkę jednostki o samostanowienie. Czytelnik czyta zahipnotyzowany, opętany cielesnością, przed którą nie sposób uciec, rozochocony testosteronem, który dominuje każdą kolejną stronę. Pragniemy, by sen o zwycięstwie spełnił się. By światło zamigotało się w głębinie ciemności. Dopingujemy, wrzeszczymy, kibicujemy. Już dawno powieść nie była tak fascynującą i tak intensywną przeprawą przez ludzką duszę.
Duży Buk. Zdecydowanie.