Autorka poczytnych powieści w brawurowy sposób serwuje osadzoną w realiach wczesnego PRL-u historię rodzinną ze zbrodnią i zemstą w tle.
Drzewa szumiące nadzieją to trzeci już tom nowohuckiej sagi Spacer Aleją Róż. Tym razem autorka zabiera nas do najmłodszej dzielnicy Krakowa u schyłku lat 50., kiedy to doprowadzeni do ostateczności antykościelnymi działaniami władzy robotnicy podejmują desperacką walkę w obronie krzyża będącego symbolem nie tylko wiary, ale także wolności. Coraz częściej buntują się przeciw ograniczeniom narzucanym przez władzę ludową. Wychowani w chrześcijańskich tradycjach, podejmują bezpardonową walkę o zgodę na budowę kościoła. W mieście dochodzi do krwawych starć z jednostkami Milicji Obywatelskiej wspieranymi przez oddziały ZOMO. Na tle historycznych wydarzeń rodzina Szymczaków powiększa się, przeżywa wzloty i upadki, a za zryw w obronie wiary i samostanowienia będzie musiała zapłacić wysoką cenę.
Z wykształcenia ekonomistka, z zamiłowania pisze powieści dla kobiet. Jej marzeniem jest pisanie takich książek, które sama czytałaby z przyjemnością. W wolnych chwilach pomiędzy pracą zawodową a pisaniem lubi aktywny wypoczynek, czyli długie spacery z rodziną oraz bieganie.
Za mną trzecie spotkanie z rodzinami Szymczaków i Pawłowskich. Można by sądzić, że skoro w tydzień przeczytałam trzy tomy tej serii to musi mi się ona szalenie podobać i zwyczajnie nie mogłam się doczekać, by poznać losy obu rodzin. Nic bardziej mylnego, ale o tym za chwilę.
W tym tomie zarysowane są perypetie naszych bohaterów od 1956 do 1961, choć epilog przenosi nas do roku 1967, nie dowiadujemy się jednak z niego zbyt wiele. Można powiedzieć, że "motywem przewodnim" całej historii jest tym razem walka Nowohucian o kościół. Znam tę historię z opowieści mojej Babci, więc wydarzenia przedstawione w książce nie były dla mnie czymś nowym, choć dla osób nie będących obytymi z historią Huty mogą się ona wydawać naprawdę wstrzącające i dramatyczne (ba - mogą się wydać - one faktycznie takie były). Dobrze, że słynne "Walki o Krzyż" zostały tu zaprezentowane, ale - niestety - jednocześnie książka stała się przez to bardzo "świętoszkowata" w swojej wymowie. Jeżeli tak jak i ja jesteście niewierzący, to te wszystkie dyskusje o Bogu, odfajkowywanie zdrowasiek etc. będzie dla Was prawdziwą katorgą. Ja na szczęście jakoś przez to przebrnęłam.
W tym tomie odchodzi jeden z ważniejszych bohaterów. No i co? No i nic. Ot, jest, a zaraz potem go nie ma. Ponieważ autorka kompletnie nie umie zarysowywać kreacji bohaterów - co możemy zaobserwować już w I tomie - kompletnie nie obchodzi czytelnika ten element i szybko można o tym zapomnieć. Poza tym, autorka chyba ma pewien problem z osobami LGBT, co uwypukla się w tym, jak zostaje przedstawiona tu homoseksualna para. Wstyd Pani Autorko, wstyd.
Wspomniałam na początku o tym, że nie czytam tych książek hurtowo ze względu na fakt, że tak mi się one podobają, gdyż - jak widać to po moich recenzjach - uważam je za kompletnie słabe. Powodem mojego "maratonu czytelniczego" jest to, że książki Świętek są tymi, o których zapomina się po tygodniu. Nie dostarczają żadnych emocji, zero, null. Czytam je tylko i wyłącznie dlatego, że opowiadają o Hucie, czyli mojej ukochanej, rodzinnej dzielnicy. Ot, tyle. Nie stoi za tym żądna ideologia, czy zachwyty nad prozą autorki.
Zostały mi jeszcze dwa tomy. Czy to spora naiwność z mojej strony, jeżeli wciąż wierzę, że autorka w końcu zaprezentuje coś więcej aniżeli marny kunszt pisarski (czy też może raczej - brak owego kunsztu)?
Mieszkańcy Nowej Huty żyją w trudnych czasach. Muszą wybierać w co wierzą i o co walczą. To samo czeka rodzinę Szymczaków, która wydawałoby się, że wiedzie spokojne i poukładanie życie. Bardzo mocna część, która do końca trzyma w napięciu.
Niestety - trzeci tom trochę mnie rozczarował. Zdecydowanie słabsze zarysowanie postaci, w niektórych przypadkach kuriozalne pominięcie jednej z głównych postaci - pstryk jest, pstryk nie ma. Troszkę szkoda.