W pewnym mieście po prawej stronie rzeki wciąż stoi bar Stokrotka, w którym profesor Kruk opowiada, jak nokautować tomem Iwaszkiewicza. Anka, uczennica szkoły fryzjerskiej, wciąż żartuje, starając się nie myśleć o swej twarzy. Nieopodal niedbale oparty o huśtawkę stoi wielki jak hala Marian, co bije swoje kobiety, ma nóż i kij bejsbolowy w bagażniku i wszyscy wiedzą, że lepiej go omijać. W tym mieście wciąż grają Modern Talking, Limahl, Shakin Stevens, Lionel Richie i cała reszta, a chłopaki ćmią sobieki.
Opowiadania Pawła Sołtysa Mikrotyki są raczej krótsze niż dłuższe, w większości realistyczne, sensacji w nich niewiele, trupów kilka, scen erotycznych nie ma prawie wcale. Są jak piosenki z naszej młodości – nie można ich zapomnieć.
Paweł Sołtys – muzyk, autor piosenek. Jako Pablopavo wydał kilkanaście płyt, zagrał około tysiąca koncertów. Studiował rusycystykę, ale studiów nie ukończył. Jego opowiadania ukazywały się w „Lampie”, „Ricie Baum”, „Studium”. Jego prozatorski debiut Mikrotyki otrzymał nominację do Paszportów Polityki 2017.
Przeczytałam tę książkę dwa razy w ciągu trzech dni (w drodze do i z Gdyni). Autor tymi prostymi opowieściami robi człowiekowi coś takiego, że chce się czytać znów i znów, i znów. Wzrusza, zachwyca. Dawno nie czytałam tak dobrej książki, a naprawdę nie jestem miłośniczką krótkich form. Będzie miała ważne miejsce na mojej półce i w sercu - na pewno wrócę do niej wiele razy.
No, nie wiem... Szybko się to czyta, ale nie łatwo. Trochę się czyta jak poezję - trzeba się skupić ale jest przyjemnie a czasem nieprzyjemnie albo przygnębiająco. Ale chyba o te emocje miedzy innymi chodziło autorowi. Momentami tekst popada w lekko hip-hopowy słowotok, ale to jest słowotok wysmakowany, literacko bardzo dobry, czasem niemal impresjonistyczny, poetycki właśnie. A jednak coś mi w tym zgrzyta. Chyba drażni mnie już artystyczna konwencja „kocham to miasto (dzielnię) chociaż (albo właśnie dlatego, że) jest chujowe; kocham tych wszystkich meneli z sąsiedztwa i luzerów z dzieciństwa chociaż uciekłem z tego świata do lepszego; pamietam skąd przyszedłem i co mnie ukształtowało”. Jest w tym coś protekcjonalnego, co trąci fałszem i czego nie lubię. I jednak wydaje mi się już mało oryginalne. Liroy podobnie melorecytował o Kielcach zanim się stoczył w komerchę, tandetę i politykę. Bukowski opisywał podobne emocje a jednak wzburzały i wzruszały mnie bardziej. Tak czy inaczej przeczytałem prawie jednym tchem i teraz mam lekkiego doła.
P. S. Podoba mi się, jak pisze o kotach. Szkoda, że niemal wyłącznie o martwych.
W najsłabszych momentach Sołtys jest po prostu dobry lub bardzo dobry, z pojedynczymi frazami, które trafiają prosto w serce. W tych najlepszych ociera się o wybitność, snując historie tak, że zdania czyta się raz po raz, a po skończeniu całych opowiadań zaczyna się je od nowa, żeby tylko jeszcze raz zachwycić się formą narracji. Ćma barowa, ale bez cynizmu; gorzko, smutno, nostalgicznie, czule, miękko. Piękna książka, z rodzaju tych, do których się wraca przynajmniej we fragmentach. Najlepiej czyta się po kawałku, z przerwami na przetrawienie, przyswojenie, rozsmakowanie się.
Lubię Pablopavo, potrafi mnie zachwycić tekstami, kibicuję jego projektom. Do „Mikrotyków” (wspaniały tytuł!) podeszłam z ogromną ciekawością, miały być świetne, a wyszło tak raczej... letnio. Kilka bardzo dobrych tekstów, sporo słabszych - uśredniając: całość zrobiła przyzwoite wrażenie.
Myślę, że za bardzo nastawiłam się na spotkanie z geniuszem. I za szybko zapomnę.
Czym „Mikrotyki” właściwie są? Bo określenie ich zbiorem opowiadań wydaje mi się mylące. Formy, w które swoje historie ubiera Sołtys, przypominają raczej to, co staroświecko, acz ładnie, nazywało się kiedyś obrazkami. Szerzej argumentuję zaś za tym tu: http://pierogipruskie.pl/2018/01/ktmi...
Tego to sie nawet opisac nie da. Ludzie, idzccie i czytajcie. Ta ksiazka powalila mnie na kolana, troche skopala, a potem przytulila do serca. Inaczej sie chyba tego uczucia nie da opisac, chyba ze Soltys sie za to zabierze. To zbior krotkich opowiadan o roznych postaciach, do bolu zwyczajnych, takich, na ktorych nawet nie spojrzelibysmy na ulicy. Czesto skrywajacych cos nieoczekiwanego, co tylko niektorzy potrafia wydobyc i jeszcze jakos ubrac to w slowa. Ta rzeczywistosc, dosyc nieciekawa i klujaca, a jednoczesnie tak barwnie opisana przez autora, czaruje czytelnika i wciaga, jednoczesnie przenaszac w tamte czasy i miejsca, troche nijakie, poskladane na szybko z niedomowien i polslowek. Moim ulubiencem jest na pewno opowiesc o koloniach w Sopocie, a takze o potedze prozy i jej praktycznym uzyciu przez Profesora Kruka. Troche cos we mnie peklo, kiedy czytalam historie o umierajacym kocie, ale tu akurat moge byc nieobiektywna, sama kota posiadajac.
Swietna rzecz, 20/10. Mozna czytac i czytac i czytac. A potem sie pogubic we wlasnych myslach.
Na pierwszy rzut oka: naszkicowane pośpiesznie migawki, nieostre i chaotyczne. Ale to pozory. To jest kunsztowna, delikatna i jednocześnie mocna proza, szczera i dojrzała. Smutna w taki sposób, jaki bardzo lubię.
Są takie krótkie polskie książki. Sto, sto pięćdziesiąt, dwieście stron. Wydają je Czarne, Drzagi, Cyranka i tego typu mniejsze wydawnictwa. Małe książki z małych wydawnictw (no Czarne to nie takie małe, ale utrzymują pozę pewnej kontrkultury z tym Wołowcem i Stasiukiem jako ojcem założycielem i flagowym autorem). Ostatnio przeczytałem parę takich. Każda przedstawiała prywatną, lokalną historię, zwykle z tragedią czyjejś śmierci w centrum. Narracje były skromne, raczej pozbawione rozmachu i skali. Skupione na jednostkowym przeżywaniu rzeczywistości. I o ile często mi te cechy przeszkadzają, bo popadając w neurozy narratorów/bohaterów wytracają rozrywkowy charakter literatury, tak w „Mikrotykach” Pawła Sołtysa okazały się atutem. Jego opowiastki z przyszłości i teraźniejszości, wyimki wspomnień mają własny smak i jakość. Bronią się jako pojedyczne kawałki prozy i działają w całości tworząc barwną mozaikę świata autora/narratora. Jest tutaj dowcip, jest piękna melodia języka, są urzekające detale, a przede wszystkim jest opowieść. Szczególnie wybrzmiewa dla mnie w rozdziale „Lena” gdzie nasz narrator nie ujawnia się osobowo i dostajemy jedynie perspektywę mieszkańców bloku: Marii, Andrzeja i Leny. Sołtys bowiem, choć jest narratorem charakterystycznym, momentami osobliwym, nie ma obsesji na swoim punkcie. Inni ludzie go interesują, a nawet intrygują. Czuć, że ma do nich szczerą sympatię i chętnie wchodzi w ich buty. Tym właśnie „Mikrotyki” różnią się od wielu pozycji w wymyślonej przeze mnie kategorii „krótkich polskich książek”: pełne są empatii i stanowią tyleż próbę uporządkowania bałaganu w pamięci, w głowie, co bezpretensjonalną zabawę w opowiadanie. I do tej zabawy Sołtys od pierwszych stron zaprasza czytelnika z dystansem i pewną ironią. Przy okazji nie wyalienowuje go ze świata.
1,5/5 Naczyta się człowiek pozytywnych opinii i przekonuje się by sięgnąć po książkę, która nie jest w jego stylu.. To ten przypadek. Nie dość, że to opowiadania (najgorsza pozycja startowa jaka może być, jeśli o mnie chodzi) to jeszcze debiut od "nie-pisarza". Mogło być albo rewelacyjnie, albo tragicznie. Jest (na szczęście?!) tak sobie. Książka króciuteńka tak jak większość opowiadanek. Jakieś 80% historyjek zapomniałam jak tylko skończyłam lekturę. Kilka urywków nadal kołacze w głowie, ale daje im czas do jutra.. Autor pisze o sobie (jak domniemuje), swojej rodzinie, przyjaciołach, przeszłości i tym co dookoła. Nie pisze przy tym nic odkrywczego, wyjątkowego, czy innego od tego co już zostało kiedyś napisane. Jedynym ratunkiem mógł być styl, język. No cóż.. Z pewnością jest w nim coś ciekawego, ale mam wrażenie że autor sam nie wie w która stronę chce pójść. Te wszystkie metafory i porównania są najczęściej mało przekonujące i pachnące sztucznością, wtykaniem na siłę, by było oryginalnie. Do tego chaos - też taki jakby na siłę (chyba że założymy, że autor w ogólnie nie umie pisać i to jest źródłem tego literackiego nieogarnięcia..). Nie jestem zwolenniczką chaosu, który w pełni rozumie tylko jego autor, bo wie co się tak naprawdę kryje za tym pomieszaniem. Czytelnik za to siedzi i rozkminia, a w zależności od nastawienia stwierdza, że kryje się za tym coś wielkiego (na co pewnie sam wpadł, a autor ani trochę..) albo nie kryje się tam nic (osobiście wpadam w ten zbiór). Mnie poruszył tylko JEDEN, JEDYNY fragmencik o kocie. Smutne, ale i dobrze napisane. Cała reszta - meh. Twórczość tego pana trafi w gusta wielbicieli opowiadań, "nowatorskiego" języka i fanów licealnego ustalania "co autor miał na myśli" (mimo, że tak naprawdę nigdy się nie dowiemy czy mamy rację).
"I w tym zmęczeniu, w tym zbiciu mięśniowo-myślowym, kiedy, zdaje się, nie ma czasu na nic, nie ma myśli, właśnie wtedy mi się ciocia Stefania zwidywała. Taka, jaką ją znałem w osiemdziesiątych i później, ale też taka, o jakiej mi opowiadano, jaką siebie sama opowiadała, sześcioletnia, czołgająca się przez niemiecko-rosyjską granicę, bo znowu nie ma tego kraju – Polski – więc trzeba się czołgać, bo po drugiej stronie może nie zabiją albo zabiją mniej".
Tak trochę David Foster Wallace (zwłaszcza w temacie wariatów), tyle że 100 razy lepszy. Ulepiony z fajnieszych historii i słów, pozbawiony manii wielkości, konkretniejszy.
Już na etapie pierwszego opowiadania ("Znałem faceta") dotarło do mnie, że gdybym chciała wypisać z "Mikrotyków" wszystkie dobre teksty, musiałabym przepisać całą książkę. Ostatecznie wynotowałam ze 30. A do reszty po prostu będę wracać. Tak jak do własnych wspomnień, które choć całkiem inne, są jakoś dziwnie podobne. Zwłaszcza w emocjach i detalach. I nie przeszkadza mi nawet to, że po początkowym trzęsieniu ziemi napięcie stopniowo spada. Spada, bo tak już ma. Jak to w życiu. Co oczywiście nie przeszkadza mu nagle się odwinąć i przywalić człowiekowi w bebechy (jak wtedy, gdy "ręce przychodzą rano, za późno, na zimne już. na nic").
Nieufność. Cholerna nieufność, gdy dowiadujesz się, że ten koleś, co właśnie wstał z ławki (myślałeś, że jest wyższy i jakiś taki bardziej frontman) postanowił wydać książkę z opowiadaniami. Czytałeś ich kilka i o paru chciałbyś zapomnieć, a niektóre można przypudrować i pokazać szerszemu światu. Ale to za mało na książkę. Wiesz, że potrafi napisać - te zdania, które rozbrzmiewają w ostatni dzień sierpnia, szerowane są szeroko i z roku na rok powszechniej, wiesz, że nie jest to tani bajer, tylko szczere pisanie, takie z okolic wątroby. No ale żeby książkę z opowiadaniami? Ostatnio wszyscy biorą urlop i piszą opowiadania - Twardoch, Zielińska, Ćwiek... Co roku książka, co roku hit, w roku przerwy tomik opowiadań. Kibicujesz, bo lubisz, bo wiesz, że ma tą niezwykłę zdolność mówienia wczesnym Świetlickim, której zazdrościsz. Ale wiesz też, że dupa będziesz a nie pan krytyk jak na siłę i nieuczciwie będziesz chciał go pochwalić. A to chłop jest, co krytykę zrozumie, choć o kilku też tak myślałeś a jednak Cię ze znajomych na fejsie wywalili. Jeszcze sąsiad do tego - na kępie wszyscy jacyś tacy sąsiedzcy się sobie wydajemy (oprócz autorów anonimów na mojej klatce). Niepewność. Ale czytać trzeba, to jak wirus, na który nie ma leków. Czyta się i… cholera, skubaniutki, udaje mu się ta sztuka - lektura “Mikrotyków” to wyjątkowe doświadczenie. Mnie z miesiąca na miesiąc mniej pociągają kolejne lektury, czytam sporo produkcji przewidywalnych, językowo poprawnych (po coś mają te redakcje i korekty, co?), ale rzadko zdarza się, by ktoś zaprosił mnie do świata, który nie jest moim, nigdy moim też się nie stanie, a jednocześnie chcę go podglądać przez zabrudzoną szybę w zimny, październikowy wieczór. Podglądałem sobie wyobraźnię Pawła Sołtysa przez kilka godzin z ukontentowaniem, bo ma on wyobraźnię. A do tego “wystarczająco dużo niepozałatwianych spraw ze wspomnieniami i wyobraźnią”, na nasze szczęście.
Ponad dwadzieścia miniatur prozatorskich to opowieści o ludziach, którzy się szwendają po życiu - rozrabiakach, z myślami przybrudzonymi ale jednocześnie szlachetnymi, brutalnych ale i dowcipnych. To nie jest opowieść etnograficzna o warszawskiej Pradze, jak przedwojenne kryminały o potwornościach na Szmulkach czy innych ulicach Miłych. To opowieść o mieście, jego mieszkańcach i człowieku, który to wszystko spisuje, bo ich czyny i historie warto zapisać, choć w warszawskim śnie to oni już raczej tylko w koszmarze występują. Mam kilka ulubionych momentów tej książki, a momentem najukochańszym jest monolog “Szlugi”, którego narrator mówi: “Pamiętam habety, żółcią kontrastujące ze wszystkim, i karusy podkradane mamie, i ten moment, kiedy pierwszy raz poprosiłem, żeby mnie poczęstowała, i jak od razu przestały mi smakować”. Pamiętam mocne, kupowane na sztuki u Kulawego, czasem jak kabza była to nawet dawidofy, takie przedłużane chyba, śmierdziały luksusem, te nasze kryjówki za blokami przy jeszcze niezdekomunizowanych Przodowników Pracy takie ekskluzywne się nagle stawały. “Zawsze gdy widzę, że ktoś pali, też mam ochotę palić. Nawet gdy pali na ekranie”. Ja tak mam tylko w teatrze. Nienawidzę, gdy ktoś na scenie zapala papierosa, samo oglądanie ludzi udających innych ludzi to dla mnie tortura, a jeszcze z tą szlugą w łapie… Można się dzięki Sołtysowi posnuć po swoim życiu, można się podelektować zapachem, ale i skrzywić i pojechać z żulem na ostatni przystanek dziewiątki.
Jest Paweł Sołtys pieszczochem językowym, stylistą, który ryzykuje i próbuje pisać językiem prostym, komunikatywnym a zarazem poetyckim i metaforycznym. Niekiedy się o te metafory potyka, ale szybko łapie równowagę ku czytelnika/czytelniczki radości. Są tam zabiegi tanie, ale które jestem w stanie kupić za wyższą flotę:
“Gdybym zmyślał tę historię, dorzuciłbym do porośniętego murku chudego kota patrzącego nieufnie. Chude koty zawsze pasują. Ale kota nie ma.”
W innym miejscu pisze o pustych mieszkaniach: “Mieścimy się bez problemu, wszak jesteśmy tylko spojrzeniem czytelnika”.
Nasz Calvino nadwiślański.
Mimo tego, mimo faktu że czasem zbyt wprost czuję inspirację, a może nawiązanie, że trochę konstrukcje są zbyt powtarzalne i modele narracyjne odrobinę przewidywalne (wymyśl dwadzieścia narracji, mądralo), że widzę co tam redakcja wykombinowała (porównałem wersje z opublikowanymi wcześniej opowiadaniami, sorry autor) to czytam to z naiwną przyjemnością wchodzenia w te historie, w życie ludzi, których Sołtys przedstawia z uśmiechem, ale bez poczucia wyższości, raczej z poczuciem pokory wobec losu. No i umówmy się - czy dobra przygodówka może powstać z historii klasy średniej w średniej dzielnicy średniej europejskiej stolicy? Raczej nie. A tu można “ubierać te przygody w słowa. A czasem rozbierać, zrywać, podpalać ściegi i patrzeć, jak skapują lepkim ogniem”, “jeździć na czasownikach, przymiotnikami zalepiając dziury, ale tak, żeby prześwitywało, żeby złe oko mogło mrugnąć”. Cenię sobie to mruganie.
“Czy pan też uważa, że nie było dada w Polsce?! Co pan na to?! Na to przegapienie całkowite, co?! Na dziurę, z której nikt się nie może wygrzebać?! Tu jest tylko be-le-try-styka! Słyszysz? Be-le-try-sty-ka, kurwa!”
Cholernie dobra beletrystyka, zdecydowanie z dada.
Bardzo męska literatura. Ma coś w sobie ale to coś jakoś do mnie nie trafia. Nie uderza w moją wrażliwość at all. Czytałam to bardzo monotonnie, bez emocji bez serca
"Niektóre historie się pamięta, a niektóre pamiętają ciebie i wyciągają rękę, żeby cię poddusić w najmniej spodziewanych chwilach”
Nominowany do Paszportu Polityki Paweł Sołtys, znany bardziej jako Pablopavo, muzyk, z którego twórczością nie miałam do tej pory możliwości się zaznajomić, napisał zbiór opowiadań o nazwie "Mikrotyki". Tytuł odnosi się do długości poszczególnych opowiadań, te krótkie, czasami nawet dwu lub trzystronicowe historie są po prostu mikro. Odnoszą się do tego co prawdziwe, życiowie i po prostu ludzkie. Zawarte w książce historie wypełnione są wspomnieniami, opowiadają o trudnościach życia codziennego, o rodzinnych tragediach i związanym z nimi bólem, nie tylko tym fizycznym, ale często również psychicznym. W tym zbiorze pełno jest śmierci, straty, ludzkiej znieczulicy czy strachu. Są to opowiadania o tym, o czym chcemy pamiętać i o tym, o czym wolelibyśmy zapomnieć. Jednak umysł często płata nam figle, a wtedy wspomnienia przychodzą do nas w najmniej oczekiwanym momencie. W "Mikrotykach" nie ma fabuły, są za to uchwycone przez autora momenty, które przelał na papier. Opowiada on historie swoje i tych, którzy nie mieli możliwości tego zrobić.
Każde z opowiadań przedstawia inną poruszającą historię, która wzrusza, czasami bawi, a tak jak w przypadku "Skazki" czy "Lata" - złości. W każdym z opowiadań czuć Warszawę, ale nie taką, jaką znamy teraz, bogatą, przepełnioną śmiechem i luksusem a takią zwyczajną, szarą, miejscami brudną, zwykłą i zepsutą . Niewyróżniającą się niczym na tle innych miast. W tej książce można wyczuć czasy jeszcze przed transformacją, przypomnieć sobie młodość, związany z tym bunt, spędzanie czasu na blokowiskach, włuczenia się dzieciaków po osiedlach.
"Ludzkie "zawsze" jest kruche i pęka od uderzenia paznokciem w białą ladę baru Astoria w Uniwersamie Grochów."
Sam Paweł Sołtys twierdzi, że pisanie opowiadań to duży sprawdzian dla autora, tłumaczy to tym, że znacznie ciężej jest napisać dobre sześciostronicowe opowiadanie niż nawet stostronicową powieść. Całkowicie się z tym zgadzam. Ponieważ w historiach napisanych przez autora nie zawsze znajdziemy odpowiedź na pytania, które nachodzą nas w trakcie czytania, zakończenia pozostają niedopowiedziane, otwarte. Niejednokrotnie po przeczytaniu przejdziemy w stan melancholii. Mimo to książka jest dopracowana w każdym calu, czytelnik po skończeniu, czy to opowiadania, czy nawet całego zbioru, czuje niedosyt. Język opowiadań nie jest językiem prostym, jest za to pełen metafor, wyszukanego słownictwa, lecz nazwanie go poetyckim mogłoby okazać się na wyrost, jednak zdecydowanie widać, że autor waży słowa, dokładnie wiedząc co i w jaki sposób chce nam przekazać.
Z całą pewnością jest to książka wartościowa i na pewno warta przeczytania. Pomimo, iż należy do krótkich, to z pewnością nie nadaję się do przeczytania od razu, warto dawkować sobie tę przyjemność, czytać spokojnie i powoli. W ten sposób będziemy w stanie przeżyć i poczuć każdą z historii w taki sposób, w jaki autor chciałby żebyśmy ją poczuli, dzięki czemu jedno opowiadanie nie zleje nam się z pozostałymi.
W zasadzie milion jest teraz takich książek (naśladująca Stasiuka poetycka proza wspomnieniowa, osadzona w jakiejś zapomnianej przez Boga dziurze), ale jednak działają więc w sumie po co narzekać
Fajne, ale momentami ciężkie. Mam wrażenie, że od prozy "Mikrotyków" jest tylko jeden mały krok do hip-hopu (Paweł Sołtys w muzyce znany jest jako Pablopavo). Autor bardzo dokładnie maluje słowem każdą scenę. Są jednak takie chwile, gdy czytasz kolejną, genialną metaforę, ale masz jej już dość. Wiesz, że jest ona świetna, pomysłowa, barwna, lecz jesteś już zmęczony tym notorycznym "przekminianiem" każdego zdania, które autor serwuje.
Teksty tego zbioru krótkich opowiadań są naprawdę bardzo różnorodne i myślę, że każdy znajdzie sporo miejsca dla siebie. Jednakże ze względu na miejscową złożoność i ilość wątków, lepiej nie próbować czytania wszystkiego na raz. Część historii rozbawi, część zasmuci, ale mi osobiście zdarzyły się też miejsca, w których odczułem lekkie zażenowanie. Przykładowo, historia w której po śmierci kota autor szuka pocieszenia w pięknej barmance. Coś tutaj zgrzytało. Być może przez chwilę zastanowienia nad tym, czym to pocieszenie miałoby być. Jeśli się dobrze zastanowić, to z bocznej perspektywy czytelnika brzmi to trochę jak wyznania dziwaka (creep jako słowo brzmi bardziej adekwatnie)... ale może właśnie o to chodziło? Momentami nachodziła mnie również refleksja na temat bohaterów opowiadań - jeśli są one prawdziwe i oparte na faktach, to czy przyjemnym jest czytanie tych wszystkich opisów dotyczących siebie samego? Czytania rozkmin autora zwłaszcza gdy jest się postacią dosyć gorzkiego fragmentu?
"Mikrotyki" czytałem zaraz po "Rzeczach, których nie wyrzuciłem" Wichy. Myślę, że fani pierwszej książki odnajdą się świetnie w drugiej i vice versa. Mam jednak wrażenie, że druga pozycja jest twardsza, mniej eksperymentalna oraz jest zbiorem opowiadań połączonych wspólnym wątkiem, przez co bardziej trafiła w moje gusta. "Mikrotyki" natomiast stanowczo polecam wszystkim fanom hip-hopu i rapu. Niesamowita zabawa słowem i emocjami czytelnika.
Debiut literacki Pawła Sołtysa, zbiór krótkich opowiadań, zebranych chyba z kilku lat. W dużym stopniu, jak się wydaje, odwołują się do wspomnień autora, zresztą kto teraz nie idzie takim tropem? No więc czasy szkolne, czasy dwudziestokilkulatka, czasy człowieka dojrzałego. Proza gęsta, pełna opisów, oryginalnych określeń. Pisze Krzysztof Varga w notce na okładce: „To są opowiadania niebywale skondensowane, ornamentowane tak wielka liczbą oszałamiających porównań i metafor, że czytać je trzeba bardzo uważnie, napawając się bogactwem językowej wyobraźni Sołtysa”. Owszem, tak rzeczywiście jest, ale to mi właśnie przeszkadza. Ten nadmiar językowego żywiołu w stosunku do konkretu, do materii życia, która staje się tą formą przytłoczona. A przecież Sołtys prawie zawsze wychodzi od jakiegoś zdarzenia, dziejącego się w określonym miejscu w Warszawie, choć rzadko tym miejscem są trasy najbardziej uczęszczane, najczęściej jesteśmy na Sadybie albo Grochowie. Mógłbym nawet zaryzykować twierdzenie, że ta proza wyrasta z Marka Nowakowskiego, ale nie tylko opis społeczności jest wątły, ale i anegdota, bo za dużo by było powiedzieć akcja, szybko zanika. Ktoś słusznie zauważył, że „Mikrotyki” to bardziej obrazki niż opowiadania, i to właśnie powoduje, że czuję niedosyt, jeśli nie zawód. Lubię pointę, niechby była nawet wielokropkiem, niedopowiedzeniem, a nie wyraźną kropką, a tu zdarza się rzadko. Co nie znaczy, że nie doceniam literackiego kunsztu autora, ba nawet go podziwiam i zazdroszczę językowej wyobraźni. Szkoda, że jest w tym zbiorze tak mało takich opowiadań jak „Jurek”, w których widać wyraźny pomysł konstrukcyjny. Czekam na drugą książkę, choć trochę się jej boję, bo „Mikrotyki” zebrały tyle zachwytów, że mógł Sołtys nie zauważyć ich słabości.
Cóż za rozczarowanie! Czytając książkę Pawła Sołtysa, czułem się jakbym był w pubie i rozmawiał z podpitym nieznajomym, który bardzo chaotycznie opowiada różnorodne, nieciekawe historyjki ze swojego życia. A jak to widział patelnię na śmietniku albo całował się ze zjaraną fryzjerką. Kompletnie cię to nie interesuje i chcesz jak najszybciej wyjść z lokalu.
Narracja jest fatalna. To jedna z tych książek, w których czytasz trzy zdania i coś wybija cię z rytmu, kompletnie nie wiesz co się dzieje. Język może się podobać, ale miałem wrażenie potoku słów, a nie poetyckości.
Pomimo niewielkiej grubości, po przeczytaniu czułem się zmęczony jak po sylwestrowym maratonie alkoholowym z nieznajomym. Nie moja bajka i nie mój klimat. Osobiście odradzam.
Dawkowałam sobie "Mikrotyki" rozdział po rozdziale, choć te 140 stron dałoby się przeczytać w jeden dzień. Smakowałam słowo po słowie i uśmiechałam się do tej książki i jej języka. Paweł Sołtys pisze o blokowiskach, takich jak moje, o Siwych, Łysych i Grubych, którzy żyli też w moich latach 80. i 90. I pisze pięknie. Mój faworyt do tegorocznej Nike za umiejętność obudzenia wspomnień, wysnuwanie opowieści z pozornie nieistotnych rzeczy oraz połączenie tego z wysmakowanym i dowcipnym językiem. I za "ubranka w rozmiarze żartu" między innymi.
dobrze wiedzieć, że ktoś jak i ja nigdy czegoś nie przeżył do końca na tyle żeby odpuścić. paweł sołtys ma myśli w głowie, kręci ich bez fabuły, po prostu opowiada i nagle kończy zdanie. jest dobrze. to jest mądrość mojego ojca, bardzo znajoma, nie optymistyczna, nie pesymistyczna. on też po prostu patrzy i opowiada, ale nigdy nie pali. autor co prawda pali. książka jest napisana z dymu przeróżnych papierosów wypalonych z okazji też przeróżnych. zwykle smutnych, chyba, ale nigdy na tyle smutnych, żeby płakać. po perish jest jak jest. to jest dekalog kieślowskiego.
Być może przemysłowo przetwarzane przeze mnie książki, artykuły, wpisy na fejsie i zdjęcia na insta uniemożliwiają mi docenienie w pełni poetyckości Mikrotyków. A być może po prostu trzymam moje wzruszenia na lepsze okazje.