Irlandzka wyspa Inishmore to dla Szymona Solańskiego miła odmiana od chorzowskich podwórek. Prywatny detektyw poszukuje tam zaginionej Katarzyny Walasek, a także wytchnienia od sercowych rozterek. Polka nie odnajduje się, za to jej ciało – owszem. Śledztwa nie ułatwiają ekscentryczni mieszkańcy Kelly’s Bed&Breakfast, gdzie pracowała Walasek, ani sztorm, który odcina wyspę od świata. A na dodatek lokalnego policjanta bardziej niż dochodzenie interesuje picie whiskey.
Czy Solański z wiernym kundelkiem Guciem u boku rozwikła zagadkę śmierci dziewczyny? I jaką rolę w sprawie odegra Róża Kwiatkowska, dawna przyjaciółka Szymona?
Zapomnijcie o poprawności politycznej. Zapomnijcie i zamiataniu problemów pod dywan. Zapomnijcie o nienazywaniu rzeczy po imieniu. I wreszcie zapomnijcie o swojej poważnej minie podczas czytania! :)
Drugi tom tej serii jest bardzo przewidywalny - przez 80% książki byłam pewna, że właśnie to napiszę w recenzji. Potem już nie byłam taka przekonana, a kto zabił, nie wiedziałam do samego końca. Brawo pani Marto!
Poza tym co powyżej, podtrzymuję wszystko to, co napisałam o pierwszym tomie. Mistrzostwo po prostu!
Żeby jednak nie słodzić wyłącznie, to uczepię się jednego zwrotu, a mianowicie tego nieszczęsnego „przysłowiowego”. Tutaj ktoś miał przybić przysłowiowego gwoździa. Czy są jakieś przysłowia o gwoździu? Tak wiem, czepiam się przeokrutnie :p Ale to tylko dlatego, że w tej książce nie ma się czego uczepić. :)
Ps. Znów cytaty dla smaczku: „Na pierwszy rzut oka miał chyba ze sto lat. Na drugi - jeszcze więcej.” „O’Connor raczył się kawą po irlandzku. Można by ją nazwać bezkofeinową, bo w filiżance znajdowały się śladowe ilości kawy.”
Po drugim tomie Róży Kwiatkowskiej nie lubię jeszcze bardziej. O detektywie Solańskim i Guciu pisałam przy okazji pierwszego tomu, a ponieważ postacie te nie zmieniły się, moje zdanie o nich pozostało takie samo - są zaledwie OK, może Gucia lubię troszkę więcej a Solańskiego troszkę mniej. Autorka znowu sięga po perspektywę z pierwszego tomu - wszystko jest brzydkie: piękna wyspa zapyziała i zalana deszczem, piękny domek zaniedbany, pokoje zapleśniałe, dywany zaplamione, jedzenie tłuste, faceci zapici i niedomyci, kobiety grube albo niezgrabne, brzydkie, źle ubrane i źle umalowane. Ponury był Chorzów w pierwszym tomie i ponura jest wyspa Inishmore w drugim. Nie rozumiem dlaczego autorka z uporem tak wszystko oszpeca. Rozwinęła w tym tomie również drugi zabieg, który chyba ma przyczynić się do zabawności książki, a tak naprawdę upodabnia ją do niesmacznej komedii slapstickowej - bohaterzy upadają na potęgę. Pada Solański, pada Róża, padają inni goście pensjonatu, pada nawet Gucio. Litości.
Trzecia gwiazdka tylko za miejsce akcji - zawsze miałam słabość do kryminalnych fabuł, gdzie grupka ludzi znajduje się w domu odciętym od świata, a morderca jest wśród nich. Agatha Christie to jednak nie jest. Szkoda.
Drugi tom przygód samozwańczego detektywa Szymona, jego uroczego pieska Gucia i przyjaciółki Róży, przenosi nas na niewielką Irlandzką wyspę Inishmore. Brnąc w kolejne rozdziały powieści, przede wszystkim chcemy poznać mordercę Kasi Walasek, której odnalezienie jest pierwotnie zlecone naszemu Chorzowskiemu śledczemu. Książka jest skonstruowana podobnie jak pierwsza część, gdzie wydarzenia przedstawiane są między innymi, z punktu widzenia zręcznego pieska, Gucia, który jest najmilszym stworzeniem o trzech i pół łapki. Jednak relacja Szymona, Róży i jej nowego partnera, gra też dużą rolę w humorze sytuacyjnym.
W porównaniu z pierwszą częścią, nie bawiłam się chyba aż tak dobrze. Czasami było trochę nudnawo. Wydawało mi się również, że próby prowadzenia śledztwa, nie wnoszą nic i na koniec trzeba będzie zgadywać. Gdyby wyciąć wątek kryminalny, sądzę, że niewiele by się zmieniło w odbiorze książki, bo stanowił on jedynie ułamek akcji. Mimo wszystko rozluźniająca odskocznia i nie zamierzam porzucać serii, szykując się do tomu trzeciego :)
Drugi tom przygód mało wziętego detektywa i jego psa tym razem toczy się w Irlandii. Lokalizacja i spowodowana pogodą izolacja bohaterów nasuwaja skojarzenie z mistrzynią kryminału, Agathą. Ale więcej podobieństw nie widzę. Nie wyszło fabule na zdrowie przeniesienie jej poza swojskie chorzowskie klimaty. Papierowe postaci, słaba i mało wciągająca intryga, a i zakończenie niebezpiecznie zmierzające ku wytartej ścieżce typowego sensacyjnego czytadła. Trzymam kciuki za kolejny tom, może będzie lepiej
Bardzo to zabawne, bo autorka przeniosła akcję drugiej książki na absolutny koniec świata, na wyspę Inshmoore, którą również - podobnie jak Chorzów z części pierwszej - miałem kiedyś okazję zwiedzić. Książka trzyma poziom, choć zagadka jest mniej absorbująca, a skąpstwo autorki w wydzielaniu wskazówek utrudnia zamodzielne jej rozwikłanie. Za to autorka dosypała nieco perypetii sercowo-emocjonalnych między głównymi bohaterami, co nieco ożywiło fabułę. Ogólnie - daje radę.
Skończyłam wczoraj wieczorem "Zbrodnic nad urwiskiem" i powiem tak to jest moja komfort scria!! Uwielbiam narrację Gucia - jest mega zabawna oraz jego przygody wraz z Szymoncm i Różą. W tomic 2 mięliśmy okazję zwiedzić i przeprowadzić śledztwo w Irlandii. Język, fabula i narracja wszystko bez zarzutu!
Jakoś udało się przemęczyć przez to. Wymuszone żarty, slang i powiedzonka wciskane na sile wszędzie gdzie się da plus krótkie historyjki od czapy dla zapełnienia stron. Plus cała masa stereotypów. Dobrze to się tego nie czytało.
Moje wszystkie zastrzeżenia dotyczące redakcji pierwszej książki znikły - tym razem językowo bez zarzutu. Fabuła wartka, pomysły świeże i czyta się tą książkę bardzo dobrze. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.
Pierwsza część przygód Gucia i doczepionego do niego człowieka nie rzuciła mnie na kolana, mówiąc delikatnie. Ale tragicznie też nie było, więc licząc na poprawę zabrałam się za drugi tom. Okazuje się że detektyw Solański zamiast korzystać z nagłej sławy spowodowanej sprawą Marianny B. odrzuca wszystkie propozycje pracy i kontempluje powody wyjazdu Róży. Rozważania do niczego sensownego nie prowadzą a nasz bohater, z powodów nieokreślonych, w końcu postanawia przyjąć sprawę, która zmusza go do wyjazdu do Irlandii. Zaopatrzony w psią książeczkę zdrowia, adres potencjalnej zaginionej i pamiątkowe listy od zleceniodawcy mające naprowadzić go na jakiś trop rusza za morze. Podczas podróży Guciowi zostaje najwyraźniej wgrana znajomość języków obcych, bo nie tylko rozumie, ale też czyta po angielsku i gaelicku. A że nowa wiedza musiała się gdzieś zmieścić to przy okazji zostało wymazane psie dobre wychowanie i sporo sympatyczności trzyłapego bohatera. Podobne cuda podziały się z Solańskim, ale tu straty są mniejsze, jako że sympatyczny to on nigdy nie był. Za to teraz prowadzi do ręka boska, bo inaczej nie da się wyjaśnić sporej części jego zachowań, które mają niby doprowadzić do zakończenia śledztwa. Bohater głównie pije, snuje się po okolicy, i od czasu do czasu przypomina sobie, że ma traumę co objawia się tym razem tym, że gasi kominek wiadrem wody. Zakładam, że autorka nigdy nie próbowała gasić chluśnięciem ogniska, inaczej bohater by takich durnot nie popełniał. Poza tym – traumę to na bohater w Kryptonim: Karp. Solański ma durne, przypadkowe zachowania. Nie on jeden zresztą – Róża również robi rzeczy, których nie da się sensownie wytłumaczyć – zaczynając od samego wyjazdu bez znajomości języka po wszystkie sceny w jej nowej pracy z których wynika głównie wniosek, że co prawda żadna praca nie hańbi, ale ta akurat tak. Ten radosny duet jak przystało na najlepszych przyjaciół praktycznie ze sobą nie rozmawia, czas umilają sobie czytaniem listów otrzymanych od zleceniodawcy, które nie wnoszą za wiele ani do fabuły ani do intrygi, na dodatek są zaskakująco współczesne biorąc pod uwagę to, że napisano je w okolicach czasowych Drugiej Wojny Światowej. Jedynie Gucio jest zainteresowany śledztwem, a wyniki chyba przekazuje swojemu panu telepatycznie, bo inaczej nie miałby on prawa wyciągnąć jakichkolwiek sensownych wniosków z wydarzeń. Dom w którym lądują bohaterowie to kalka kamienic z pierwszego tomu – wszyscy coś ukrywają, i zawsze jest to jakaś mroczna tajemnica, wszyscy są podejrzani i wszyscy są wyjątkowo antypatyczni. A sama Irlandia to zestaw stereotypów – klify, wieczny deszcz, grube kobiety i strugi lejącego się alkoholu to czarujący obraz jaki roztacza przed nami autorka. Może miał to być element komiczny? Podobnie jak chyba miały być elementem komicznym ciągłe upadki bohaterów, bo przewracają się wszyscy w dowodnej sytuacji i na dowolnej powierzchni, tylko przysłowiowej skórki od banana brakowało. Jest tego tyle, że momentami miałam wrażenie, że czytam opis komedii rodem z niemego kina. Jako bonus do listy wad dochodzi też angielski, którym to bohaterowie się posługują wg opisu, jednak zapiany po polsku. I nagle zaczyna się rozjeżdżać odmiana przez osoby, która co prawda nie istnieje w angielskim, ale coś z nią trzeba zrobić po polsku. I zamiast bezosobowego „mordercy” w wersji angielskiej, pojawia się „który”, albo „która” co wypada trochę dziwnie, kiedy nie znamy płci podejrzanego. Wszystkie wady pierwszej części są też w drugiej, niestety z dodatkiem wyjątkowo irytujących nowych. Całość czytało się koszmarnie – intryga jest prosta, mało wciągająca, śledztwo w zasadzie się nie toczy, tylko rozwiązuje samo z siebie. Bohaterowie są jeszcze bardziej antypatyczni niż byli, a całość jest męcząca i irytująca. Zdecydowanie dałabym sobie spokój z trzecim tomem gdyby nie to, że już mam go na półce.
Guciunio powrócił! W dodatku jest jeszcze śmieszniej niż w pierwszym tomie, a Mejksiur rozkłada na łopatki :D Idealne na niedzielne, deszczowe popołudnie. Czekam na tom 3 :)