Ta historia zaczyna się od nietypowego pogrzebu bezimiennego chłopca, pogrzebu, na który przybyły tłumy. Dziś wiemy, że był to Szymon z Będzina, którego śmierć rodzice ukrywali przez dwa lata.
Ewa Winnicka, autorka świetnych reporterskich opowieści, rusza tropem tej głośnej sprawy, żeby sprawdzić na miejscu, jak można było tak długo ukrywać śmierć dziecka. Krok po kroku rekonstruuje wydarzenia, które zakończyły się tragedią.
I być może nikt by się nie dowiedział, że chłopczyk nie żyje, gdyby nie pewna złośliwa sąsiadka.
Polska dziennikarka, reporterka, do 2014 roku związana z tygodnikiem „Polityka”.
Studiowała dziennikarstwo i amerykanistykę, ale zanim ją skończyła – trafiła do działu reportażu „Gazety Wyborczej”. W latach 1999–2014 pracowała w „Polityce”. Zajmowała się sprawami społecznymi, zwłaszcza polityką wobec dysfunkcyjnych rodzin i ochroną dzieci. Pisała także reportaże zagraniczne, m.in. o ataku na WTC, o palestyńskiej Intifadzie i gwałtownym kryzysie w londyńskim City.
Trzykrotna laureatka nagrody Grand Press: w 2005, 2008 i w 2018 roku. Jej książka reporterska pt. Londyńczycy, wydana w 2011 przez Wydawnictwo Czarne, została finalistką Nagrody Literackiej dla Autorki Gryfia. Za reportaż Angole (2014) została nominowana do Nagrody Literackiej „Nike” 2015 oraz otrzymała Nagrodę Literacką dla Autorki Gryfia 2015. Wspólnie z Cezarym Łazarewiczem wydała książkę 1968. Czasy nadchodzą nowe (Agora, Warszawa 2018). Za książkę Był sobie chłopczyk nominowana do Górnośląskiej Nagrody Literackiej „Juliusz” 2018.
Jest żoną Cezarego Łazarewicza, z którym wspólnie napisała książki 1968. Czasy nadchodzą nowe i Zapraszamy do Trójki.
W skrócie: podoba mi się styl i konstrukcja całości, nie podoba mi się kilka szczegółów (np. doklejenie na końcu historii Zagłębia zupełnie nie pasuje do tego tekstu, choć sens logiczny jak najbardziej ma). Ale nie potrafię i nie chcę oceniać tego reportażu jako "literatury" i za pomocą gwiazdek, bo emocje związane z opisywanymi faktami były zbyt silne. Oczywiście znałam tę sprawę, ale szczegóły trochę mnie teraz przerosły.
Najprostsze z rozwiązań: ludzie powinni przestać rozmnażać się na potęgę. Byłoby mniej cierpienia na tym świecie.
To reportaż, od którego człowiek aż gotuje się z nerwów. Rzeczowo i konkretnie, a opisywana historia rodziców Szymka jest przerażająca, obrzydliwa i nieludzka.
Myślę, że to nie jest książka dla ludzi wrażliwych.
Wczoraj skończyłam czytać historię Leszka Pękalskiego vel Wampira z Bytowa – seryjnego mordercy, gwałciciela, nekrofila, sadysty. Najwyraźniej mało mi było wrażeń, bo zaraz po „Bestii” Magdy Omilianowicz sięgnęłam po reportaż Ewy Winnickiej o słynnej sprawie Szymonka – dwuletniego chłopca, którego ciało wyłowiono z cieszyńskiego stawu w marcu 2010 roku.
„Był sobie chłopczyk” to reportaż z najwyższej półki, napisany dobrym tempem, bez dłużyzn, z transparentną autorką, która wywołuje emocje wyłącznie faktami i sposobem ich przekazywania. Zdecydowanie wolę prawdziwe historie od fabularyzowanych opowieści z serii „Na F/Aktach”.
Sama książka jest... straszna. Przytłoczyła mnie głównie bezsilnością wobec patologii. Ewa Winnicka, przy okazji relacjonowania śledztwa w sprawie Szymona, pokazała, jak dużo jest w Polsce złych rodzin, złych wielopoziomowo, bezwględnie, bez nadziei na jakąkolwiek poprawę.
Co ciekawe, kilka tygodni temu zupełnie przypadkiem słuchałam podcastu Justyny Mazur o matce Madzi z Sosnowca, a potem YouTube pokierował mnie do krótkiego, zupełnie absurdalnego wywiadu z Katarzyną Waśniewską, która opowiadała o tym, jak poznała w więzieniu mamę Szymonka i wymieniły się doświadczeniami. Wyobraźcie sobie, że „mama Szymonka jest bardzo miłą i ciepłą osobą”...
Bardzo dziwnie złożony jest to reportaż. Niezwykle krotki, można przeczytać za jednym posiedzeniem, ale generalnie jest to po prosu suchy zapis śledztwa i rozwiązanie sprawy, którą znałem wcześniej z mediów. Często wybijałem się z rytmu, kilka elementów mi zgrzytało, nie rozumiem też długiego fragmentu w końcówce poświęconemu historii Zagłębia. Podsumowując, nie mam poczucia, że ta książka wniosła w moje życie coś nowego, ale nie była na tyle zła, żebym ją kategorycznie odradzał.
"Był sobie chłopczyk" wciąga od pierwszych stron, ponieważ to nie jest normalne, że młodzi chłopcy odnajdują w stawie martwe ciało dziecka.
Ewa Winnicka prezentuje chronologiczny rozwój zaistniałej sytuacji. Początkowo śledzimy podejmowane działania godzina po godzinie, potem dzień po dniu, a następnie miesiąc po miesiącu. Śladów jest niewiele, pracy dla służb naprawdę sporo.
Poznajemy sylwetki strażaków, policjantów, sąsiadów i innych ludzi zaangażowanych w jakimś stopniu, w tę sprawę. Podoba mi się, że niektórzy z nich nie radzą sobie z tą trudną sytuacją, mają wątpliwości, zadają nurtujące pytania. Po prostu mają uczucia. Z drugiej strony podziwiam, że pracownicy służb potrafią pracować w takich warunkach, odciąć się od pracy po przyjściu do domu i tak chłodno odnosić się do dostarczanych dowodów.
Ton autorki jest surowy, rzeczowy, wręcz obdarty z emocji. Ona nie ocenia, nie dopowiada, nie podaje wszystkiego na tacy. Może właśnie dlatego ten tekst wzbudzał we mnie miejscami dreszcze i działał na moją wyobraźnię?
Co zatem najbardziej uderzyło mnie w tej książce? Język nienawiści i wyzwiska w kierunku sprawców, którzy jeszcze nie byli nawet znani. Okrutne komentarze, nawoływanie do linczu i ta smutna, polska rzeczywistość. Poza tym wścibskość dziennikarzy, którzy pomimo próśb publikowali zdjęcia z miejsca zbrodni. Ja rozumiem, że to ich obowiązki, ale... trudno mi to ogarnąć. Na koniec zostawiłam sobie wisienkę, czyli tę rodzinną patologię. Bo jak inaczej mam nazwać takie życie?
Jaką trzeba być matką, aby porzucać dzieci dla faceta? Jak można tak żyć? Dlaczego człowiek tak okropnie traktuje bliźniego? W głowie mi się to wszystko nie mieści.
Ta historia wstrząsa i przyprawia o ból serca.
Przykro mi to mówić, ale książka zostawiła mnie z mnóstwem niedopowiedzeń i pytań. Kto zawinił? Gdzie byli pracownicy socjalni i sąsiedzi? Czy zawsze musi dojść do tragedii, aby ktoś w końcu odważył się powiedzieć "nie!"? Czy rodzice mają wyrzuty sumienia? No i najważniejsze, co się tak naprawdę stało w tym mieszkaniu? Zresztą czy ma to większe znaczenie, która z prezentowanych opcji była prawdą, która kłamstwem? Chłopiec był. Już go nie ma. I nie będzie. To smutne. Tak po ludzku smutne.
To była podobno bardzo głośna sprawa medialna, jednak ja jej wcześniej nie znałam. Być może dlatego zrobiła na mnie aż takie wrażenie.
Czy mam jakieś zastrzeżenia? Owszem i to całkiem sporo. Po pierwsze, końcowy opis i historia Zagłębia. Ten tekst nie jest moim zdaniem potrzebny. Poza tym wybija czytelnika z rytmu. Po drugie, głośna sprawa Madzi i jej matki. To wątek poboczny, który nic nie daje czytelnikowi. Po trzecie, brak jakichkolwiek podpisów pod zdjęciami. Co przedstawiają? Co wnoszą do sprawy? Czy były w ogóle potrzebne?
Ciągle łapię się za głowę, gdy myślę o tych słowach:
"Jarek proponuje, żeby spalić ciało w piecu, który znajduje się w kuchni. Albo zamurować. Dla Beaty te pomysły są zbyt ekscentryczne. Późnym popołudniem decydują się wywieźć Szymka i wyrzucić."
"Jarek proponuje, żeby spalić ciało w piecu, który znajduje się w kuchni. Albo zamurować. (...) Późnym popołudniem decydują się wywieźć Szymka i wyrzucić". Miałam mdłości jak to czytałam. Co za bestialstwo. Jak zwykle, w Polsce, nikt niczego nie widział, nikt niczego nie słyszał...
Straszne jak malo interesujemy sie zyciem drugiego czlowieka....Nie miesci mi sie w glowie, ze przez 2 lata nikt nie zaiteresowal sie dzieckiem, ktore nagle zniknelo.
O sprawie wyłowienia zwłok dziecka ze stawu w Cieszynie słyszał chyba każdy. Był okres, gdy jego narysowana z uwzględnieniem każdego szczegółu twarz nie schodziła z czołówek wszystkich mediów, a zastąpiła ją (o ile to jakkolwiek właściwe słowo do użycia w tym kontekście) podobizna małej Madzi z Sosnowca.
Nie chcę skupiać się w tej recenzji na moralnym osądzie którejkolwiek z osób, których tamte wydarzenia dotyczyły bezpośrednio lub pośrednio. Nie chcę wskazywać, która wersja prawdy jest tą "prawdziwą", nie chcę zrzucać kalumnii na bliską rodzinę - dziadka, babcię - chłopca. Zależy mi wyłącznie na tym, aby ocenić reporterską pracę, jaką przy pisaniu wykonała Ewa Winnicka oraz skomentować to, jak ona sama przedstawia tamte wydarzenia.
Zapewne możecie czuć się początkowo zaskoczeni tym, że książka jest tak krótka. Liczy ona bowiem około 150 stron tekstu, przy czym zawiera też fotografie. W ostatnim czasie autorzy i wydawnictwa przyzwyczaili nas raczej do wielkich, obszernych cegieł stanowiących prawdziwe kompendium wiedzy na dany temat. Tutaj jednak liczba stron jest optymalna i prawie wyczerpuje temat. Czemu prawie? O tym za chwilę.
Autorka relacjonuje tę zbrodnię bardzo skrupulatnie. W pierwszej części skupia się na meandrach śledztwa od momentu odnalezienia przez grupę chłopców zwłok Szymona do poinformowania głównych śledczych o odnalezieniu podejrzanych. Cały ten rozdział jest poświęcony ukazaniu tej sprawy z perspektywy policjantów zaangażowanych w nią. Ewa Winnicka opisuje jakie działania i na jaką skalę zostały przedsięwzięte, aby nie tylko dowiedzieć się kim był sprawca – lub sprawcy – ale i, a może nawet przede wszystkim, by chłopiec odzyskał swoje imię i tożsamość. Jest tu sporo o emocjach, które targały policjantów, którzy niejednokrotnie sami mieli dzieci w wieku zbliżonym do wyłowionego dziecka. Już na tym etapie, kiedy nie było jeszcze wiadome co tak dokładnie się stało, prowadzący sprawę bali się, że ich policjanci będą mogli chcieć sami wymierzyć sprawiedliwość, gdy wreszcie znajdzie się odpowiedzialny za zbrodnię.
Interesującą dla mnie kwestią poruszaną w tym rozdziale było również to, że autorka przytoczyła kilka wypowiedzi, które można było znaleźć w Internecie w niedługim czasie po odnalezieniu chłopca. Co było w nich takiego, że uznałam to za ciekawe? Jesteśmy dwa lata przed głośną sprawą z Sosnowca. Nie mamy pojęcia, co tak naprawdę stało się Szymonowi (czy też Jasiowi, jak nazwali chłopca policjanci), nie wiemy jeszcze kto jest za to odpowiedzialny, ale już społeczeństwo osądza matkę dziecka, jako główną winowajczynię. Nie ojca – matkę. Oczywiście, my wiemy jak kończy się ta sprawa, niemniej jednak zostawiam Wam tę kwestię do przemyślenia.
Druga część to rozdział biograficzny. Poznajemy tu trudy dzieciństwa rodziców Szymona, dowiadujemy się jak wyglądało ich życie zanim się poznali i zanim urodził się ich jedyny wspólny syn. To ta część książki, która jest najbardziej wstrząsająca, bowiem opisuje też jak wyglądało króciutkie życie chłopca i jak – prawdopodobnie – wyglądała jego długa i bolesna śmierć. To rozdział o zbrodni, której większość z nas nawet sobie nie wyobraża, że mogłaby się wydarzyć. Obiecałam na początku tej recenzji, że będę unikać wszelkich ocen moralnych, ale muszę złamać tę zasadę, bo naprawdę nie wiem, jakim trzeba być człowiekiem, by zaserwować swojemu własnemu dziecku taki los. Jak można patrzeć na powolne umieranie swojego malutkiego syna, a później zbezcześcić jego ciało i ograbić go z imienia, z tego kim jest. Naprawdę trzęsły mi się ręce, gdy czytałam, jak skrupulatnie i bez większych emocji, rodzice dokładnie zaplanowali, jak mogą pozbyć się ciała.
Równie wiele emocji wywołał we mnie fakt, że przez dwa lata nikt – ale to dosłownie nikt – nie dziwił się temu, że dziecko dosłownie wyparowało. Jednego dnia było, a drugiego już nie. Oczywiście spora w tym zasługa rodziców – zwłaszcza matki – których kreatywność w wymyślaniu sposobów, by przechytrzyć nawet własną rodzinę jest...No, po prostu łał.
Autorka opisuje te wydarzenia bez ocen. I wydaje mi się, że po tym można poznać jej reporterski kunszt. Swoją opinię i swoje zdanie na temat tego, jakie zmienne mogły doprowadzić nie tyle do zbrodni co do tego, że przez dwa lata mały chłopiec był w stanie dosłownie zniknąć z systemu i życia całej rodziny, a nikomu nie wydało się to dziwne; zostawia na koniec, gdy od początku do końca już wszystko opisze.
Trzecia część to już wzajemne oskarżanie się rodziców o to co zaszło oraz krótki opis nie tyle samego procesu sądowego, co raczej chronologiczne ukazanie jakie w tej sprawie zapadały wyroki i co wpływało na ich zmianę. To też bardzo bolesny rozdział o rozpadzie całej rodziny. Bo to co się wydarzyło nie rzutowało tylko na życie oskarżonych i skazanych. Dramatycznie wpłynęło to na losy ich dzieci i ich rodziców. Ci ostatni już zawsze będą nosili na sobie piętno współwinnych choć sami w paskudny sposób zostali oszukani przez własne dzieci.
I wreszcie ostatnie strony, w których Ewa Winnicka pozwala już sobie na wyrażenie własnej opinii. Autorka przytacza dosłownie streszczeniową wersję historii samego Będzina, samego Zagłębia. Opisuje ludzi, którzy przez poczucie tymczasowości – które zakorzeniło się w nich w latach 40.-50. i nie chce puścić – stali się obojętni na wszystko to, co ich otacza. Ludzi, którzy tak samo jak nie zauważają brudnych i obrzydliwych klatek oraz wind w swoich blokach, nie są w stanie zauważyć, że na dwa lata znika z ich najbliższego otoczenia dziecko. I nie wydaje im się to niczym niezwykłym.
Bardzo podobał mi się ten reportaż. Moim zdaniem Ewa Winnicka dobrze go napisała, nie starała się oceniać, skupiła się na wyłącznej pracy reporterskiej i przeprowadziła ją bardzo dokładnie, ponieważ na koniec lektury nie ma się poczucia, że coś zostało niedopowiedziane. Wspomniałam na początku o tym, że czegoś mi zabrakło, by uznać temat za wyczerpany. Tym czymś było właśnie jeszcze większe rozbudowanie tej ostatniej części, z opisem Zagłębia. Zdaję sobie jednak sprawę, że autorka mogła specjalnie zostawić czytelnika z takimi niedomówieniami, aby ten mógł w tym wszystkim odnaleźć własne zdanie na temat i też nie chciała być może tego reporterskiego stylu zamienić w felieton, który ukazywałby tylko jej punkt widzenia.
Wstrząsająca opowieść o chłopcu, którego nikt nie chciał i nikt nie szukał. Przeraża mnie to, że może (a wręcz na pewno) takich sytuacji jest więcej, tylko jeszcze nie wyszły na światło dzienne.
Historia sama w sobie straszna - jej nie oceniam. Za to wykonanie reportażu już mogę - tu wychodzi słabiej. Absolutnie nie jest źle, ale z pewnością mogłoby być lepiej.
Ewa Winnicka zwraca opinii publicznej nieznanego chłopca, "Szymona R." czy "Jasia". Najciekawszym wątkiem jest kwestia, dlaczego nikt (policja, MOPS, babcia, dziadek) nie mógł dowiedzieć się, że chłopcu stało się coś złego, a kiedy już wpadli na trop - dlaczego poszukiwania trwały wiele, wiele miesięcy. Autorka opisuję tak naprawdę nie tę historię, ale niedziałający system, który pozwala na zniknięcie dziecka - tak po prostu. Przerażająca lektura.
Historia bardzo tragiczna i poruszająca, ale mimo wszystko wynudziłxm się przy tej książce potężnie. Mozolnie mi się czytało i jakoś tak miałxm wrażenie, że wiele rzeczy tu było niepotrzebnie napisanych. Może reportaże nie są dla mnie...
Reportaż, który czyta się ze ściśniętym sercem. Ewa Winnicka pisze w sposób oszczędny, konkretny, rzeczowy. Bez zbędnego grania na emocjach, bo historia jest tragiczna sama w sobie i nie potrzebuje koloryzowania. Mam jednak wrażenie, że druga połowa książki jest znacznie gorsza niż pierwsza - pojawiają się tam subiektywne opinie, które łatwo dostrzec patrząc na sposób, w jaki autorka opisuje pewne wydarzenia i decyzje. Jeden z ostatnich rozdziałów został poświęcony historii miasta, ale jest on bardzo powierzchowny i właściwie nic nie wnosi do opisywanej sprawy. Warto ogólnie tę książkę przeczytać; mam wrażenie, że potrafi uwrażliwić na to, co dzieje się wokół nas. Pokazuje, że warto reagować, warto się interesować, szczególnie tymi, którzy sami nie potrafią się jeszcze bronić.
Mam odczucie że przeczytałam wersję robocza, taki sobie szkic żeby nie zapomnieć o czym trzeba napisać. Rozumiem że autorka miała zamiar podać suche fakty, wypłukane z emocji, ale moim zdaniem całość nie wygląda dobrze. Styl zmienia się nawet w ciągu tej samej strony. Odniosłam wrażenie że pisało kilka różnych ludzi. Nie dowiedziałam się niczego nowego ani o śledztwie ani o rodzinie Szymka.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Sprawę Szymona, chłopca z Cieszyna, poznałam już wcześniej, słuchając podcastu pani Justyny Mazur-Kudelskiej z serii „Piąte: Nie zabijaj”. Historia rozpoczyna się 19 marca 2010, kiedy w stawie w Cieszynie zostają znalezione zwłoki dziecka. Nikt nie wie kim jest dziecko, żadna rodzina w okolicy nie zgłosiła zaginięcia. Rozpoczynają się żmudne poszukiwania, które z góry są skazane na niepowodzenie. Brak środków, brak uprawnień, brak ludzi, brak czasu. Gdyby nie przypadek, najprawdopodobniej nigdy nie poznalibyśmy prawdy na temat tej tragedii, a prawda ta jest porażająca.
Trudno jest mi w jakikolwiek sposób skomentować tę historię. Takie sytuacje nigdy nie powinny się wydarzyć, a jednak się dzieją. Czy można było zapobiec tej tragedii? Czytając reportaże, w których przewijają się tematy dotyczące dzieci, mam coraz większe przekonanie, że system opieki jest niewydolny i nie ma żadnych szans na wyłapanie takich przypadków. Z drugiej strony zwiększenie uprawnień urzędników, bez ich odpowiedniego podejścia i przygotowania (a chyba wszyscy wiemy, jak są przygotowani i jak wygląda w tym kraju zderzenie z systemem) może dać skutek odwrotny od zamierzonego. Po części również z tego powodu nie zamierzam mieć dzieci – nie widzę realnych szans na rozwiązanie tego typu problemów. 7/10
Ocena tej książki jest dla mnie sprawą problematyczną. 1. Może jestem przewrażliwiona, ale gdy widzę, że ktoś używa słowa "sędzina", mając na myśli sędzię, to mnie krew zalewa. Jeszcze bardziej mnie zalewa, gdy z tekstu wynika, że głos decydujący w przedmiocie miejsca pobytu dzieci podejmuje kurator, a tekst ów pochodzi od osoby, która od lat zajmuje się m. in. systemem opieki społecznej i prawami dziecka. Od czego w takim razie, zdaniem autorki, jest sąd rodzinny??? Irytuje mnie również, że autorka nie zdecydowała się zapoznać ze znaczeniem terminu "wydziedziczenie" i jego przesłankami na gruncie polskiego prawa cywilnego, w związku z czym spod jej pióra wyszły takie kwiatki, jak stwierdzenie, że wydziedziczenie matki z automatu pociąga za sobą wydziedziczenie jej dzieci, czyli wnuków wydziedziczającego. Co więcej, w innej części książki autorka pisze, że matka Szymona spotkała się ze swoim przyrodnim bratem, by otrzymać od niego jakąś tam kwotę pieniędzy z tytułu rozliczeń spadkowych. No to ja się pytam: o jakie pieniądze chodzi, skoro została wydziedziczona??? 2. Bardzo podobał mi się styl, w jakim książka została napisana - suchy, rzeczowy, pozostawiający pole wyobraźni i umożliwiający wyrobienie sobie własnych ocen. Mam tylko jedno, ale za to wielkie, "ale". Chodzi o to, że w dwóch miejscach autorka pozbywa się maski obiektywizmu; dobór słownictwa w sposób oczywisty wskazuje, co sądzi na dany temat. Nie miałabym z tym jakiegoś szczególnego problemu, gdyby owego obiektywizmu wyzbyła się, opisując głównych bohaterów tej historii. Tak jednak nie jest. Okazuje się zaś, że tym, co działa na autorkę niczym płachta na byka, jest instytucja kuratora sądowego. Jedyne fragmenty książki, w których autorka pozwala sobie na wyrażenie poglądu na daną kwestię, to fragmenty, dotyczące decyzji kuratorów sądowych (jednego, wnioskującego o umieszczeniu pięciorga dzieci Beaty Ch. w domu dziecka i drugiego, wnioskującego o odebranie najmłodszych córek Beaty i Jarosława spod pieczy babci ojczystej i o umieszczenie ich w rodzinie zastępczej). I to mnie, szczerze mówiąc, rozłożyło na łopatki, gdyż jestem w stanie - z racji wykonywanego zawodu - zrozumieć wiele rzeczy, ale nie to, że dziennikarz potrafi zachować obiektywizm, gdy pisze o rodzicach Szymona, a nie potrafi go zachować, gdy ocenia wnioski kuratorów. Zwłaszcza, że ja naprawdę nie mam pojęcia, jakie inne wnioski mogłyby w tych sprawach zostać sformułowane i jakie decyzje należałoby podjąć, aby mogły być bardziej zgodne z dobrem dziecka. 3. Historia, opisana w tej książce, jest wstrząsająca. Ale jeszcze bardziej wstrząsające jest to, co z niej wynika. A mianowicie to, że w imię jakichś chorych poglądów na temat "ochrony prywatności rodziny" tak naprawdę w ogóle nie chronimy obywateli, którzy na tę ochronę zasługują najbardziej. Jest to, niestety, kolejny dowód tego, że w Polsce prawa dziecka przestrzegane są najczęściej jedynie na papierze.
Historią chłopczyka, którego ciało zostało znalezione w stawie w Cieszynie wstrząsnęła całą Polską. Dopiero dwa lata po makabrycznym odkryciu odnaleziono rodziców dziecka. Ewa Winnicka krok po kroku rekonstruuje tę sprawę, od momentu odnalezienia ciała po proces.
Autorka wnikliwie i rzetelnie przedstawia pracę policji i prokuratury, liczne działania, jakie podjęto w celu zidentyfikowania chłopca. Nie jest to jednak beznamiętna relacja, Winnicka wskazuje emocje policjantów, którzy sami są ojcami w podobnym wieku, ich determinację w walce o nadanie dziecku imienia. Tę część książki czyta się wręcz jak kryminał, makabryczny, bo prawdziwy.
Równie drobiazgowo autorka opisuje w drugiej części życie rodziców Szymona - dzieciństwo, problemy, warunki, w jakich dorastali. Nie usprawiedliwia, nie ocenia, nie potępia - przedstawia fakty. Najtrudniejszym fragmentem książki jest opis życia chłopczyka - porażająca niewydolność wychowawcza rodziców, zupełny brak zainteresowania otoczenia, całkowita obojętność dalszej rodziny.
Dla mnie, niestety, ciekawa tylko w opisie zbrodni i fragmentu śledztwa/procesu. Nieprzekonująca jako całość, dziwnie złożona, mało spójna. Trochę na siłę rozciągnięta w książkę.
Zwraca uwagę na ważny, pomijany problem i rodziców małych dzieci pewnie dotknie mocniej niż pozostałych, ale brakuje mi tu trochę... serca? Suche i po powierzchni. "Angole" znacznie przyjemniejsi oczywiście, ale dla mnie mieli podobny problem, powierzchowne potraktowanie tematu.
Poprawnie napisany reportaż. Dobrze skonstruowany,bez zbędnego pitu - pitu, bezpośredni język dobrze oddający rzeczywistość, a jednocześnie płynny i nie męczący. Szybko się czyta i ze sporym zainteresowaniem. Historia sama w sobie bardzo smutna, zdarzenia które do niej doprowadziły i późniejsze tłumaczenia rodziców, bliskiej rodziny, sąsiadów - przerażające. Warto sięgnąć.
"Niosą kwiaty i znicze, ale przede wszystkim zabawki: misie, zajączki, serduszka, słonie." był sobie król, był sobie paź i była też królewna... i był sobie chłopczyk.
pamiętam, jak moja mama śpiewała mi kołysankę o królu z cukru, paziu z piernika i księżniczce z marcepanu. i teraz kotłuje mi się w głowie pytanie - czy Szymusiowi ktoś śpiewał tę, czy inną kołysankę?
mogłabym wiele napisać, rozpisywać się, zastanawiać nad tą historią, próbując odpowiedzieć na pytanie czemu - ale sprowadza się to do nie wiem. nie wiem, czemu ta historia potoczyła się tak, a inaczej, czemu rodzice postąpili tak, a nie inaczej.
pewnie mało jest osób, które nie znają historii chłopca z Cieszyna czy też Szymona z Będzina; nawet ja mam wyryte za powiekami zdjęcia jego nagrobka w Cieszynie. a mimo to, nawet jak się zna tę sprawę, w szczególności, gdy jest to tylko z doniesień medialnych, warto sięgnąć po tę książkę. media w którymś momencie się nudzą sprawą, gdy nie ma nic nowego, o czym można pisać. a ta książka opowiada wręcz o tytanicznej pracy policji, szukaniu metod i sposobu, niepoddających się funkcjonariuszy. zarazem mówi o problemach przeciążonego, dziurawego systemu. potężnego w swych założeniach, ale kulawego przez niedofinansowania, brak ludzi i brak czasu. to chyba była dla mnie najważniejsza i najtrudniejsza część książki - najbardziej niedopowiedziana medialnie jej część, zapomina się często o tym, że potrzebny był czas, praca i wysiłek, aby poznać prawdę, chociaż zwykle wymaga to też niezwykłej ilości szczęścia. analizy ubrań, wysyłanie zapytań, szukanie osób, które je kupiły, badania medyczne - to, poza grupą siedzącą w temacie kryminalistyki, nie sprzedaje się dobrze, jeśli nie daje zero-jedynkowych wyników i znalezienia imiennego sprawcy, jakby ten pragnął się podpisać na miejscu zdarzenia.
z jednej strony z łatwością ludzie rzucają oskarżenia w internecie, domagają się krwi i kary śmierci, a z drugiej - nie chcą wierzyć, nawet gdy widzą zdjęcie poszukiwanej osoby, którą mogą znać. to nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz w historii, kiedy tragedii dałoby się zapobiec lub chociaż szybciej ukoić cierpienie, gdyby ktoś zareagował, zadzwonił, coś powiedział.
ważne jest też to, że autorka zwróciła uwagę na samosąd społeczny - skazać bez rozprawy, przywrócić karę śmierci dla zwyrodnialców. sprawy karne, a w szczególności te medialne, tym bardziej dotyczące dzieci, zawsze budzą duże emocje. jestem przeciwnikiem kary śmierci, a zasada domniemania niewinności (osoba jest uważana za niewinną do momentu prawomocnego (!) wyroku) jest dla mnie niemalże świętością. to tylko wręcz "liźnięty" temat w książce, ale zastanawiam się, czy podejście społeczne do sprawców przestępstw nie wpływa na to, jak zachowują się sprawcy. może prawdę dało się wykryć - dowiedzieć wcześniej? może rodzice nie porzuciliby ciała dziecka, może by matka Madzi z Sosnowca nie zakopała jej ciała? ale jak, skoro wie, że grożą karą śmierci w internecie, rzucają wulgaryzmy i groźby. to tylko moje gdybanie.
część o historii Będzina - powinna się znaleźć wcześniej w historii, z podejścia mniej historycznego, a socjologicznego, które gdzieś przebrzmiewa w tej części, ale nie wychodzi na prowadzenie, chociaż to tak naprawdę o nią chodzi - pozwala lepiej zrozumieć tych ludzi, realia ich życia, ich rzeczywistość - ale może w momencie kiedy pada jest już chyba zbyt późno dla czytelnika.
ta książka ma mocny, momentami wręcz surowy ton, autorka pozostaje gdzieś w tle, prawie się nie ujawniając, daje pole bohaterom do tego, aby wyrazili swoje zdanie, emocje czy wersję zdarzeń.
nie jestem osobą, która wierzy jakoś mocno w życie pozagrobowe czy też - bardziej nie jestem osobą, która myśli o życiu po śmierci. ale w przypadku takich spraw nachodzi ta myśl, że powinno być takie miejsce; żeby Szymuś i inne dzieciaki miały życie, jakie im zabrano; żeby miał te wszystkie zabawki, które ludzie zostawili na jego grobie.
Pisanie recenzji tego typu (czyli opisującej tragedię indywidualnej osoby) książki nie jest łatwe, bo przecież można zarzucić, że nie forma jest tu najważniejsza, lecz sama historia...Jednak, po dość szybkiej lekturze (czyli niby źle nie jest napisane, ale i książka nie jest obszerna), dochodzę do wniosku, że ważny temat, ważną historię można było lepiej napisać, przynajmniej pod względem warsztatowym.
1. Być może to skrzywienie zawodowe, ale mnie uderzyło, że najwidoczniej reporterka nie skonsultowała się ze specjalistą, a redakcja nie zwróciła jej uwagi na nieprawidłowe zastosowanie terminów. Jak czytam o sędzinie, gdy autorka miała na myśli sędzię a nie żonę sędziego...lub o wydziedziczeniu córki, co zdaniem autorki automatycznie pozbawiało wnuki prawa do spadku po babci (bzdura!), to zapala się lampka, czy i inne kwestie nie zostały przekłamane, nieskonsultowane, uproszczone. Takie bicie piany bez sprawdzenia podstawowych faktów w stylu Jaworowicz. 2. W ostatniej części, nagle pojawia się opis historii jednego z miast, jest tak prowadzony, że nie wiadomo, czemu ma służyć, ma się wrażenie, że został sztucznie doklejony, by dobić do odpowiedniej liczby znaków. Wątki zaczynają się rwać. Można było rozbudować inne części, bardziej podrążyć niektóre wątki, płynniej poprowadzić narrację. 3. Autorka nie ufa czytelnikowi, nie pozwala mu samemu wyciągnąć wniosków, tylko łopatologicznie musi napisać: najpierw więc stracili rodziców, potem stracili babcię - to są takie niepotrzebne, drażniące zdania. Jednym słowem Winnicka Capotem nie jest. 4. Fragmentami można mieć wrażenie, że autorka opiera się wyłącznie o materiały medialne, nie zweryfikowawszy ich wiarygodności. Nie ma się pewności, czy z daną osobą podjęła próbę rozmowy, czy tylko widziała ją w telewizji...Jest więc niedosyt i frustracja, dlaczego nie poszło się dalej, nie zadało pewnych pytań itp. a przynajmniej zaznaczyło, że próby podjęto, ale dana osoba odmówiła kontaktu. 5. Padają stwierdzenia wysoce subiektywne - jak np. o przyciąganiu się mamy Szymona i mamy Madzi - bez odpowiedniego uzasadnienia, jakby tylko po to, by podgrzać sensacyjność, coś zasugerować, a potem dany wątek autorka porzuca.
Mimo powyższego, warto sięgnąć do książki, bo ona pokazuje polską codzienność, polską normę, której politycy, dziennikarze czasem nie dostrzegają. Pokazuje też do pewnego stopnia realia pracy policjantów, z takiej cieplejszej, ludzkiej strony. Wiele szczegółów ich pracy mnie zaskoczyło. Podsumowując polecam, ale majstersztyka reportażu proszę się nie spodziewać.
3.25⭐ Reportaż bardzo rzetelny, pozbawiony emocji, nie narzuca czytelnikowi określonego toku myslenia, a pozwala na indywidualną ocenę wydarzeń. Na początku ciężko było mi się przyzwyczaić do stylu pisania (bardzo poważny, suchy, wyssany z emocji), ale później doszłam do wniosku, że jest on bardzo adekwatny do gatunku jakim jest reportaż. Najlepsze była dla mnie druga część książki, kiedy mamy ogląd na całą tragiczna i okrutną sytuację Szymona i jego rodziców. Na końcu troche, według mnie, nie potrzebnie i bez kontekstu wrzucona historia Zagłębia. Cała książka dobra, lecz nie wywołała we mnie żadnych emocji, choć z pewnością co wrażliwsze osoby mogą się na niej wzruszyć (jak pewnie przy większości reportażów zresztą). Jeśli jesteście zaciekawi tematem to warto po tę pozycję sięgnąć.