To książka pokoleniowa. Trzydziestolatkowie z dużych i małych miast, po studiach, znający języki. W teorii świat powinien należeć do nich. A w praktyce – praca poniżej kwalifikacji, umowy śmieciowe, minimalne stawki. Tak właśnie wygląda polski rynek pracy. Nie godzisz się na to? Wypadasz.
Kamil Fejfer, twórca kultowego „Magazynu Porażka”, opisuje prawdziwe historie.
Ta książka rodzi mój bunt. Nie, to nie jest „o nas”. To opowieść o paru osobach, którym w życiu nie do końca wyszło (choć są to ludzie wciąż młodzi, więc nic nie jest jeszcze przesądzone). Części z nich współczuję, innych postępowanie uważam za totalnie głupie, a niektóre opowieści w ogóle mi tu nie pasują, jak np. ta o dziewczynie z aspergerem (jeden z moich ulubionych rozdziałów) czy ta pozostawiona na koniec, chyba po to, by „szokować”, bo wiadomo, SEKS.
Ktoś się żali, że od czasu studiów wysłał „kilkadziesiąt CV, może nawet sto”. Wow, niesamowite, oklaski za takie poświęcenie. Czego ten ktoś oczekuje? Że po dwóch znajdzie pracę?
Freelancerka skarży się, że nikt jej nie płaci za niewidzialną pracę, tj. pozyskiwanie i obsługiwanie zleceniodawców. Nie wiem, myślałam, że to się uwzględnia w swojej stawce. Albo się nie marudzi. Niby czego ona oczekuje? Że klient sam powie: „Pani Iksińska, tutaj dodatkowe 50 zł za to, że odpowiadała nam pani na mejle”?
Ta sama osoba zresztą też twierdzi, że o freelansie nie mogą wypowiadać się ludzie bogaci (to jeszcze mogę zrozumieć) ani freelancerzy, którym wyszło, bo albo mieli unikalne kompetencje, albo zwyczajne szczęście (tego nie rozumiem – niby tylko biednych freelancerów można brać poważnie?).
I moja „ulubiona” bohaterka: „Gdyby nie mój chłopak, musiałabym wracać do gastro […]. On zajmuje się geoinformatyką, Monika nie do końca wie, co to jest […]” – trochę mnie zdziwiło, że można nie wiedzieć, czym właściwie zajmuje się najbliższa nam osoba, ale okej, skoro daje kasę, to po co?
Gdzieś wcześniej: „To był moment, kiedy świat nie dawał mi możliwości realizacji mojego potencjału w tym, w czym podobno jestem dobra”. Ach, ten niedobry świat! Wszystko wina tego świata! Jak on tak mógł?
Oraz: „Chcę robić to, co uważam za ważne. Będę dorabiać. Najwyżej będę głodować – opowiada dziewczyna. Ale chyba nikt, kto dokonuje takiego wyboru, realnie nie sądzi, że będzie chodził głodny”. Wydaje mi się, że jeśli dorosły człowiek decyduje się na pracę niezapewniającą odpowiednich zarobków, po prostu musi ponieść konsekwencje swoich decyzji. ŻYCIE.
Na dodatek to są cały czas wypowiedzi osoby, która nie musi zbyt wiele płacić za mieszkanie, bo ma je po babci, i chyba nie mieszka w Warszawie, tylko w jakimś mniejszym mieście…
Nie wiem, może ja jestem dziwna, ale żyłam w Warszawie za niewielką pensję, utrzymywałam się sama, dorabiałam, gdy mogłam, a jednak dawałam radę, mimo że obracam się w branży, która nie jest szczególnie pożądana na rynku pracy. A nieszczególnie odbiegam od bohaterów tej książki – jestem w podobnym wieku, nie jestem bardzo wykształcona ani nie mam dzianych rodziców. (Też nigdy nie miałam umowy o pracę ani płatnego urlopu czy chorobowego, ale cóż). Po prostu wiem, że jestem dorosła i muszę sobie poradzić. Koniec kropka.
Dla kogo jest ta książka? Nie mam zielonego pojęcia. Nie wynika z niej nic konstruktywnego, ot, parę osób narzeka na swój los. Znam ludzi, którzy są starsi i utrzymują często nie tylko siebie (bo muszą) za mniejsze kwoty – jak oni by na to zareagowali? Sądzę, że wyśmialiby tę pozycję. Może ma to dodać otuchy tym, którzy są w podobnej sytuacji? Na zasadzie: „Ech, nie tylko ja mam tak źle”?
Serio, nie widzę celu istnienia tej publikacji. Nie jest tragiczna, ma parę jasnych punktów (czasem zgadzałam się z bohaterami, choć niekoniecznie w kwestiach związanych z pracą), czyta się ją szybko, jest nawet całkiem nieźle poprawiona (choć zdarzyło się parę mocno rzucających się w oczy błędów), ale lepiej sprawdziłaby się jako darmowy PDF do pobrania albo blog zbierający opowieści osób, które chcą się wspólnie pokisić w sosie malkontenctwa.
Trochę mi szkoda, że wsparłam tę pozycję swoimi pieniędzmi.
Dobrze napisane, szybko się czyta, tylko - #aconowego. Większość tych historii znam z życia, czy to własnego czy znajomych, ta książka nie wniosła w moje życie nic, poza tym samym przygnębieniem, jakie przynosi obserwowanie rynku pracy w Polsce.
Czy można usprawiedliwiać bycie przegrywem - zdaje się pytać Marcin Fejfer. I odpowiada sam sobie, że nie tylko można ale wręcz trzeba. Ta książka mnie mocno wkurza i podchodziłem do niej na zasadzie "jak nie przeczytam to nie będę mógł zjechać z góry na dół". Nie było tak źle - tylko bardzo nierówno.
Fejfer nie napisał książki klasy Springera czy Sroczyńskiego ale spróbował oświetlić reflektorem kawałek Polski, który światłem nie cieszy się właściwie nigdy. Irytowały mnie skróty myślowe i różnorakie dorozumienia nieznajdujące pokrycia w faktach. Gorzej, że napisał książkę w 100% oparciu o fanów fanpage magazynu porażka co oznacza, że na dzień dobry całość ma gigantyczny selection bias i jest jest napisana na jedno kopyto, które nazywa się failure porn. Najgorzej, że z fanpage'a i książki można wyciągnąć wniosek, że jesteśmy jak siatka, którą miota wiatr w ostatnim ujęciu american beauty i ni chu chu nic z tym się nie zrobi bo przyjdzie niewidzialna ręka rynku i wybije nam z głowy wszystkie pomysły na siebie. A to mnie wkurza bo jeśli czegoś się w życiu nauczyłem to tego, że jak się zapierdala to się ma i, że zawsze warto próbować poprawić swoją sytuację. Z jednej strony rozdział o dziewczynie z aspergerem czy ratowniku medycznym to mocne, kaloryczne historie. Z drugiej korwinista-mlmowiec nawrócony na socjalizm to klisza, której autor mógł nam oszczędzić - ale się nie powstrzymał.
Zawód - to moje pierwsze wrażenie z lektury. Na książkę składa się kilka wywiadów z osobami, które polski rynek pracy potraktował źle. Z osobami, które nie zrobiły kariery, nie są w stanie zarobić na godne życie mimo dobrych chęci i wysokich kompetencji. To są historie, które znamy z gazet, z rozmów ze znajomymi, z Polski po prostu.
Autor nie zadał sobie jednak trudu, żeby pójść krok dalej i poza spisaniem relacji, poszukać odpowiedzi na pytanie, czemu właściwie realia polskiego rynku pracy są takie a nie inne. Nie ma tu analizy danych z rynku, systemu edukacji, nie ma refleksji na temat systemu prawnego. Jest kilka przywołanych prześmiewczo komentarzy z Facebooka. Jest kilka, niepopartych żadnymi dowodami twierdzeń, że dobrą pracę dostaje się zazwyczaj po znajomości.
Tak, wiem, sytuacja na polskim rynku pracy jest naprawdę bardzo zła. Tak zła, że być może jesteśmy o krok od jakiejś rewolucji. Ale żeby poważnie o niej dyskutować, nie wystarczą dane anegdotyczne. Jestem ciekawa dobrych praktyk z Polski i innych krajów, mechanizmów, które psują rynek pracy, pomysłów, co mogłabym zrobić - ja i moi znajomi, żeby próbować wpłynąć na sytuację. Ta książka nie tylko nie daje mi odpowiedzi, ale nawet nie inspiruje do tego, gdzie mogłabym ich szukać. I prawdę mówiąc, sprawia wrażenie, że osoba, która spisała wywiady też nie bardzo szukała, zadowalając się po prostu narzekaniem na istniejący stan rzeczy. Autorom prześmiewczych komentarzy na Facebooku zostawia zaś wiele pola do nadużyć, nadinterpretacji i mówienia, że bohaterowie "Zawodu" to zwyczajni nieudacznicy.
W Polsce na osiemnaste urodziny powinno się dostawać od państwa: "13 Pięter" Springera, "Zawód" Fejfera i bilet do wybranego państwa europy zachodniej. W jedną stronę.
Warto przeczytać, zwłaszcza, że czyta się bardzo szybko. Autor spisał poruszające historie trzydziestoletnich prekatiuszy. To doświadczenia jakie ma za sobą wielu z nas. Zgadzam się, że po wstępem brakuje głębszej analizy, ale możliwe, że książka jednak ma po prostu zmusić do refleksji. Zgadzam się ze znajomymi, którzy mówią, że czekamy na rewolucję na rynku pracy. Przecież to nie może tak trwać.
Zacznijmy od tego, że to jest po prostu źle napisana książka. Składa się z kilku sylwetek prekariuszy i prekariuszek, którym powinęła się noga, i ma ewidentne braki warsztatowe, takie jak powtarzalność struktury portretu, powtórzenia narracyjne w ramach jednej opowieści, czasem błędnie stosowane związki frazeologiczne i stylistyczne (i nie mówię tu o dezynwolturze językowej, która niekiedy się pojawia, ale bywa całkiem ciekawa). Generalnie: spory chaos. Redakcja spała gdy przed jej oczami przesuwały się źle odmienione rzeczowniki i pomylone czasy w obrębie tego samego zdania.
Autor, Kamil Fejfer, miał całkiem niezły pomysł, ale zabrakło rozwinięcia i zdolności językowych. Zdarzają mu się perełki i potrafi zabłysnąć zdaniem, ale bywają całe opowieści “puszczone”, napisane tak jakby chodziło tylko o objętość książki. Inaczej mówiąc - nie da się językiem memów i pasty stworzyć mikroreportażu o życiu robotnika w Anglii czy korporacyjnych przygodach teoretyczki sztuki. Wśród zebranych opowieści o ludziach “takich jak my” najlepiej wybrzmiewa historia Dominiki Węcławek o dziennikarstwie, ale to ewidentnie zasługa samej bohaterki i tego, że autorowi też jest to temat bliski. Niestety, chwilami portrety “porażkowiczów” zbliżają się do kiczowatych obrazków rodem z “Z życia wzięte’. Wiem, bo w dzieciństwie do obiadu namiętnie czytałem kolejne numery. A propos - czy wy też uwielbiacie czytać podczas jedzenia obiadu? Szło mi się przez “Zawód” źle, z poczuciem wciskania mi banału i z lekkim niesmakiem obserwując ubóstwo języka, który często nie jest w stanie wyjść poza sferę analną. Oto bowiem ludzie są “fistowani niewidzialną ręką rynku”, a ktoś inny czuje “ból ruchania w dupę przez rynek”. Rozumiem, że trzeba błyskać śmiesznością, ale to jest jednak gimbaza dość banalna.
To bardzo kuszące, by po stworzeniu ciekawego fanpejdża (Magazyn Porażka), zmonetaryzować swoją pracę i napisać na jej podstawie książkę. Ale wtedy proszę nie wmawiać mi, że to jest książka “o nas”, co na okładce autor czyni. Autor akurat sukces odniósł (bo wciąż za taki w Polsce uważane jest wydanie książki, chyba) i choć pisze w notce biograficznej, że jest freelancerem, to pracuje w tym co lubi i co go pasjonuje. A to jest właśnie miara sukcesu. Nie, to nie jest “o nas”, to jest o ludziach, którym się coś w życiu nie udało i muszą robić coś sobie wbrew. Choć niekoniecznie - nie wszystkie z historii kończą się negatywnie i czasem mam wrażenie, że nie było selekcji materiału i wsadzono do książki wszystkie reportaże przygotowane przez autora.
Jakoś tak się stało, że ironia i pseudo-dystans stały się naszymi odpowiedziami na kryzys zaufania, bezpieczeństwa i płynność struktur społecznych. Pójście w tym kierunku z opowieścią o życiu ludzi w okolicach trzydziestki jest kuszące i nie dziwi mnie, że powstają takie książki jak “Zawód”. Jednocześnie ironia nie ma zastosowania w sytuacjach krytycznych, gdy mówimy o świecie wykluczonych i biednych. Wykluczenie, które pokazuje Fejfer to często kwestia rachunku prawdopodobieństwa, przypadku, pecha a nie “długie trwanie”. Ani to wstrząsająca opowieść, ani mocny głos w walce o społeczną solidarność. Jakoś sobie poradzimy, bo mamy umiejętność dostosowywania się do świata, choćby wymagało to pójścia do roboty w call center. To, co najgorszego uczynił dziki kapitalizm lat 90., to stworzenie kasty ludzi, którzy nigdy nie odnieśli żadnego sukcesu, zdaje się mówić Fejfer, którzy postawili wszystko na jedną kartę, a rynek negatywnie ich zweryfikował. A może wymaganie sukcesu to jednak bańka, którą wspierają ‘social media’ i - wbrew swojemu pierwotnemu przeznaczeniu - takie miejsca jak “Magazyn Porażka”, bo jednak to jest taka porażka, że można się nią chwalić. Porażka w pewnej klasie przed pewną klasą. Coś wziętego w bezpieczny nawias. Chwilami kończy się to śmiesznie. Oto narrator chce nam powiedzieć, że Jarosław to bardzo biedne miasto i pisze, że “jeśli się przejdzie przez bramy, zajrzy w podwórka, to wciąż są tam kałuże, a samochody stoją w błocie”. Szok, niedowierzanie. SĄ TAM KAŁUŻE!
“Zawód” sprawił mi zawód. Nie znalazłem uzasadnienia po co macie to przeczytać. Możecie ten czas spędzić z książką lepiej napisaną, poddaną jakiejś przyzwoitej redakcji i mówiącej więcej o Polsce i świecie jak np. reportaż Olgi Gitkiewicz, "Nie hańbi", który bez wielkiej ideologii pokazuje nasze kłopoty z pracą.
Trafiła na rynek w idealnym czasie dla mnie. Naprawdę już myślałam, że może tylko w tej branży/firmie, w której pracuje jest tak pod górkę. Książka ta poprawiła moje myślenie, jak to Polaka, cieszy mnie, że wszyscy mają pod górkę nie tylko ja. :D Ale tak serio. Dla laika, który nie siedzi zainteresowany tematyką polityki, ekonomii i jest w trakcie może trzeciej pracy w swoim życiu, ta książka była bardzo edukująca. Napisana lekkim językiem z bezpośrednią szczerością, którą zawsze uważam za odżywczą w tym typie książek, których nie czytam prawie w ogóle. Historie użyte w utworze wydały mi się realistyczne co ułatwiło znacznie odbiór i przyswojenie wielu rzeczy. Byłam zaskoczona poprawą swojego humoru po tej lekturze, ale i pewnym nastawieniem, że nie ma co jęczeć nad swoją pracą czy ludźmi, każdy może mieć tak samo i zmiana pracy/branży to ucieczka, która może nic nie zmienić. Jestem zaskoczona jak wciągająca była lektura tej książki.
Przyznam szczerze, że juz dawno po lekturze książki nie zdarzyła mi się sytuacja, w której moim głównym wrażeniem był po prostu smutek. "Zawód" jest pozycją, która przedstawia losy kilku osób opowiadających o swoich rozczarowaniach rynkiem pracy w Polsce. Mamy więc między innymi historię ratownika medycznego, tłumacza czy osoby pracującej w korporacji, które opowiadają historie o tym jak wyglądała ich ścieżka rozwoju, jakie mają wykształcenie, jakie mieli marzenia i co w efekcie udało im się osiągnąć (albo właśnie, czego mimo usilnych starań nie osiągneli mimo ciężkiej pracy). Osobiście jestem zadowolona z lektury, bo uważam, że pomysł na przedstawienie osób, którym po prostu nie udało się spełnic marzeń jest bardzo ciekawy. Owszem, można sie tutaj kłócić, czy nasi bohaterowi postępowali dobrze i czy wszystkie decyzje, które podjeli były słuszne, ale tak na prawdę nie o to w tej ksiązce chodzi. Podoba mi się forma reportażu, który stara sie nam pokazać cudzy punkt widzenia i pozostawia nas z naszymi własnymi przemysleniami. Dodatkowo "Zawód" jest też napisany przystępnym językiem, więc czyta się go bardzo szybko. Myślę, że książka jest warta polecenia.
No cóż, można ją opisać w ten sposób: “książka ukazująca różne kariery zawodowe ludzi pracujących w różnych miejscach”, gdzie wspólnym mianownikiem jest to, że generalnie na rynku pracowniczym jest źle. Niestety z samych opowieści niewiele wynika, czy - może inaczej - można wyprowadzić tak naprawdę dowolny wniosek na temat tego, kto jest winny zaistniałej sytuacji. Czyta się to całkiem dobrze, ale spodziewałem się trochę więcej.
OK so we can describe this as “a book telling different stories about people working in different places” and their common thread is that in general on the Polish labor market the situation is really bad. Unfortunately nothing follows from this stories or putting it in a different way we can derive almost every conclusion about who is really guilty here. I was enjoying reading it but I had expected much more.
Czego spodziewałam się po twórcy "Magazynu Porażka"?
Kilka historii o ludziach, którzy (z wyjątkiem prostytutki) nie odnieśli sukcesu na miarę swoich ambicji, dociągniętych do co najmniej 2016 roku, plus wstęp autora o rynku pracy, z danymi z 2014 roku. 2014 a 2016/2017 to jest różnica, jeżeli chodzi o biedę w Polsce. Warto o tym pamiętać.
Mam wrażenie, że autor utożsamia się z bohaterami. Jednocześnie mam nadzieję, że zarobił na książce, i żałuję, że wydałam pieniądze. "Nie hańbi" Olgi Gietkiewicz ciekawiej i rzetelniej zaprzecza wizji "rynku pracownika". I bohaterom, i autorowi, powiem: więcej refleksji, mniej biadolenia.
Gdybym dostała złotówkę za każdym razem, gdy czytałam w tej książce zdanie typu "za wpis do CV nie da się kupić butów na zimę" byłabym już na Malediwach. Mam ponadto podejrzenia, że część z zawartych tu reportaży narodziło się od początku do końca w głowie autora. Niemożliwym jest, aby każda z osób z którymi robił wywiady miała dokładnie taki sam styl wyrażania się, w taki sam sposób używała przekleństw. To, albo autor nie mógł się powstrzymać od przepuszczenia bohaterów przez filtr swojego (niestety, dość kiepskiego) stylu wypowiedzi. Tu już pojawia się tylko pytanie, tak samo do autora jak i do wydawcy, po co w ogóle zabierać się za reportaż skoro się nie rozumie, o co w gatunku chodzi.
Zupełnie czegoś innego się spodziewałam - jakieś głębszej analizy rynku pracy, opisania problemów, rzeczy do poprawy. A dostałam głównie opowieść o ludziach, którzy poszli na hobbistyczne studia bez uwzględnienia ekonomii i potrzeb rynku, zaskoczonych, że na tym nie zawsze można dobrze zarobić. Miałam wrażenie, że bohaterowie w większości byli mocno oderwani od rzeczywistości. Kończąc tę książkę byłam zirytowana i podłamana, ale nie rynkiem pracy, a tym, jak ludzie mogą w ogóle podchodzić do ważnych wyborów życiowych.
Historie prawdziwe, smutne, przygnębiające i otwierające oczy. Nie zdawałam sobie sprawy do czasu przeczytania niektórych z nich jak się sprawy mają. Warto przeczytać aby lepiej docenić to co się ma. Ja po przeczytaniu zaczęłam trzymać kciuki za bohaterów i im podobnych. Mam nadzieję, że jednak sytuacja z pracą w naszym kraju zmieni się kiedyś dla nich na bardziej korzystną.
Ocena głównie za język i styl. Sprawnie i dobrze się to czyta.
I teraz już wiemy jak jest, ale co dalej? Kilka historii banalnych (tak, freelancer wykonuje bezpłatną pracę pozyskując klientów), kilka smutnych w swej oczywistości (okolice kultury), a te najciekawsze niedociągnięte (Asperger).
Czyta się dobrze, ale brak analizy i myśli przewodniej wybiegającej poza "jest źle, a wolny rynek wcale wszystkiego nie wyreguluje" sprawia, że człowiek zadaje sobie pytanie, czemu właściwie ma służyć to ubolewanie nad losami tych, którym nie wyszło
Dobrze i szybko się czyta, ale to za mało. Najbardziej brakuje mi szerszego spojrzenia, a nie opowieści paru osób, z których nie ma żadnych wspólnych wniosków.
„Zawód” to książka, w której Kamil Fejfer oddaje głos osobom, którym z różnych powodów nie powiodła się kariera zawodowa. Celem takich książek zazwyczaj jest pokazanie czytelnikowi pewnych schematów i zjawisk przez pryzmat pojedynczych historii. Ważnym jest, aby pisząc taki reportaż, zachować obiektywizm i spoglądać na temat z różnych perspektyw. W przypadku tej książki nie do końca podoba mi się obraz, jaki stara się nam przekazać autor. Zgadzam się z tym, że polski rynek pracy pełen jest patologii, które utrudniają osiągnięcie zawodowego sukcesu, jednak nie uważam, że jest to jedyna przyczyna niepowodzeń bohaterów reportażu. Niektórzy między wierszami sami przyznali, że nie są bez wpływu na swoją sytuację (przykładowo każdy, kto kiedykolwiek szukał pracy przez dłuższy czas wie, że wysłanie kilkudziesięciu, może nawet stu CV, to nie jest jakiś heroiczny wyczyn). Uważam, że tytuł książki nie jest adekwatny do jej treści. Do tego, by były to „opowieści o pracy w Polsce”, brakuje mi chociażby głosu pracodawców. Bez ich punktu widzenia są to tylko „opowieści o ludziach, którym nie wyszło w pracy”. Nie odradzam lektury, bo poszczególne historie są dość ciekawe, ale nie należy spodziewać się po tej książce zbyt wiele.