Rzadki przypadek w tej serii wydawniczej, czyli opowiadania napisane ładnym językiem, posiadające ciekawe pomysły i na ogół - no dobrze, poza paroma wyjątkami - przemyślane, trochę fatalistyczne, ale i zarazem bardzo ludzkie puenty. Bałem się, że od czasu, kiedy ostatni raz czytałem coś Krzepkowskiego, nasiliło mi się krytyczne podejście do literatury i jego proza już mi się nie będzie podobała. Ale jednak nie. Facet pisał gładko, interesująco i wyraźnie wybijał się - tak językowo, jak i wyobraźnią - na tle większości ówczesnych pisarzy fantastów, w mozole wystukujących swoje niewiele warte bździny na maszynie i w te pędy zanoszących je do KAW-u lub Iskier. Tym bardziej jest dla mnie niezrozumiałe, czemu Krzepkowski tak kompletnie przepadł w czytelniczym niebycie...
"Obojętne planety" są zbiorkiem ciepłym i lekko przygnębiającym zarazem. Zebrane tu opowiadania mówią o przyszłości bardzo zwyczajnej, bliskiej człowiekowi. Nie ma tu wielkich wojen, krwawych bitew, uciśnionych przez opresyjny system społeczności, ba! - nie ma nawet wiekopomnych wynalazków czy szokujących konfrontacji z obcymi cywilizacjami. Są tylko myśli o dewastowanym środowisku naturalnym, pasma niepowodzeń oraz codzienne bolączki, dotykające przyszłych mieszkańców Ziemi. Dzięki ukierunkowania tekstów na człowieka, a nie na technikę, opowiadania czyta się przyjemnie i lekko, w czym zresztą wybitnie pomaga bogaty, potoczysty język, skrzący się drobinami humoru.
Na pewno warto rzucić okiem na dwustronicowy "Mózg", z sympatycznym, lekko zaskakującym finałem. Ładny jest minimalnie dłuższy "Deszcz", nieszablonowo podchodzący do sprawy kontaktu z przedstawicielem obcej cywilizacji. "Pierwsze stadium", dłuższe i być może trochę wątpliwe naukowo, posiada wredną, przewrotną puentę. "Odkrywca" - najdłuższy tekst zbioru - jest napisany trochę w manierze Sheckleya, z cynicznym humorem opowiadając perypetie szarego urzędnika, który chciał po prostu odpocząć od ziemskiego tłoku i ponudzić się w kosmosie, a zamiast tego co i rusz natykał na jakieś dziwne cywilizacje i osobliwe plantacje (np. krzemowych ogórków). Bardzo dobre, mocno gorzkie w wymowie jest "Nieokreślone stanowisko" o przeciętnym obywatelu, który przez dłuższy czas nie za bardzo wie, czemu został zwerbowany do kosmicznego rejsu. Równie dobry jest "Koktajl z biedronką", w sposób lekki i zabawny, ale i zarazem wredny opowiadający o załodze statku wracającej na Ziemię z dalekiego rejsu. Warte uwagi są też "Fabryka chmur", będąca czymś w rodzaju gorzkiego moralitetu, niepokojący w wymowie "Pożeracz dusz", opowiadający o Ziemi skarlałych, nękanych niedoborem protein ludzi, dla których jedynym ratunkiem są kanibalistyczne wyprawy w przeszłość, a także - chyba najlżejszy z tych tekstów - "Chatka gdzieś w kosmosie".
Trochę słabiej wypadają opowiadania "Od Ziemi" (short sprawiający wrażenie pozbawionego puenty), "Zwycięzca" (pomysł z biegaczem stymulowanym uczuciem strachu jest mimo wszystko niewykorzystany), "Moje" (niezbyt porywający dialog, chwilami więcej niż mętny), "Taniec na cztery ręce" (bitwa w kosmosie porównywana z mozolnym rycerskim pojedynkiem) oraz tytułowe "Obojętne planety" (zamysł może był dobry, ale zabrakło koncepcji na jego właściwe wykorzystanie), są to jednak opowiadania króciutkie, mające od dwóch do maksimum siedmiu stron.
Warto więc sięgnąć po Krzepkowskiego - a przynajmniej po ten zbiorek opowiadań - bo mimo wszystko jest to literatura nietuzinkowa i mądra, otwierająca oczy na otaczającą nas rzeczywistość i problemy, z jakimi z biegiem czasu cywilizacja będzie musiała jednak się zmierzyć.