Brakuje ci do raty kredytu? Nie masz na dentystę? Twoje życie legło w gruzach? To jeszcze nie koniec świata. Betrojerinką [niem. die Betreuerin – opiekunka] może zostać każda, a nawet każdy z nas. Nie trzeba mieć żadnych kwalifikacji, wystarczy zebrać się w sobie. W Niemczech przydadzą się cierpliwość, umiejętność wyznaczania granic i laptop z zainstalowanym Skype’m. Po dwóch miesiącach można stamtąd przywieźć około 10 tys. złotych i - być może - pytanie, co mnie jeszcze trzyma w Polsce. Jeśli konieczność bycia do dyspozycji starszych, schorowanych ludzi dwadzieścia dwie godziny na dobę siedem dni w tygodniu, wywołuje w nas pewien niepokój, warto dowiedzieć się, jak w cudzych domach pracuje się bohaterkom i bohaterom tego reportażu.
Betrojerinki to nie tylko opowieść o pracy setek tysięcy Polek wyzyskiwanych przez naszych sąsiadów zza zachodniej granicy, ale również o polskim państwie, które nie potrafi im zapewnić godnego życia.
Jakoś tak wyszło, że połknęłam tę książkę w ekspresowym tempie, chociaż na początku odrzucił mnie bardzo chaotyczny wstęp, a całość mocno przygnębiła. Z opowieści wiem, jak wygląda taka praca w USA, bo wiele lat wykonywała ją moja ciocia, i to naprawdę jest niewolnictwo. Może i za uczciwe pieniądze, ale z mojej perspektywy nic nie byłoby warte takiego poniżenia i wycieńczenia.
Wkurzył mnie też rozdział, w którym wypowiadał się właściciel takiej firmy pośredniczącej (stworzył dla siebie piękną laurkę, przeciwstawiając swojej krystalicznej wspaniałości jakieś hipotetyczne oszustki/naciągaczki), i końcówka z opiniami czytelników (przeważały takie z gatunku "ja mam gorzej" i "a moja siostra jest zadowolona" - nawet nie będę rozwijać wątku, bo jeśli ktoś nie rozumie, dlaczego mnie to wkurza, to nie mamy o czym gadać).
Są oczywiście w tej książce opowieści bardziej pozytywne. Zdarzają się solidni, uczciwi pośrednicy i sympatyczni, rozsądni podopieczni. Co nie zmienia niestety faktu, że większość opiekunek i opiekunów traktowana jest źle, i na pewno nie robiłaby tego, gdyby nie zmusiła ich jakaś dramatyczna sytuacja (czasem (albo i często) połączona z naiwnością, fakt, ale prawo i instytucje państwowe powinny być od tego, żeby takich ludzi bronić i dbać o ich interesy, jeśli sami tego nie potrafią).
To jest dość słaba książka. I nie mówię tu o temacie - który jest fascynujący. Ale autorka po prostu zbiera do kupy wypowiedzi różnych osób i... to tyle. Równie dobrze można byłoby przeczytać sobie te historie na jakimś blogu. Nie ma komentarza, nawet tam, gdzie swoje obserwacje wygłasza facet z agencji i można byłoby się do wielu elementów jego wypowiedzi przyczepić. Rozumiem udzielanie głosu, rozumiem oddawanie przestrzeni, ale ta książka to naprawdę po prostu przytoczenie po kolei opowieści poszczególnych osób.
Świetny reportaż. Na jego "świetność" składa się kilka elementów: wybór tematu, warsztat reporterski, język reportażu. Książka nie tylko daje wgląd w doświadczenia i sytuację opiekunek_ów w Niemczech, lecz również stawia ważne pytania o współczesną Polskę. Socjologiczne oko i wrażliwość połączone z dobry reporterskim warsztatem i umiejętnością pisania. Czego chcieć więcej?