Brak mi już słów zachwytu nad tym autorem, którego lokuję gdzieś między niezależnymi twórcami pokroju Liama Cobba, Joe Kesslera czy Dasha Shawa (szczególnie w "New School"). "Showtime" to dosyć surrealistyczna historia, kapitalnie skomponowana i postawiająca mnie z silną potrzebą ponowienia lektury.
Podobnie jak w "Mutiny Bay", gdy już poskładałem fabułę w całość, zacząłem dostrzegać siłę minimalistycznego stylu, obejmującego zarówno tonące w odcieniach szarości malarskie kadry, jak i pozorne bohomazy, tworzące sugestywne obrazy kilkoma grubymi liniami. Wszystko podporządkowane czarowi historii, mówiącej zresztą o słynnym magiku. Rzeczywistość miesza się z poetyką snu, nadnaturalizm na płaszczyźnie graficznej i fabularnej dawkuje niepokój. Autor znów bawi się perspektywą, a całość podporządkowuje kompozycji szkatułkowej, której ramę stanowi opowieść z perspektywy szczura, zwracającego się do czytelnika i burzącego czwartą ścianę. Przy tym wszystkim nie jest to komiks ani przez moment przeintelektualizowany, a raczej dostarczający czystej przyjemności, dzięki perfekcyjnemu opanowaniu języka medium.
Po dwukrotnej sesji odkładam na półkę z zachwytem, czekając na więcej.