Zimowy wieczór jest senny, magiczny i pełen cudów. Jak życie…
Momo ma dwadzieścia osiem lat i żyje w gorsecie własnych ograniczeń. Nie pije kawy, nie patrzy ludziom w oczy, nie kupuje kolorowych ubrań, boi się podróżować. Ma za sobą nieudane małżeństwo i skomplikowane relacje z ojcem. Jej światem jest sztuka – Momo projektuje biżuterię i meble z recyklingu.
I wtedy pojawiają się sny. Są jak pomost łączący noc z dniem. Próbują jej coś powiedzieć, kłują palcem, puszczają oko. Stają się pośrednikiem między Momo a prawdziwym światem, który ją otacza. Wyznaczają jej kolejne zadania, które musi wypełniać, żeby pójść dalej. Czas kończy się wkrótce...
'Człowiek coraz częściej próbuje uciec od banałów, aby nikt nie posądził go o infantylizm, a jednak to właśnie banalne kawałki życia dają najwięcej szczęścia. Są jak zachody słońca. Zawsze rozmiękczają mięśnie i łagodzą nawet najbardziej nieprzyjemne doświadczenia. Wyciszają, każą machnąć ręką na całą resztę.'
Może brzmieć to niewiarygodnie, ale jest to chyba jedna z moich ulubionych książek. Trafiłam na nią zupełnie przypadkiem, zauważyłam w księgarni będąc w wieku nastoletnim i po szybkim przejrzeniu, impulsywnie kupiłam. Nie wiem do końca co takiego w sobie ma - jest napisana dość nowoczesnym językiem, daleko jej od klasyków, które ja zazwyczaj preferuję. Ale dla mnie ma w sobie poczucie duńskiego hygge - poczucia komfortu, przytulności. Jest jedną z niewielu książek które czytam co roku przed świętami. Możliwe, że przyciągnęła mnie postać Momo - znajdywałam pewne podobieństwa, wzory. Być może utożsamiałam się z nią w niektórych kwestiach, rozczuliła mnie jej historia. Nie wiem, ale naprawdę lubię tę książkę.
Książka jest lekka, całkiem zabawna momentami, taka na luźne wieczory.
Momo, czyli główna bohaterka była przez całą książką taka, jak jej ksywka - rozmemłana i nijaka. Jej matka Pati, ze specyficzną profesją, ciotka Rebeka o barwnym stylu życia i bycia, Mila, Seweryn, Ksawery, Lena... Każda z tych postaci była dobrze skonstruowana, ale jednocześnie każda była zbyt oryginalna. W "Dwunastu niedokończonych snach" oprócz tytułowych dziwnych snów, mamy do czynienia w wieloma absurdami i totalnie nietrafionym w moje poczuciu humoru. Sięgnęłam po ten tytuł ze względu na Boże Narodzenie w tle, ale okropnie się wymęczyłam. Jak przy żadnej innej świątecznej książce dotychczas. Ani akcja, ani bohaterowie - no nic mnie tu nie zachęcało do lektury.
Główna bohaterka Momo jest z skrytą a wręcz ukrytą osobą. Można stwierdzić, iż odcieła się od świata. Całym jej życiem jest sklep, który prowadzi, gdzie sprzedaje biżuterię i meble, które sama robi. Ma za sobą nieudane małżeństwo, oraz skomplikowane relacje z ojcem, który ją zostawił. Momo unika kontaktu z ludźmi, boi się podróży i zmian, a ubiera się tylko w czerń. Lecz w jej snach zaczynają pojawiać się przeróżne kolory, a najbardziej intryguje ją mężczyzna w zielonym swetrze. Jej sny próbuję coś powiedzieć, wyznaczają zadania, które musi wypełnić na jawie, lecz ma ograniczony czas. Może i książka jest poniekąd świąteczna, lecz moim zdaniem(jak już wspominałam) można ją przeczytać zawsze, bez różnicy jaka to pora roku. Serdecznie polecam, czyta się szybko, wręcz nie mogłam doczekać się kolejnego snu, oraz tego co za sobą niesie. Wspaniała historia kobiety, która stara się ukryć przed światem, lecz los ma dla niej inne plany.
Ktoś powiedział kiedyś, że nic nie jest tylko czarne i białe. Chyba nigdy nie poznał Momo. Jej bardzo zorganizowanego, minimalistycznego życia. Wszystko jest takie poza jej pracą. Czytając, widzimy jak mocno przeszłość ją ukształtowała. Stopniowo odkrywamy różne karty i całość nabiera ostrości i coraz więcej sensu. Postać Momo zdecydowanie do mnie przemawia. Bardzo ją polubiłam. Zresztą nie ma bohatera w tej historii, którego bym nie polubiła. Oni wszyscy są najlepsi! Mama Momo — Pati maluje nieboszczyków. Nieźle. Dalej ciotka Rebeka. Kobieta rakieta. Bezpośrednia i po prostu równa z niej babka. MILA! Ta sam Mila, co w "Biurze przesyłek niedoręczonych". Też bym chciała, żeby pojawiła się w moim życiu i lekko w nim zamieszała.
Wspaniała historia o szukaniu siebie. Jak podświadomość szturcha nas, żeby w końcu się obudzić i coś odkryć.
Jak to Rebeka ujęła „koło zamachowe ludzkich relacji” było w tej książce bardzo potężne, bo typowo każdy z każdym miał jakiś związek. Do tego bardzo duże znaczenie mają tutaj sny. W jednym momencie aż mnie trochę zirytowało, jak to wszystko aż za ładnie się przeplata, ale ostatecznie historia okazała się świetną lekturą. Może nie typowo świąteczną, ale na pewno odpowiednio cudowną. Mam nadzieję, że doczekamy się kontynuacji tej historii.