Gdy po śmierci Chrisa Reynoldsa spytałem o jego twórczość na jednej z komiksowych grup facebookowych, spotkałem się z zerowym odzewem. Trudno wymagać, by polski czytelnik znał dorobek autora, który od lat 80. uchodzi za kultowego, ale raczej w niezależnym obiegu związanym chociażby z magazynem „Escape”. Tak naprawdę pierwsza próba pokazania bardzo specyficznej sztuki Walijczyka szerszemu gronu to wydanie „Mauretanii” przez „Penguin Books” w 1990 roku, ale póki co najwięcej dla tej sztuki zrobił Seth, oddając hołd artyście w poświęconych mu artykułach i mając poważny wkład w stworzenie opisywanego zbioru.
Świat po wojnie, którą ludzkość prawdopodobnie przegrała, nowa religia działająca po części na zasadach hipnozy, tajemnicza organizacja czy tajna policja pilnująca porządku - rzeczywistość Mauretanii ucieka przed logiką i realizuje charakterystyczną dla marzeń sennych poetykę, w której najbardziej niespodziewane czy bezcelowe zwroty akcji wydają się uprawnione, a które dziwią nas dopiero po przebudzeniu.
Bohaterowie stale przeczuwają, że coś w danej sytuacji czy miejscu jest nie tak, że coś się już kiedyś odbyło, że dzieje się dziwnie szybko, znika albo pojawia w jakimś przedziale czasowym. Za tym idzie melancholia i sentymenty związane z miejscami. W „Endless Summer Wells” to właśnie powrót do miasta związanego z przeszłością jest źródłem szczęścia. W „Dial” Reg wraca po wojnie do domu, wokół którego rozpoczęto dewastujące środowisko prace wydobywcze. Mężczyzna jest w stanie wzbić się ponad rzeczywistość, przejść do czegoś na kształt świata równoległego, w którym jego rodzina nadal czeka, aż wróci z wojny. W „Hello” nagle pojawia się kobieta, którą rzekomo pochowano, jakby korzystając z możliwości naginania czasoprzestrzeni. Jak to się stało? Skąd te możliwości? Tego czytelnik się nie dowie. Z kolei w poetyckim „Sunbuilt” obserwujemy budynek, w którym utkwił profesor, gdy lata temu odkrył maszynę do podróży w czasie. Wynalazca dosłownie zastygł w drodze do przyszłości. Właśnie ta poetyckość jest kolejnym ważnym czynnikiem opowiadań - w „Cinema Detectives” dochodzenie na temat znikających budynków kończy się konstatacją, że być może po prostu czasem się one starzeją i umierają w samotności.
Zastanawia postać Monitora i jego naśladowcy (we wstępie pojawiają się sugestie, że być może symbolizują Boga i Chrystusa). Obaj jakby z przyszłości, ale wyglądający archaicznie - jak kosmiczni bohaterowie starych opowieści w charakterystycznych (niemal sportowych) kaskach. Pojawiają się w różnych sytuacjach, imają różnych zajęć, najprawdopodobniej powierzonych przez kogoś jeszcze wyższego rangą, na co wskazują niewyjaśnione próby nawiązywania kontaktu czy poruszanie się według niewidocznych, lecz jakby wytyczonych ścieżek. Ich zaangażowanie w nadzorowanie likwidacji szkodliwych przedsiębiorstw, czy koneksje z instytucjami zajmującymi się zamykaniem kopalń wyglądają jak echa polityki Margaret Thatcher lat 80., choć tak naprawdę w żadnym tekście interpretacyjnym czy wywiadzie z Reynoldsem, jakie czytałem, o takim kontekście nie wspomniano. Ci Bohaterowie jako jedyni mają tu nad czymś kontrolę. Ich nieuchwytność i tajemniczość wskazuje jednak na siłę jeszcze wyższą, która w pewnych momentach nimi steruje i z którą się komunikują.
Nieco mroczny charakter całości wskazuje na coś w rodzaju złowrogiego powojennego świata (częste widoki samolotów odrzutowych, elementy kontroli, eksploatacja środowiska), ale Reynolds wspomina, że to nie miała być dystopia, czego dowodzą choćby elementy humorystyczne. Całość zawiera cechy science fiction czy opowieści detektywistycznych, nie będąc jednocześnie żadnym z nich.
Grafika zdobiąca te opowieści to coś, co zachwyciło Setha i trzeba przyznać, że po bliższym poznaniu faktycznie wydaje się ona wyjątkowa. Grube linie tuszu nadają całości ciężaru, często tworząc efekt drzeworytu. Tła zastygają w bezruchu, a fantastyczne budowle sąsiadują z „tradycyjną” przedwojenną architekturą. Ucieczka od szczegółu, przewaga czerni, wreszcie inspirowane malarstwem Edwarda Hoopera kompozycje obrazów w kadrach nadają całości mocno artystycznego wydźwięku. Reynolds był też twórcą filmowym, co w połączeniu z fascynacją czarno-białymi komiksami wojennymi sprzed lat dało hipnotyzujący efekt.
Ta sztuka ucieka przed klasyfikacjami. „The New World” zawiera opowiadania, które samodzielnie mogą przyprawić o konsternację, a razem tworzą świat pełen powiązań, ale też luk, niedopowiedzeń i tajemnic, których czytelnik nigdy nie wyjaśni do końca. Wejście w niego to godzenie się na dawkę surrealizmu, absurdu, błądzenie wśród sennych paradoksów i niewyjaśnionych motywacji. Twórca utkał te historie z tajemnicy i nawet jeśli w ten sposób zachęca do kolejnych lektur, czytelnik nie ma szans, by złożyć wszystkie elementy układanki, bo ta jako całość prawdopodobnie nie istnieje. Sugestia Setha, by stale wracać do lektury, odkrywając jej kolejne aspekty, lecz ze świadomością, że całkowitej prawdy nigdy nie poznamy, wydaje się chyba najrozsądniejsza
(Tekst ukazał się na facebookowej stronie "Magazynu kreski")