Słabo, gorzej, JLA w DC Rebirth.
Drugi tom niejako potwierdza, że autorowi nie wychodzi prowadzenie tak zróżnicowanej grupy, w której Batman jest tak bardzo niepotrzebny, a najmocniejszą stroną są relacje pomiędzy bohaterami, w tym przypadku Killer Frost i Ray (nowy, młody Atom), który stara się pomóc w przełamaniu jej dolegliwości. Przy okazji widać, że ich relacja zaczyna nabierać rumieńców. I to jest fajne. Dalej uczucia Xenosa też stanowią istotny filar drugiej części tego zbioru.
Moim głównym zarzutem są czarne charaktery. Wyglądają dobrze i na tym się kończy. Począwszy od odmiany Tarzana w wersji DC, który od tak powraca, aby zemścić się na rodzinie, która lata temu pozwoliła umrzeć jego matce, a jego pozostawiła na pewną śmierć. Mo i porozumiewa się perfekcyjnie, tak jakby cała sytuacja miała miejsce miesiąc wcześniej, a nie lata...
A kiedy na arenę wkracza tytułowy "Rzeźnik królów" sytuacja nie ulega polepszeniu. Co prawda wyglądem ten przeciwnik przebija człowieka z dżungli, ale już jego motywacja jest płaska/wtórna. Niemniej to tutaj mamy szereg całkiem niezłych starć, ale to zdecydowanie za mało, aby mówić tu o wzroście jakości całości. I co tu się dzieje z Lobo? Miejscami czuć, że to ten gagatek, ale gdzieś indziej bywa tak odmienny od przyjętej wersji postaci. Dziwi mnie to, bo ludzie narzekali na chudszego Czernianina z New 52, ale tamten miał przynajmniej więcej wyrazu.