Kiedy czytam sobie opinie o "O zmierzchu" to myślę sobie, że: mhm, byłoby dobrze jakby to właśnie o tym było. Tyle że nie jest.
Generalnie - ani ta książka nie jest dobrze napisana, ani oryginalna, ani odkrywcza, ani to powieść feministyczna. Nic nowego (w kontekście światka uniwersyteckiego czy artystycznego) pani Bohman nie powiedziała, coś tam próbowała pokazać po łebkach. Nawrzucała do powieści zupełnie niepotrzebne pseudonaukowe fragmenty, "watę słowną", jeszcze bardziej się rozdrabniając. Ostatecznie wyszła jakaś przedziwna mieszanka treści, obraz kobiety, która jest chodzącą niespójnością, z jednej strony ma, jak rozumiem, uchodzić za silną, niezależną, wykształconą, etc., z drugiej - jej uwieszenie na mężczyznach przyprawia o lekkie mdłości.* Nie łamie żadnych stereotypów, a za taką bohaterkę uchodzi w czytanych przeze mnie recenzjach.
*Jak teraz to piszę to pomyślałam sobie, że tę jej niespójność można uznać w sumie za jedyny udany motyw powieści. Jeśli uznać to za efekt zamierzony. Bardziej jednak prawdopodobne, że to po prostu zła konstrukcja postaci.
I ostatnia rzecz - ta książka to dla mnie historia, która nigdy się na dobre nie zaczęła. Lekko rozmemłany wstęp przeciągnął się aż do ostatniej strony. Za dużo tam chaosu, niepotrzebnych pseudonaukowych i artystycznych wtrąceń, które ani to czegoś czytelnika uczą, ani coś wnoszą do fabuły, a za mało świadomości, co się właściwie chce przekazać. Niespójna, słaba literatura moim zdaniem.