Zacznę od metafory, by wyjaśnić, dlaczego moim zdaniem ta książka zasługiwałaby na dwie gwiazdki, ale ja daję jedną: otóż Pochłaniacz autorstwa Katarzyny Bondy jest jak oszukańcza czekoladka z bombonierki. Wygląda nawet ciekawie, ma jakieś wzorki, nieźle pachnie. Nie oczekujesz po niej jakości czekoladek Lindt, ale może chociaż mogłaby stanąć obok czekolady Magnetic z Biedronki. Potem gryziesz, przez chwilę czujesz wyrób czekoladopodobny, potem zaś REGULARNE GÓWNO. Czy też kałomocz, gdyż to słowo bardzo lubi pani Bonda. W każdym razie: ta książka jest gównem. Już mówię dlaczego. I nie, nie dlatego, bo akcja dzieje się w Sopocie. Sopot śmierdzi, aczkolwiek nie aż tak jak Pochłaniacz.
Zacznijmy od stylu. Styl nie jest zły. Nie jest też dobry. Powiedziałabym, że stylu są tam szczątkowe ilości. Książkę czyta się szybko przez krótkie zdania, aczkolwiek zaraz musisz do nich wracać, bo same sobie przeczą. Albo autorka gubi podmiot. Albo gubi w ogóle sens akapitu, bo ktoś coś tam mówił, ale Bonda zaplątała się w swojej dygresji o świetle lampy i nagle bum! znowu mówi jakaś osoba. Niewymieniona z imienia. Kto to niby jest? Trzeba sprawdzić - no to wracam. I jadę dalej. Mogłabym tak godzinami wymieniać, co tam jest technicznie nie tak: powtórzenia, dziwaczne konstrukcje, naprawdę wątpliwe sformułowania. Odpuszczę sobie. To powinna wyłapać redakcja, nie zaś ja, kiedy po raz dziesiąty tego samego popołudnia łapię się za głowę. W pewnym momencie już ignorowałam błędy, żeby dojść do końca i móc to odhaczyć.
Kiedy już przestałam robić przystanki, żeby ponarzekać na zagubione podmioty, narratorów czy powtórzenia tak oczywiste, że wyłapałoby je dziecko z podstawówki - zaczęłam pochylać się bardziej nad treścią. Oh boy... wolałam już kląć na beznadziejną korektę. Redaktor, który tę książkę czytał, najwyraźniej bał się powiedzieć pani Bondzie "wywal to". A powinien. Wtedy mielibyśmy MOŻE zgrabny kryminał na 300 stron. Ale nikt nic nie wywalał, toteż mamy: origin psa wąchającego szmatę przez dwie strony; origin ukraińskiej sprzątaczki, która musi coś podsłuchać; origin każdego męża, drugiej żony, menela i jeszcze pewnie gołębia, gdyby musiał nasrać na odpowiednią osobę. Każdy musi mieć jakąś historię, która mnie jako czytelnika nie obchodzi wcale - może obchodziłaby w obyczajówce, ale w historii kryminalnej? Mającej trzymać w napięciu? Takiej, która powinna cechować się dynamiką; dynamiką tutaj zagubioną w historiach wnoszących tyle, co nic. W pewnym momencie byłam tak zagubiona, że przestało mnie obchodzić kto i dlaczego zabił. Miałam ochotę napisać autorce wiadomość, w której zawarłabym tylko link do piosenki o tytule "Shut up". Klawisz "Delete" nie gryzie. Naprawdę. Sprawdzałam.
Główna bohaterka, Sasza, również taki origin dostaje, oczywiście. Nie martwcie się, potencjalni czytelnicy, jest długi. Może nie zbędny, ale tak durny! TAK DURNY! że musiałam odłożyć książkę, żeby się wyśmiać, a potem opowiedziałam przyjaciółce, żeby pośmiała się ze mną. Ostatnio tak się śmiałam na czymś, co było zabawne specjalnie, nie niechcący. Pomijając origin, Sasza jest tak bezbarwna mimo starań Bondy, że mnie to aż przerażało. Podejrzewam, że miała też mniej czasu na kartach książki niż obu Waldemarów (a było ich chyba nawet trzech, nie wiem, zgubiłam się, sorcia), ale nie liczyłam. Tak czułam. Sasza widzi fakultety po twarzy, jest kretynką, ale i tak wszystko wie, bo musi, bo pani Bonda jej powiedziała. Nie umiem nawet powiedzieć, że Saszy nie lubię. Skłamałabym. ONA MNIE NIC NIE OBCHODZI. Jak ma mnie obchodzić karton z historią alkoholizmu, ciocią Adą i intuicją pięcioletniego dziecka. Nie, sześcioletniego. Bo to jej córka trochę wpadła na rozwiązanie sprawy, ale no spoilers. Kolejna scena, którą obśmiałam w przerwie od czytania. Anyways, nie da się Saszy lubić, gdyż nie da się nawet przejąć jej istnieniem.
Oprócz głównej bohaterki mamy galerię postaci: policjanta o pseudonimie Duch, który w 1/3 książki zmienia nagle charakter i wypowiada się jak szesnastolatek spędzający wolny czas na piciu monsterka z byczkami; bliźniaków Wojtka i Marcina, których myliłam cały czas, bo autorka używała w ich wspólnych scenach synonimu MĘŻCZYZNA (bardzo pomocne, pani Kasiu); komendanta Waligórę bez charakteru, którego wyobrażałam sobie jako męża Agnieszki Smoczyńskiej, co odróżniało go od innych facetów; Bulego i jego żonę Tamarę - sorry, oni tam byli, on miał karczycho, ona była Serbką. A!!! Jeszcze Łucja. Pani Bonda chyba jej nie lubiła, więc jest to moja ulubiona postać, bo niechcący jej wyszła. Miała nawet ciekawą narrację i zalążek charakteru. Napiszę o niej fanfika, watch me.
Treść jest tak chaotyczna, że nie wiem, czy pani Bonda miała plan na książkę, czy posklejała sobie randomowo napisane narracje. Niektóre rozdziały mają dwie strony. I mają origin psa. Książka wygląda jak patchwork i próbuje upiec kilka pieczeni na jednym ogniu. Doceniam research, upchnięto tutaj naprawdę sporą wiedzę z zakresu prawa, administracji czy kryminologii (pozdrawiam jako wykształcona w tym kierunku), więc daję plusika. Ale fabularnie, jako cała konstrukcja to leży i kwiczy. W pewnym momencie nie wiedziałam kto jest kim i czego chce, kto kogo zabił, czyją jest córką, mężem, babcią siódmej wody po kisielu szwagrem cioci wujka Waldemara. A czy mnie to obchodziło? Nie. Stękałam "no dalej" i czekałam na koniec. Nie wiem czy zakończenie mnie satysfakcjonuje. Chyba nie. Bo mam je gdzieś. Jest podwaliną pod kolejne tomy - ale żeby je czytać to musiałabym nie walić głową o ścianę przy czytaniu pierwszej części.
Ach, dałam wyżej plusika, co nie? Otóż zabieram go karnie za nielubienie osób troszkę grubszych. Skąd ten wniosek? Każda pani odstająca od jakiejś wizji autorki jest "dobrze odżywiona" "ledwo się toczy" "ma potężne łydki". Sorry, kiedy zestawiasz to z talią osy albo przydługą dygresją, że Saszka to ma super przemianę materii, a wpieprza makaron w nocy to... BARDZIEJ OSTENTACYJNIE NIE LUBIĆ OSÓB O ROZMIARZE 40+ SIĘ NIE DA. Oberwało się też Wietnamczykom i innym "żółtkom". W narracji Ducha, bo to byczku od monsterka i karmi zezowatego kota sześciodniowym tuńczykiem. MNIAM.
Nie polecam. Chyba że ktoś lubi słowotok i miasto Sopot. JA NIE LUBIĘ. NIE CIERPIĘ. ŻEGNAM OZIĘBLE, PANI KATARZYNO.