Walt Disney, Tomi Ungerer i Saul Steinberg z objawami depresji i wypalenia zawodowego spotykają się w ekskluzywnym centrum rehabilitacji "Von Spatz". Brzmi wystarczająco abstrakcyjnie? To dobrze, bo całość to właśnie trochę śmieszna, trochę smutna, ale przede wszystkim absurdalna relacja z próby chwilowego ustabilizowania życia płodnych artystów. Po części jest to list miłosny i hołd Anny Haifisch oddany jej idolom, po części granie znanymi postaciami, by wykreować ulotną słodko-gorzką rzeczywistość, którą momentami naprawdę trudno dookreślić. Nie każda historia ma tu pointę, nie każdą da się literalnie "zrozumieć", często czytelnik musi odczytywać te miniaturki bardziej intuicyjnie niż "na logikę", ale jest coś cholernie intrygującego w tym maleństwie. Być może to efekt operowania ograniczoną paletą kolorów, która wynika z fascynacji autorki techniką sitodruku i zestawianie barw pozornie "gryzących się"? Może to te enigmatyczne postacie noszące w sobie mnóstwo zagadek i smutku? Nie wiem, ale jakaś forma snobizmu każde mi napisać, że to rzecz dla specyficznego odbiorcy, szukającego w komiksie czegoś absolutnie unikatowego, co trzeba sobie z treści i formy po kilkukrotnej lekturze dosłownie wygrzebać. Jestem zauroczony