Polska fantastyka na najwyższym poziomie. Tutaj wypełniają się proroctwa, ziszczają się marzenia i koszmary, pod skorupką codzienności kryją się tajemnice, a po zmroku ze snu budzą się istoty, z którymi nikt nie pragnie spotkać się twarząw twarz. Mag-szermierz Lloyd zmierzy się ze swoją mroczną przeszłością. Błyskotliwy informatyk Timothy wyjdzie poza wirtualny świat. Narcystyczny rockman Gabriel wreszcie zacznie podejmować własne decyzje. Razem z zakonnicą Weroniką, wiekowym Krzysztofem oraz niespodziewanym przybyszem z odległych stron stawią czoło mitycznym bestiom oraz dawnym – i nowym – wrogom. Czy znajdą odpowiedzi na zagadki, jakie zostawiła po sobie legendarna Kaja Modrooka? I czy Eunice wyjdzie zwycięsko z próby, jaką postawi przed nią los?
----- I do not rate books because I don't like the star system. I think that our world is overly concerned with metrics and leaves little place for discovery, wonder, and straying off the beaten path, so this is my small rebellion.
I read in Polish, English, and (rarely) French. I pick my lectures like a caveman (cavewoman) - because it was there and I happened to be in the mood for that. I might have a phase for a certain type of novel, and then pick something entirely else, so be warned - it's eclectic in here. ----
Nie wystawiam ocen liczbowych, bo nie lubię gwiazdek. Uważam, że współczesny świat kładzie wiele nacisku na oceny liczbowe, przez co zabiera przestrzeń nowym odkryciom oraz zniechęca do podążania mniej utartymi szlakami. Nie chcę się sprzeczać, czy mam rację. To mój mały bunt.
Czytam po polsku, po angielsku i (nieco rzadziej) po francusku. Wybieram lektury jak kobieta jaskiniowa - leżało w okolicy i taki miałam kaprys, więc podniosłam. Mogę mieć fazę na jakiś typ powieści, a potem wybrać coś z zupełnie innej beczki, więc ostrzegam - jest tu trochę eklektycznie.
Chwała Wielkim Przedwiecznym, skończone. Nigdy nie sądziłam, że będę się tak męczyć z książką Janusz. Postaci są ok, świat przedstawiony jest ok, fabuła jako tako daje radę, chociaż na łopatki nie rzuca, homofobia nie jest ok.
Jeszcze kilka lat temu powieść Aleksandry Janusz-Kamińskiej miałaby szansę wyróżnić się na tle rodzimej literatury młodzieżowej, natomiast dzisiaj to kolejna opowieść podgatunku fantasy, zagubiona pośród wielu podobnych tytułów. Czytając "Dom wschodzącego słońca" można odnieść wrażenie, że to wszystko już było, a każdy motyw, każdy element został już przerobiony i przemielony setki razy w popkulturze w ostatnich latach. Stereotypowi bohaterowie, których odnaleźć można w każdej fabule opartej o schemat urban fantasy, ich znajome zachowania i motywacje, jakie nimi kierują. Nawet same charaktery, które przypominają czarno-białe, przerysowane postacie gier komputerowych sprzed kilku lat, dla których nie ma miejsca na odcienie szarości. Wokół nich magiczne istoty spętane w uścisku odwiecznej wojny światów, pędzące ku swojemu przeznaczeniu. Znamy dobrze ten schemat, nic się tu nie zmienia.
Komu przyjdzie jednak natrafić na ten tytuł, a nie zna jeszcze prawideł rządzących uniwersum współczesnej fantastyki - niech spróbuje, niech przekroczy próg "Domu wschodzącego słońca" i pozwoli ponieść się jego poczciwej magii. Kto jednak niejedną młodzieżową opowieść urban fantasy ma już za sobą, ten niestety może nie poczuć tej satysfakcji.
Aleksandra Janusz znów pokazuje, że światotworzenie wychodzi jej świetnie. Co prawda zasady rządzące światem i mocami magów nie są tak ściśle wyłożone jak np. w Kronikach Rozdartego Świata, przez co trudno ocenić, na ile działania bohaterów są łatwe lub wręcz przeciwnie, wiele ich kosztują, ale książkę i tak czyta się dobrze. Bohaterowie są sympatyczni, dialogi wartkie, a fabuła interesująca. Jedyny rozdźwięk jaki miałam to fakt, że akcja dzieje się w miasteczku, które (jak mniemam) ulokowane jest gdzieś w Stanach. Może to kwestia języka, a może pewnych sformułowań, czy opisów, zarówno logistycznych jak i kulturowo-społecznych, ale wciąż miałam wrażenie, że czytam o polskim miasteczku i polskich bohaterach, a nie mieszkańcach USA. Mimo to chętnie sięgnę po dalsze losy Eunice i Spółki.
Już dawno nie męczyłam się z książką tak bardzo, jak z Domem Wschodzącego Słońca.
Bohaterowie w większości mówią tym samym głosem. Gdyby pozbyć się stereotypowych zarysów postaci (co ma swoje usprawiedliwienie w fabule), praktycznie każdy z nich zlewa się w jedną osobę. Poznanie przeszłości magów nie nadaje im jakiejkolwiek odrębności; większość "lore" jest dodawana w bardzo losowych momentach w bardzo losowy sposób. Spora część ważnych fabularnie miejsc i organizacji albo nie jest wytłumaczona, albo otrzymuje chwalebne dwa zdania opisu. Czytelnik musi dopowiedzieć sobie większość informacji, które tak bardzo dodałyby poczucia osadzenia w fantastycznym świecie i jego fabule! Akcja toczy się bardzo szybko. Brakuje jej czasu na rozbudowanie niektórych wątków, a czasem nawet na zbudowanie napięcia, dlatego większość rzeczy wybrzmiewa dość... płasko. Sporym problemem jest dla mnie sposób przedstawienia przemocy seksualnej oraz postaci kobiet "spod ciemnej gwiazdy". Osobowość każdej z nich złożona jest z dwóch, przeważnie większych rozmiarów piersi, zarysowanych bioder, świetnych nóg oraz braku bielizny.
(Jedyne co mogę teraz zrobić to odpalić yt i posłuchać ukochanego house of the rising sun. Nawiązanie do niego było moim głównym powodem sięgnięcia po tą książkę.)
Ale mi się to dobrze czytało! Filarami książki są postacie i to mi prztyka rozkosznie w strunę mojego czytelniczego serca, rozkochanego w fajnych postaciach i skomplikowanych interakcjach między nimi. Nie przeszkadza mi w związku z tym to, co niektórym recenzentom - że fabuła pojawia się w drugiej części książki, a wcześniej mamy rozbudowane przedstawienie świata i bohaterów. Poproszę o dużo, dużo, dużo więcej Eunice i jej matki. I Emily Spencer! To kiedy wychodzi "Mandala"?
It was a good read, but still, I've got this feeling that something is missing. I couldn't feel that bookish fire in those stories. But I know that was first novel by the author, so I can understand those bad moments and construction.
Świetna książka. Na początku niezbyt zachęcała mnie do czytania, a teraz w ogóle nie żałuję że doczytałam ją do końca. Postacie jak i sam pomysł są świetnie napisane. Gorzej jest tutaj z fabułą, bo wątku głównego przez pewien czas w ogóle nie było widać. Książka długo się rozkręca, ale później wchodzi na całkiem wysoki poziom. Jestem pewna że jeszcze będę do niej wracać.
Są książki, które zachęcają mnie do siebie samą okładką. Wiecie, w ten sposób natknęłam się na mojego ukochanego autora – bo uznałam, że ma ładne grafiki na okładkach. A gdy zobaczyłam Dom Wschodzącego Słońca, to szczerze się zakochałam. Przeczytałam opis i uznałam, że będzie to ciekawa książka z kategorii urban fantasy. Czy faktycznie to otrzymałam?
Dom Wschodzącego Słońca to tak naprawdę cztery opowiadania, które skupiają się na poszczególnych postaciach przedstawiając w ten sposób ich historię. A przynajmniej śmiało można tak powiedzieć o pierwszych trzech „rozdziałach‟, ponieważ czwarty odebrałam jako zawiązanie akcji dla faktycznej fabuły tej serii. Przyznam szczerze, że mam bardzo mieszane uczucia co do fabuły. Z jednej strony książkę czytało mi się szybko, sprzyja temu przyjemny styl Aleksandry Janusz. Jednak z drugiej musiałam oddawać się lekturze tej powieści na raty.
Wiele razy możemy zauważyć pewien chaos w historii, a przynajmniej ja go odczułam. Szczególnie w drugim opowiadaniu, gdy przez chwilę nie potrafiłam się połapać, co się tyczy przeszłości, a co teraźniejszości. Niektóre wątki wrzucane są nagle i w dużej ilości. Przez to czytelnik potrzebuje wyjątkowo skupić się na tym, co czyta, aby znaleźć sens. Z czasem wątki zaczynają się zazębiać i znajdujemy w tej odcinkowości pewną spójność, jednak oczekiwałabym jej trochę więcej, aby lekturę określić mianem w pełni przyjemnej.
Za największy atut uważam świat przedstawiony w powieści. Jest on niesamowity! Już kiedyś słyszałam, że Aleksandra Janusz ma ogromną wyobraźnię jeżeli chodzi o tworzenie systemów magii, jednak dopiero w trakcie lektury Domu Wschodzącego Słońca przekonałam się o tym na własnej skórze. Świat magiczny posiada własne zasady, hierarchię, jest pełen mitycznych istot, które również charakteryzują się własnym kodeksem. Skupmy się jednak na magach, którzy mają największe znaczenie dla tej historii: ich zdolności są świetne. Aleksandra Janusz wyszła poza schemat miotania kulami ognia na rzecz stworzenia (między innymi) cybermagów oraz szermierzy. Ten pierwszy typ magii podbił moje serce od pierwszych stron, więc liczę na więcej Timothiego w następnym tomie.
Bohaterowie są barwni i różnorodni. Każda postać ma zupełnie inny charakter, posługuje się nieco innym rodzajem magii, ma za sobą inną historię i doświadczenia. Tworzą niezwykle kolorową grupę, która w zaskakujący dobry sposób znajduje wspólne podłoże do rozmów. Są dla siebie jak rodzina mimo licznych różnic. Praktycznie każdą osobę z osobna polubiłam i żałuję, że nie zostało im poświęcone więcej czasu. Zakładam jednak, że więcej dowiemy się o nich w kontynuacji.
Nie bez powodu użyłam wcześniej zwrotu „praktycznie każdą‟, ponieważ była jedna postać, której jakoś nie potrafiłam pozytywnie odebrać. Eunice, główna bohaterka była dla mnie już czymś zbyt wielkim do polubienia. Mimo że z czasem przyjęłam do wiadomości motywy, które nią kierowały, to w dalszym ciągu jej zachowanie nieco wykraczało poza moje rozumowanie. Była dla mnie za rozwydrzona, a jej buntowniczość była irytująca.
Pod koniec Domu Wschodzącego Słońca miałam podobne odczucia, jak w trakcie lektury Dwóch kart Agnieszki Hałas. Świat przedstawiony jest świetny, ale fabularnie dostrzegam chaos. Kolokwialnie mówiąc: momentami miałam wrażenie, że nie ogarniam. Mimo to sama końcówka sprawiła, że jestem zaciekawiona tym, co wydarzy się w następnym tomie. Pozostaje mi liczyć, że podobnie jak w przypadku Teatru węży z czasem po prostu będzie lepiej. Tym bardziej, że Dom Wschodzącego Słońca to debiut sprzed dwunastu lat po drobnej korekcie. Wierzę, że kolejny tom może być o wiele lepszy jakościowo, ponieważ będzie pisany z większym doświadczeniem autorki.
Jak możecie zauważyć, mam dość mieszane uczucia względem tej książki. Dostrzegam jej liczne atuty, jednak nie sposób przymknąć oko na pewne wady. W historii panował pewien nieporządek i czasami czułam, że czegoś mi brakuje. Jednakże końcówka tomu dała mi nadzieję, że to coś pojawi się w kontynuacji. I pozostaje mi się trzymać tej nadziei.
Styl autorki okazał się na szczęście prosty, biorąc pod uwagę, że podejmuje się ona tłumaczenia zagadnień fizycznych opisujących jej świat wymyślony. Dialogi nie wyglądały sztucznie, a używana momentami łacina podwórkowa pasowała do sytuacji - w końcu mamy do czynienia ze zbuntowaną nastolatką, brak przekleństw byłby wręcz nieco dziwny.
Jedyną rzeczą nie pasującą mi zupełnie do całości były imiona i nazwa miasta. Jakoś tak ta opowieść pasowałaby mi do akcji umieszczonej w Polsce, miała taki nieco swojski klimat, a działa się w wymyślonym mieście o nazwie Farewell, które mimo wszystko musi należeć do naszego świata ze względu na używane nazewnictwo narodowościowe. Osobiście wolałabym, gdyby akcja umieszczona została u nas, jakoś i tak cały czas miałam takie wrażenie polskości podczas czytania.
Początkowo poznajemy mieszkańców Domu Wschodzącego Słońca i ich historie. Dołącza do nich także Eunice, zbuntowana nastolatka, która dostrzega, że świat to coś więcej i chciałaby go zrozumieć. Z początku byłam naprawdę wytrącona z równowagi, gdy zaczęły się rozdziały dotyczące Apolla, ale ostatecznie spodobał mi się taki sposób wprowadzenia nas w życie magów. Dodatkowo, poza porywającą akcją, na którą składa się szpiegostwo, pościgi oraz walka, autorka opisuje nam sposób działania magii w jej świecie. Najpierw odniosłam wrażenie, że zabrałam się za science fiction, ale na szczęście szybko minęło. Zakończenie za to ładnie zamyka wydarzenia obecne, jednocześnie zapowiadając pełną akcji drugą część.
Moim ulubieńcem został Gabriel, co może wydawać się nieco dziwne, ponieważ często dawał sobą rządzić. Jednak jego determinacja i oddanie przyjaciołom, a przy tym ciekawy sposób bycia nie mogły mnie przepuścić obok obojętnie. Eunice, choć początkowo ma zadatki na główną bohaterkę i widnieje nawet na okładce, nie odbiera pola do popisu reszcie. Kojarzy mi się głównie z porywczością i odwagą, a także przenikliwym umysłem. Autorka rozbudowała jedynie główne postaci, nie skupiając się na tych pobocznych, na przykład na matce Eunice - wiemy tyle, że porzucił ją ukochany i całe dnie spędza przed telewizorem, i tak przez większość powieści.
Dom Wschodzącego Słońca to zdecydowanie udany debiut i cieszę się, że został wznowiony przez wydawnictwo Uroboros. Chciałabym móc jak najszybciej poznać kolejną część przygód Eunice, Lloyda, Timmy'ego oraz Gabriela! Jeśli więc szukacie lekkiej, ciekawej historii z rozbudowanym systemem działania magii i opowieści - zapraszam was do lektury Domu Wschodzącego Słońca :)
“Dom wschodzącego słońca” od Aleksandry Janusz to książka, gdzie złożenie fajnych elementów nie daje fajnej całości. Jak na literacki debiut, nie jest to zła pozycja, ale możliwe, że kiepsko się zestarzała. Premiera pierwszego wydania miała miejsce w 2006 roku, więc BARDZO dawno temu, gdzie w gatunku urban fantasy, bardzo wiele się od tego czasu zmieniło. Czytelnik może po prostu oczekiwać więcej, bo w sumie to już było.
Okładka w nowym wydaniu, wyraźnie kreuje Eunice jako główną bohaterkę tej powieści (chociaż muszę przyznać, że okładka starego wydanie mnie nie zachęca, a jej przekazu też za bardzo nie rozumiem). Tymczasem Eunice jest dla nas tylko punktem wyjścia. Trochę jak znajomy, który zaprowadzi nas na imprezę gdzie nikogo nie znamy, by po kwadransie rozpłynąć się w tłumie. Przy historii młodej osoby, która wchodzi w świat magii, brak jakiegokolwiek pokazania jej szkolenia jest wyraźnie brakującym elementem. Książka dzieje się na przestrzeni dwóch lat, ale nie znajdziemy w niej żadnej lekcji magii. Natomiast decyzja Eunice by pozostać na nauki w Domu Wschodzącego Słońca, zamiast udać się do Mandali wydaje się nie mieć szczególnego uzasadnienia poza “ich spotkałam pierwszych”.
Sporą zaletą książki jest bogactwo postaci - społeczność magów stanowi ciekawą mieszankę osobowości i mocy. Dostajemy ciekawy mix, w którym można znaleźć cybermaga, zakonnicę, brytyjskiego samuraja i idola nastolatek. Wszyscy niemal niezaprzeczalnie dobrzy i szlachetni, ale z obowiązkową skazą w życiorysie. Jednak książce brakuje pewnej równowagi: dostajemy króciutki prolog, 3 ciekawe historie, które rzucają nam światło na kolejnych bohaterów i jedną dużą opowieść zajmującą 55% książki (policzyłam). Osobno jeszcze ok, ale brakuje jakiegoś zgrabnego połączenia całości.
Oryginalnie “Dom wschodzącego słońca” ukazał się 12 lat temu. Możliwe, że wznowienie przez Wydawnictwo Uroboros oznacza zbliżającą się premierę “Mandali” czyli kontynuacji (na dziś brak informacji). Ale czy po nią sięgnę? Kilka miesięcy temu pisałam o “Szamance od umarlaków” Martyny Raduchowskiej - tam również nie byłam zachwycona, ale odkrywając tą książkę tylko dzięki wznowieniu, mogłam od razu sięgnąć po drugą część, która była o wiele lepsza. W tym przypadku, nie wiem czy będę doszukiwać się informacji na temat “Mandali”, albo czy będę o tym pamiętać za miesiąc / pięć.
Kniha je zvláštním způsobem roztříštěná a zároveň plyne poměrně těsně. Navíc má autorka ojedinělý styl psaní a některé věty formuluje vyloženě podivně. A v neposlední řadě mě dosti neblaze udivilo, že věnovala každé postavě jednu kapitolu v uzavřeném příběhu, v němž ji představila, takže jsem se musela k hlavní story docela složitě prokousat slušnou vrstvou balastu, který mé hodnocení srážel na dvě hvězdy.
Ale ... ale poslední, rozsahem spíš dlouhá povídka nebo krátká novela, to fakt dost hustě zachraňuje. Jakože jsem hltala každý slovo. Postavy jsou vyrovnané a každá z nich má svůj vlastní, jedinečný charakter. Oslovilo mě i prostředí, kde se Januszová vyřádila do sytosti. Zajímavá sonda do polské tvorby a čtyři zasloužené hvězdy ( i když dobrých 78% dojmu udělala kapitola Marnotratný otec sama samotinká.
Książka jest okej. Widać po niej, że pomimo wznowienia jednak ma swoje lata (swoją drogą w przyszłym roku będzie jej 20-lecie i nie ukrywam, że super byłoby, gdyby druga część pojawiła się z tej okazji :D) Podobały mi się dialogi, bardzo polubiłam postacie, ale miałam trochę problem z samą historią, może przez to, że to w sumie zbiór kilku opowiadań i przez to nie było takiej ciągłości fabularnej. Ciężko było mi się wczytać, jak już wyciągnęłam się do danej historii, to *koniec*, zaczyna się kolejna. Przez to ostatnia podobała mi się najbardziej, bo była najdłuższa, chociaż w niektórych momentach przewidywalna. Nie wiem na jakim etapie jest druga część- Mandala, ale chętnie ją przeczytam, jeśli się ukaże, bo ciekawi mnie, jak rozwinął się styl autorki po tylu latach
Jedyna książka autorki którą czytałam, wpadła w moje ręce przez przypadek, jednak nie żałuję. Mimo iż mam za sobą gro książek w podobnej tematyce, niezmiernie dobrze czytało mi się te książkę. Choć bohaterowie wydają się być oklrpani, darze ich wielką sympatią. Nie spodziewałam się, iż książka tak przypadnie mi do gustu.
Do połowy totalnie mi się nie podobało, nie mogłam się wkręcić i strasznie miałam ochotę ją odłożyć. Gdy doszłam do mniej więcej 200 strony akcja rzeczywiście zaczęła nie ciekawić i wciągać. Świat wymyślony był nawet okej. Uważam, że totalnie zmarnowany potencjał
Nie była zła. Pomysł na książkę całkiem niezły, ciekawi i osobliwi bohaterowie...ale wszystko to jakoś mało rozwinięte. Czuję się jakby zabrakło kilkudziesięciu stron, które wyjaśniły by mi ciut więcej 🤷🏼♀️
Stawianie czoła starym i nowym wrogom w świecie, gdzie magia istnieje? Czemu by nie!
„Nie jestem jakimś Yodą, żeby oceniać, kto jest po jasnej, a kto po ciemnej stronie Mocy. Nie można dzielić świata na czerń i biel.”
Książkę przeczytałam, ale zupełnie nie wiem, jak zarysować jej fabułę. Spodziewałam się, że będzie to powieść złożona z jedynie kilku rozdziałów, a dostałam kilka opowiadań z tymi samymi bohaterami – choć niemalże w każdym ktoś inny stał w centrum wydarzeń. Najogólniej? Jest to opowieść o informatyku Timothym, zbuntowanej Eunice, magu-szermierzu Lloydzie, pięknym rockmanie Gabrielu, wiekowym Krzysztofie i zakonnicy Weronice. I hej, to wbrew pozorom już dobra reklama! Bo bohaterowie ci są naprawdę godni uwagi! Aleksandra Janusz już w samej ich kreacji wykazała się ogromnym poczuciem humoru, a przecież podczas pisania dała go nam jeszcze więcej.
„– Atomy też nie istnieją! – ryknął stanowczo Danny. – Widzieliście kiedyś chociaż jeden jedyny malutki atom?! – Danny, tobie już nie nalewam. Jesteś pijany.”
Jeśli miałabym wskazać najzabawniejszą książkę, jaką w tym roku przeczytałam, bez chwili zawahania wskazałabym na „Dom wschodzącego słońca”. Przezabawne dialogi i komizm sytuacyjny – to z tego zbudowana jest ta opowieść. Na tym się zaczyna i tak właściwie kończy, bo niewiele więcej ma nam do zaoferowania. Może i akcja każdej części jest interesująca, ale jako całość czytelnik może polubić się z tą książką prawdopodobnie jedynie przez wzgląd na poczucie humoru autorki i jej przyjemny sposób pisania.
„– Masz to wino? – Mam whisky. – Nalewaj. Muszę sobie przypomnieć, jakie to paskudztwo.”
Możliwe, że to książka, o której mam najmniej do powiedzenia, ale czyż te cytaty nie brzmią chociaż interesująco?
„Ludzie mają problem z istnieniem w kilku odmianach rasowych i więcej niż jednej orientacji seksualnej, nie mówiąc już o religiach. Sądzisz, że tak łatwo przyjęliby do społeczeństwa driady, puki, dzieci Bast? Albo zombi. Fakt, że śmierdzą paskudnie, ale są relatywnie spokojne.”
Obawiam się, że nie pozostaje mi nic innego jak przyznać, że najmocniejszą stroną niniejszej książki jest jej okładka i tytuł - wręcz doskonałe, przynajmniej w kategorii książek dla młodzieży (którą powieść Aleksandry Janusz byłaby w stu procentach, gdyby nie interesująca, lecz może zbyt zaskakująca przeszłość Gabriela - prawdę mówiąc, wizja tajemniczego krzesła wydała mi się co najmniej lekko przesadzona - i zdecydowanie zbyt wiele drastycznych przekleństw, padających z ust nastoletniej Eunice i na przykład jej matki, niezbyt, moim zdaniem, udanej postaci, a tak - przez wzgląd na wyżej wymienione elementy - pozostaje książką dla ludzi nieco starszych niż główna bohaterka, co zwykle przynosi mierny poziom zadowolenia wśród docelowej grupy czytelników). Ponieważ autorka umieściła w książce takie postaci jak Lloyd czy Takeda, a w dodatku poświęciła ich opisom sporo uwagi, a nawet pokusiła się o jedną czy dwie wstawki w ojczystym języku tego drugiego, śmiem przypuszczać, że w młodości (?) była fanką anime; i być może "Dom wschodzącego słońca" powinien, jako całkiem dobry pomysł, zostać zrealizowany jako anime właśnie. Jeśli chodzi o fabułę i postaci - nadawałby się świetnie. Lepiej, niż na książkę, niestety. Daję jednak pełne trzy gwiazdki, ponieważ, poza świetną okładką i tytułem, który przyciąga wzrok i okazuje się odrobinę tylko chybiony, w powieści spodobał mi się fakt, że przynajmniej - poza wszelkimi niedociągnięciami, które mogły irytować - akcja jest bardzo dobrze poprowadzona, i choć w gruncie rzeczy nie ma w niej nic porywającego, ciężko się oderwać, bo na każdej stronie dzieje się coś, co dramatycznie domaga się doczytania. Choć główna intryga ledwo zasługuje na miano "niezłej" (skorzystanie z mitycznego Ogrodu Hesperyd jest moim zdaniem marną koncepcją, zwłaszcza, że wcześniej czytaliśmy o pewnych niezbyt jasnych kolokacjach z Harry'm Potterem i innymi sztandarowymi przedstawicielami gatunku fantasy), pojedyncze wątki oddziaływują jednak na wyobraźnię i pozwalają zanurzyć się w życiu magów z Farewell. Akcję często przerywają teksty piosenek zespołu Neverland, raz po polsku, raz po angielsku (początkowo myślałam, że to kaprys tłumacza, dopiero potem spostrzegłam, iż książkę napisała Polka, co do reszty zbiło mnie z tropu), co utrudnia odbiór, zwłaszcza, że nie są to teksty wybitne, a raczej bardzo przeciętne. Najogólniej mówiąc sądzę, że pomysł nie został dobrze przemyślany, że całość lepiej sprawdziłaby się jako serial lub manga, ale i tak daję trzy gwiazdki, bo, nie mogąc oprzeć się ogólnemu klimatowi, spędziłam nad "Domem..." całą noc.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Zjistila jsem, že Aleksandra Januszová přemýšlí o světě a má na něj ucelený pohled, který pak promítá do uceleného představování své knižní říše. To se mi na téhle knize vlastně líbilo nejvíce. Aleksandra krásně vysvětluje, jak svět vnímají mágové a proč tedy mohou používat "magii". Zajímavá poznámka - z toho, co je v knize napsáno, by vyplývalo, že by "mágem" mohl být každý, kdo by měl oči i mysl otevřené a dokázal svět vnímat tím originálním způsobem. No jo, ale kdo se dneska snaží mít mysl otevřenou?
Pak taky krásně splétá ony "sítě osudu" jednotlivých postav a událostí. Úplně z toho běhá mráz po zádech. U řeckých bájí tu osudovost nesnáším - je tam taková brutální a moc vnucená. Tady je taková nenápadná a nevtíravá :-). Knížka se mi moc líbila, jen škoda, že vůbec netuším, kdy může vyjít druhý díl.
Jedna z moich ulubionych książek, do której dość często wracam, zawsze z przyjemnością. Ma klimat, lekko rpgowy co może niektórych drażnić, ale jest bardzo świeża. Nawet jeśli ogólna intryga nie zachwyca, to pojedyncze wątki utrzymują uwagę czytelnika, a postacie są wyraziste i ciekawe. Autorka nie bała się nawet sztampowego miejskiego wojownika z kataną, co więcej, sprawiła że polubiłam Takedę, a zazwyczaj takich typów nie znoszę. Widać, że Autorka bardzo dużo wysiłku włożyła w stworzenie miasta i całej otoczki, podobało mi się przerywanie opowiadań tekstami piosenek. Nie jest to poezja najwyższych lotów, ale rockowe utwory rzadko są więcej niż przeciętne. Szkoda, że akcja nie dzieje się w Polsce, ale Farewell jest zarazem baśniowe i realne.
Niezgodnie z oczekiwaniami - bardzo dużo magii a bardzo mało rocka. Całość raczej mocno sztampowa - typowa fantastyka średnich lotów. Eunice trochę zbyt bardzo nastolatkowa, Gabriel trochę zbyt stereotypowy i z trochę zbyt mroczną przeszłością. Wyobrażałam sobie walkę magów w rytm rockowych brzmień i seksownych magów na motocyklach, ale w sumie nie dostałam ani jednego ani drugiego. Tytuł i okładka - genialne, ale zwodnicze.
Kdo by čekal, že v té malé knížečce může být tolik postav.. takže bylo docela snadné se ztratit v smršti dějů.. roztodivnější knížku jsem snad ještě nečetla.. začátek se mi nejvíc líbil, škoda,že nebyla celá knížka rozvržena více v tom duchu.. až na ty básničky, ty byly hrozné.. myslím,že autorka měla k tomu vydání přibalit i vlekou příručku, jak Neztratit nitku v Domu u vycházejícího slunce..
Bavilo mě to. Oblíbila jsem si farewellské čaroděje, jejich společenství, různorodost, minulost. A moc se mi líbí prostředí a zápletky. Takové opravdu příjemné počteníčko. Kniha je prvním dílem trilogie, tak doufám, že zbytek bude vydán také. K dokonalosti tomu chybí cosi ve formě, těžko definovat, ale fakt jsem si to užila a na konci to bylo hodně napínavé. Kniha je spíše optimistická a něco mi připomínala, i když nevím, co...
Kniha je velmi zajímavým nápadem a město plné nejrůznějších bytostí si zamilujete.Příběh Eunice se mi moc líbil, nechybělo tam tajemno ani napětí, ale návraty do minulosti ostatních hlavních postav dělaly v příběhu zbytečný chaos. Jsem ráda, že jsem se dozvěděla o hlavních postavách něco víc, ale zakomponování do příběhu chtělo vymyslet trochu jinak. Naštěstí od poloviny knihy se autorka zaměřila už jen na boj o město Farewell, tím začal být děj plynulý a já už se od knihy nemohla odtrhnout.
Prvá polka v pohode, druhá polka už horšie. Nevedela som sa dočkať kedy to dočítam. Autorka strašne všetko rozpisovala a úplne zbytočne. Postavy boli fajn, hlavne niektoré mužské. Keby bola dvojka neviem či by som si ju prečítala. KeĎ som bola pred koncom tak som preskakovala aj pol strany a stále som nestratila niť deja. No tak s prižmúrenými očami 3.