Klasyka z parentingu. Krótka mądra książka, za krótka jak zwykle mam po książkach autora uczucie niedosytu.
Nie twierdzę, że powinniśmy częściej sobie odmawiać, ale że za mało troszczymy się o nasze indywidualne granice i potrzeby, a potem zrzucamy za to winę na innych. Sztuka mówienia NIE oznacza również umiejętność wzięcia odpowiedzialności za swoje życie − w interesie wszystkich.
Oczywiście, nasze zachowanie zawsze jest jakoś uzasadnione. Na przykład, nie chcemy innych ranić albo unikamy konfrontacji (choć to pociąga za sobą większe konflikty w przyszłości). Chcemy, aby inni nas lubili (choć skutek jest taki, że ani inni, ani my sami siebie nie lubimy). Im bardziej pragniemy być lubiani, tym bardziej ryzykujemy, że zostaniemy wykorzystani albo stracimy szacunek w oczach innych. Im bardziej staramy się wszystkim nadskakiwać, tym więcej niechęci do ludzi odczujemy potem. A im więcej wspaniałomyślności chcemy zademonstrować, tym więcej małostkowości znajdziemy w sobie na końcu.
Wszystkie te nasze zachowania płyną z jednej zasadniczej potrzeby, by być kimś wartościowym dla osób, na których nam zależy. A nigdzie nie jest ona silniejsza niż wobec naszych dzieci, którym nie tylko chcemy dać wszystko, ale którym życzymy lepszego życia niż nasze własne. Połączenie tej silnej potrzeby i ambicji, jakie pokładamy w dzieciach, jest bez wątpienia źródłem problemów ze znalezieniem zdrowej równowagi między TAK i NIE. Dużo trudniej mówić NIE i dlatego jest w nim więcej miłości, bo wymaga więcej roztropności, zaangażowania, szczerości i odwagi.
Kiedy budzi nas w nocy trzymiesięczny synek, nie marzymy o niczym innym, jak tylko żeby znowu zasnął. Fakt, że sobie tego życzymy, nie powinien wywoływać wyrzutów sumienia. Należy zaspokajać potrzeby dziecka, ale nie wolno wyrzekać się własnych. Kto bowiem neguje własne potrzeby, wkrótce poczuje, że życie go przerasta − a winę za to zrzuci na dziecko.
Przywództwo w rodzinie nie oznacza władzy nad innymi i prawa do podporządkowania ich swojej woli. Polega raczej na tak integralnym reprezentowaniu pewnych wartości i celów, że inni czują się do nich przyciągnięci. Dzieje się tak wtedy, gdy nasze działanie stoi w całkowitej zgodzie z naszymi wartościami.
Umiejętność troszczenia się o własne potrzeby − bez lekceważenia potrzeb dziecka − charakteryzuje dobre przywództwo w rodzinie. Daje ono dzieciom poczucie bezpieczeństwa i gwarantuje związek oparty na jednakowym szacunku dla obu stron. Związek taki wyróżnia się tym, że obie strony mają jednakową godność − a nie tym, że mają jednakowe prawa i obowiązki, czyli że mogą tyle samo.
Miłość to nie to samo co obsługa. Skutkiem takiego pomieszania jest zawsze frustracja dorosłych i dzieci. Dziecko, które jest tylko obsługiwane, staje się „zimne” − nie przejawia uczuć, za to żąda coraz więcej usługiwania. A rodziców dopada frustracja, ponieważ duszą się w roli służących. Tak wygląda życie niejednego dziecka w bardzo zamożnych domach.
Jedynym środkiem zaradczym jest tutaj wola rodziców, by być tak autentycznym, jak to tylko możliwe. W ten sposób zyskują przestrzeń do bycia dorosłym, a dziecko ma możliwość doświadczenia czegoś takiego, jak potrzeby i granice innej osoby. Jest to nieodzowny element jego kompetencji społecznych.
Małe dzieci stale przekraczają granice ustalone przez rodziców, co nie oznacza jednak ani braku szacunku, ani jakiegoś nieokrzesania. Są ciągle targane przez różne pragnienia i potrzeby, ale jednocześnie zwracają niezwykle dużo uwagi na sygnały, jakie otrzymują od dorosłych. Zachowanie dzieci zmierza zawsze do dwóch celów: zaspokojenia swoich pragnień i poznania rodziców.
Dzieci przypominają bardziej badaczy niż uczniów: żeby zdobyć wiedzę, muszą eksperymentować i samodzielnie wyciągać wnioski. Do tego potrzebują zaufania osób, które towarzyszą im w tym procesie. Inną metodą jest wymuszanie na dziecku określonych zachowań za pomocą psychicznej i fizycznej przemocy − ale to uniemożliwi mu nabycie szacunku dla potrzeb i granic innych. W ten sposób nauczy się tylko wątpić w swoją wartość i bać się rodziców oraz sankcji, jakie nakładają.
Musimy tylko pamiętać, że w odniesieniu do osobowości i potrzeb naszych dzieci musimy znaleźć równowagę między zaspokajaniem własnej potrzeby dawania miłości i otwartością na dziecko. Nie wszystko, co robią rodzice, żeby poczuć się potrzebnym, opiekuńczym i kochającym, daje dzieciom poczucie, że są dla rodziców kimś wartościowym. To poczucie narodzi się dopiero, gdy dorosły w sposób wyraźny przyjmie i uzna to, co dziecko ma mu do zaoferowania. Tylko takie uznanie jest w stanie rozwinąć i wzmocnić poczucie własnej wartości u dziecka. Świat jest pełen rodziców, którzy są tak skupieni na sobie, że wciąż oskarżają o niewdzięczność własne dzieci.
Wtedy posługujemy się językiem stosownym do sytuacji społecznych, który służy do tego, aby utrzymywać pewien dystans z rozmówcą i nie wywierać na niego emocjonalnego wpływu. Taki język nie sprawdza się jednak w bliskich kontaktach z ludźmi. Wyraźnie to czujemy w trakcie konfliktów z dzieckiem lub partnerem: piękna mowa na niewiele się wtedy zdaje i niektórzy uciekają się do języka obraźliwego. A wystarczyłoby, żeby w sposób klarowny artykułowali swoje myśli i uczucia.
Niektórzy rodzice sami trwonią swój autorytet, ponieważ chcą, żeby dziecko wzrastało w czymś na kształt demokratycznego raju, w którym nie ma żadnych konfliktów i niesnasek. Jest to na pewno sympatyczna idea, która jednak zazwyczaj kończy się porażką, ponieważ życie rodzinne nie jest w żaden sposób podobne do polityki. Tutaj nie chodzi o to, kto wygra, ale o to, by wszyscy dostali jak najwięcej tego, czego potrzebują, a jak najmniej tego, co im szkodzi. Idea rajskiej rodziny zbyt dużą wartość przypisuje harmonii, do której dąży się kosztem własnych potrzeb i granic.
Człowiek niepotrafiący zadbać o własne granice, jest jak ogród bez ogrodzenia, z którego każdy może korzystać, kiedy tylko mu się podoba. Przesłodzony język, jakim czasami mówi się do dzieci, zbytnio zorientowany na harmonię w rodzinie, jest także reakcją na język tradycyjnego wychowania, który był często obraźliwy i upokarzający, a niekiedy pełen przemocy. Jednak język miłości nie powinien być ani pozytywny, ani negatywny − tylko osobisty.
Dziecka nie da się rozpieścić dawaniem mu za dużo tego, czego naprawdę potrzebuje. Rozpieszczone dzieci to te, które nie potrafią zaakceptować słowa NIE. Liczą, że ich życzenia będą natychmiast spełniane − i zachowują się roszczeniowo. Jednak tak rozwijają się tylko te dzieci, które dostają za dużo tego, co niepotrzebne.
Dzieci nie są świadome swoich rzeczywistych potrzeb, ale zawsze wiedzą, na co mają chęć. Dlatego potrzebują rodziców, od których mogą nauczyć się różnicy między tymi dwiema rzeczami − chwilową chęcią i rzeczywistą potrzebą. Rodzice także powinni wskazywać im, której z nich w danej sytuacji należy przyznać pierwszeństwo. Lecz gdy rodzice stale faworyzują dziecięce życzenia, przenoszą w ten sposób na nie odpowiedzialność za dobro rodziny. Jeśli trwa to zbyt długo, dzieci nie rozwiną w sobie empatii i zdolności do współżycia z innymi − a to negatywnie wpłynie także na ich relacje z rodzicami.
Dzieci mogą dostawać to, na co mają ochotę, i nie będzie to miało złych konsekwencji, jeżeli tylko rodzice nie próbują w ten sposób unikać konfliktów lub uczynić siebie kochanym, albo nie poświęcają dla nich własnych potrzeb i granic.
Kiedy dorośli zaczynają potem tu i ówdzie mówić NIE, prowadzi to do frustracji, jednak łzy dziecka w takiej sytuacji są doświadczeniem potrzebnym do budowania autentycznych relacji z innymi ludźmi.
Miłość natomiast jest dawaniem dziecku tego, czego ono naprawdę potrzebuje, żeby mogło prowadzić szczęśliwe życie. Dlatego słowo NIE, które często kosztuje rodziców wiele wysiłku, jest niejednokrotnie najlepszą odpowiedzią − i niesie w sobie najwięcej miłości.
Nie powinniśmy dziecku odmawiać spełnienia jego elementarnych potrzeb: bliskości, związku, pewności, bezpieczeństwa, odżywienia, ubrania i snu. Kiedy to robimy, po prostu łamiemy nasz rodzicielski obowiązek. Wciąż jeszcze są na świecie rodzice, którzy z różnych względów nie potrafią mu sprostać, a ich dzieci na dłuższy lub krótszy czas trafiają pod opiekę innych ludzi.
Pod żadnym pozorem nie wolno krytykować albo wyśmiewać emocjonalnej reakcji dziecka, która z jego punktu widzenia jest konieczna i ważna.
Do frustracji dziecka zasadniczo nie powinniśmy się w ogóle mieszać: nie należy ani spieszyć z szybkim pocieszeniem, ani w żaden sposób relatywizować czy zwalczać tego uczucia. Natomiast jak najbardziej wskazana jest postawa empatyczna. Na przykład: • Nie wiedziałem, że sobie tego życzyłeś! • Rozumiem, że jesteś rozczarowany. Mam nadzieję, że wkrótce sobie z tym poradzisz.
Ogólnie rzecz biorąc, można powiedzieć, że każde NIE podlega pewnym negocjacjom, jeżeli zostaną spełnione dwa warunki. Pierwszy warunek mówi, że nie chodzi o odmowę w sprawie fundamentalnie ważnej dla rodzica. Drugi zaś, że odmowa stanowi część dialogu lub rozmowy, a nie jest efektem zrzędzenia lub, co gorsza, przemocy lub manipulacji. Kiedy w grę wchodzą te ostatnie, rodzice powinni poważnie zastanowić się, jak usunąć ten destrukcyjny rys z życia swojej rodziny.
Brak konsekwencji jest tylko wtedy niebezpieczny, kiedy dotyczy rodziców leniwych i wygodnickich, uciekających przed istotnymi konfliktami albo za wszelką cenę chcących uczynić się kochanym. Jest to taktyka krótkoterminowa, ponieważ powoduje, że dzieci tracą poczucie bezpieczeństwa i stałości − a co najgorsze, uczą się, że rodzicami można manipulować i wymuszać na nich spełnianie swoich życzeń.
Niektórzy mogą tęsknić za czasami, kiedy słowo rodzica było prawem, a próbę dyskutowania z nim uznawano za bezczelność. Jeśli ktoś chce w ten sposób traktować swoje dzieci, musi mieć świadomość, że cena, jaką przyjdzie mu za to zapłacić, będzie wysoka.
Jest grupa dzieci, które muszą mieć możliwość powiedzenia NIE, zanim powiedzą TAK. Nazywam je dziećmi dążącymi do autonomii, ponieważ ich skłonność do wyznaczania granic swojej przestrzeni zaznacza się już od urodzenia silniej niż u innych. Niczego im nie brakuje i w żadnym razie nie należy ich mylić z domowymi tyranami czy zbuntowanymi nastolatkami. Różnią się od większości dzieci tylko tym, że nie stapiają się ze swoimi rodzicami w jedno i nie rezygnują ze swoich granic na korzyść ciepła i poczucia bezpieczeństwa.
Dzieci w wieku dziesięciu do czternastu lat znajdują się na etapie pośrednim między dziecięctwem a nastoletniością. Psychologowie określają ten wiek jako przednastoletni.
Z tego samego powodu ważne jest, aby rodzice pozostali przy swoich wartościach i aby zaakceptowali nieuchronność konfliktów z nastolatkiem. Ich NIE ma wynikać z przekonania, ale w równej mierze powinni liczyć się z prawem do sprzeciwu własnych dzieci. Trzeba zbudować most między przeszłością i przyszłością − i jest to zadanie przede wszystkim dla dorosłych.
Największa trudność polega jednak na tym, aby wypuścić z ręki władzę i kontrolę, niezależnie od tego, jak demokratycznie i ostrożnie do tej pory były sprawowane. Możliwość wydawania poleceń i zakazów stanowi w oczach wielu rodziców synonim odpowiedzialności − i pod pewnym względem słusznie. W każdym razie całkowita rezygnacja z władzy i pozycji osoby dorosłej byłaby czymś nieodpowiedzialnym.
-
Kiedy dzieci mają dziesięć-czternaście lat, rodzice powinni próbować nieco inaczej postrzegać swoją odpowiedzialność. Od tej pory będą bardziej funkcjonowali jako „sparingpartnerzy” − czyli partnerzy, którzy w celach treningowych stawiają dzieciom maksymalny opór, ale wyrządzając jak najmniejszą szkodę.
Kiedy wasza trzynastoletnia córka chce iść na imprezę z osiemnasto- i dwudziestolatkami, słusznie można jej tego zabronić, nawet jeśli któraś z jej przyjaciółek dostała takie pozwolenie – chyba że wy też nie macie nic przeciwko temu. Być może skończy się to kilkoma dniami gorszego humoru, a może do końca życia będzie wspominała ten dzień jako „okropną niesprawiedliwość” – trudno, obie strony muszą z tym po prostu żyć.
Dlatego rodzice powinni mówić NIE z czystym sumieniem zawsze wtedy, gdy czują, że chcą to powiedzieć. Tylko w ten sposób pomogą dzieciom zbudować wystarczająco silną integralność, aby kiedyś same – w swoim życiu – potrafiły powiedzieć NIE wtedy, gdy trzeba będzie to zrobić. Niewykluczone, że rodzic usłyszy czasem, „iż nie ma pojęcia o niczym” lub coś podobnego, ale nie jest to istotne. Istotne jest, żeby można było spojrzeć sobie w oczy.
----------------------------------------
Rodzice mogą jednak spytać: na co właściwie zda się mój sprzeciw – moje NIE – jeśli dzieci i tak zrobią to, co chcą. Z pewnością nie spowoduje on niczego w tym sensie, żeby wola rodzica była górą, jednak owo NIE jest ważne zarówno dla dobrej relacji z dzieckiem, jak i własnego samopoczucia. Poza tym zazwyczaj robi ono większe wrażenie na dziecku, niż mogłoby się wydawać.
W niektórych rodzinach dochodzi jednak do takiej sytuacji, że wszyscy do siebie stale mówią lub krzyczą NIE. Rodzice daremnie próbują stanowić reguły i wyznaczać pewne obowiązujące ramy, a nastolatki nieustannie starają się je rozsadzić. Kiedy sprawy zajdą tak daleko, rodzice mogą zrobić tylko jedno: wziąć głęboki oddech, spojrzeć na dziecko, które wychowali, i raz na zawsze z pełnym przekonaniem zaakceptować je takim, jakie jest. Konflikty i różnice zdań są w tej fazie życia czymś naturalnym, jednak nie jest naturalne nieustanne zwalczanie się i wojna. Do rodziców należy zakończenie takiej wojny. Muszą spojrzeć prawdzie w oczy: ich metoda wychowania i towarzyszenia dziecku poniosła porażkę – jakkolwiek była rozumna i pełna dobrej woli – a teraz całą energię należy skoncentrować na przywróceniu właściwych relacji z dzieckiem. W tej chwili nie chodzi o to, kto ma rację, tylko o wzajemne zaufanie i kontakt.
Kiedy dzieci będą miały do czynienia z osobistym NIE, szybko nauczą się rozpoznawać potrzeby i granice innych ludzi. Niczego nie chcą bardziej niż współdziałać z rodzicami i mogą niemal bezkrytycznie akceptować ich osobowość. Jeśli jednak zamiast osobistych wskazówek wyznacza się im sztywne granice, powołując się na stare reguły i tradycję, to będą raz po raz sprawdzać ich ważność.
Chłopcy często też nie dorównują dziewczętom w rozwoju emocjonalnym i mentalnym, ponieważ matki mają tendencję do nadmiernego chronienia ich i obsługiwania. Synowie często nie potrafią sprzeciwić się matce i powiedzieć NIE. Ponieważ nie muszą się bać, że będą kiedyś tacy jak ona, nie muszą też tak bardzo walczyć o określenie samych siebie jak dziewczęta. Ważniejszy jest dla nich dobry wzór mężczyzny, czyli ojciec, który potrafi sprzeciwić się swojej żonie i powiedzieć NIE w sytuacjach, gdy jego integralność zostaje zagrożona.
Gdy traktuje się dzieci z troską i szacunkiem dla ich osobistych granic, zaczynają robić to, o co proszą rodzice. Być może nie zawsze i bez zachwytu, ale z reguły to robią