Koniec lat siedemdziesiątych XX wieku. Na warszawskim Muranowie mieszka rodzina Małeckich.
Wybór Karola Wojtyły na Ojca Świętego staje się momentem zwrotnym w życiu Renaty, która na co dzień pracuje w Bibliotece Narodowej. Jej uwielbienie papieża nie jest czysto religijne – z czasem nabiera miłosnego zabarwienia. Kobieta powoli zamyka się w swoim świecie i zatraca w wyimaginowanym uczuciu.
Gustaw, mąż Renaty, który jest projektantem w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego, skrywa pewną tajemnicę. Gdy w trakcie odwiedzin w rodzinnym domu odnajduje wiszącą u sufitu matkę, obwinia siebie za śmierć Rozalii. Gustaw zaczyna przypominać sobie dziwne fragmenty dzieciństwa i szuka prawdziwej tożsamości.
Syn Małeckich studiuje historię, jednak jego pasją jest muzyka, dlatego razem z dziewczyną Elą przygotowuje się do konkursu wokalnego w Polskim Radiu. Paweł w trakcie przesłuchań nie radzi sobie z tremą i jego występ kończy się porażką. Aby wyciągnąć syna z marazmu, Gustaw załatwia mu pracę kaowca w Hucie Warszawa. Chłopak nie potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości – chorobliwa zazdrość i niska samoocena pchają do dramatycznych czynów.
O słabości najnowszej książki Kuby Wojtaszczyka, jak i mankamentach całej jego twórczości wielce słusznie napisał Maciej Jakubowiak na dwutygodniku i muszę przyznać, że niewiele mam do dodania, poza wskazaniem momentów, gdzie na przykład brakuje orzeczenia (nawet w czasie teraźniejszym jest ono ważnym składnikiem zdania), czy gdzie po prostu nie domagała wiedza autora i redakcji. “Słońce narodu” to książka najzwyczajniej w świecie źle napisana, nudna i nadmiernie siląca się na hipster-historyczną narrację, która ostatnimi czasy jest niezwykle modna. W “Delfinie z malinami” Iwona Kurz ciekawie pisała o scenografiach filmów dziejących się w PRL, w których zapomina się o dodaniu śladów starszych epok, czego efektem jest, że mieszkanie z - dajmy na to - 1965 roku wygląda jak po kapitalnym remoncie, wypełnione wyłącznie nowym sprzętem. Wojtaszczyk postanowił ożywić PRL w dość podobny, mocno toporny sposób i to skrzeczy swoją nachalnością i naiwnością. Wywaliłbym z tej opowieści jakieś 150 stron, skupił się na głównym wątku, który ma spory potencjał, powyrzucał scenograficzne ozdobniki, uporządkował zdania i tak dalej. Jednak książka się ukazała i jak w przypadku poprzednich autor pojawia się w mediach, choć już chyba go trochę mniej. Może to będzie jakąś lekcją pisania.
Prowadzimy sobie taki wewnętrzny spór wśród dziennikarzy/dziennikarek literackich - czy trzeba aż tak zjeżdżać powieść Wojtaszczyka, czy ogłaszanie, że autor pisać nie umie (vide Jakubowiak), ma jakiś sens? Może lepiej przemilczeć tę wyjątkowo niezgrabną książkę i zająć się jakimś udanym dziełem niszowego wydawcy? Może wtedy bym wam napisał jak dobrze mi się czyta “Macochę” Petry Hulovvej, zamiast utyskiwać na Wojtaszczyka? Pewnie jest w tym sporo racji, ale jednocześnie “Słońce narodu” prosi się o poinformowanie szanownych Państwa, żeby się od tej książki trzymali z daleka. Trzeba pokazywać, gdzie są granice, w których jestem w stanie przetrawić powieść tylko lekko się krzywiąc, a gdzie widzę gruby zakalec, bo bardzo bym nie chciał, żeby “Słońce…” stało się dla kogokolwiek wzorem do naśladowania - tak pisać po prostu się nie powinno. Można, ale nie tak tworzy się literacką jakość. Szkoda, że Wojtaszczyk, autor już czterech książek, wymyślił sobie, że da się książkę skonstruować jako zlepek rozbuchanych, często kompletnie niepotrzebnych zdań połączonych wytrwałą lekturą wikipedii. W tym jest potencjał literacki, trudno nie dostrzec zamiłowania autora do pisarstwa i umiejętności wydobywania z siebie zdań, ale nad każdym zdaniem warto pomyśleć kilka razy i zamiast wodolejstwa skupić się na akcji, która - jak już wspominałem - pomyślana została przyzwoicie.
Czytam czasem propozycje wydawnicze jako tzw. “recenzent wewnętrzny” i u mnie Wojtaszczyk by dostał notę “nie rekomenduję do wydania”. Po raz czwarty. No sorry.