Pierwsza książka Natalii Fiedorczuk Jak pokochać centra handlowe była objawieniem literackim, Ulga będzie wstrząsem. Jej nowa powieść jest jak huragan, który zbiera wszystko po drodze, zostawiając niepokojącą ciszę.
Życie Karoliny pewnie mogło wyglądać inaczej, być może nawet pięknie. Dzisiaj jej pozornie zgodne małżeństwo z jednym dzieckiem wiedzie żywot tyleż stateczny i uporządkowany, co przesycony nudą i niepokojem. I złością. Karolinie ciągle towarzyszy poczucie, że znajduje się w swoim mieszczańskim życiu jakby przypadkiem, jakby niezamierzenie.
Autorka przenikliwie portretuje pokolenie współczesnych trzydziestolatków, z jego pakietem bazowym: deweloperskim kredytem, stresującą pracą i średnio satysfakcjonującym życiem rodzinnym. Normalsi, karierowicze, młode i mniej młode mamuśki – to dystansujące etykiety, to nie o nas, to na pewno nie o mnie. Ale i my, prędzej lub później zakochujemy się, zdradzamy, robimy zakupy w hipermarkecie, zawozimy dzieci do szkoły i odwiedzamy teściów.
Świat opisany przez Fiedorczuk to gra kontrastów: tu miłość miesza się z seksem i przemocą, szczęście idzie w parze z depresją, a cierpienie przynosi ulgę. Rzeczywistość tej mocnej, dojrzałej i pięknej prozy to także lęki i koszmary kryjące się za cienkimi ścianami nowego budownictwa mieszkaniowego. To świat cielesny, somatyczny, dotkliwy, dlatego tak mocno czujemy każde przeczytane słowo. Powieść pochłania czytelnika, a Ulga zaciska się na szyi i chwyta za gardło.
Jezu, jaka ulga, że już koniec. Jezu, jaka ta książka jest zła... Miałam dać 2/5, no bo jednak jakieś walory tu są - niektóre zgrabnie napisane sceny, jakaś tam próba podjęcia tematu przemocy i ogólnej patologii współczesnych rodzin z klasy średniej - ale finalnie... NIE, nie mogę. To jest naprawdę złe.
Pamiętam, że po debiucie Fiedorczuk ("Jak pokochać centra handlowe", Paszport Polityki) napisałam "to jest za dobre na zwykły blog o rodzicielstwie, ale za słabe na prawdziwą powieść". No to teraz autorka postanowiła napisać prawdziwą powieść, na całego. I między "Prologiem", a "Epilogiem', między gęsto rozsypanymi cytatami z biblii i pieśni Schuberta, między mottem z Ciorana na początku i blurbem "Centra handlowe były objawieniem literackim, Ulga będzie wstrząsem" (lol) na końcu jest po prostu przeciętna obyczajówka, Chaotyczna, konstrukcyjnie zupełnie nie przemyślana, chwilami mętna i niezrozumiała, ze stylem na granicy dobrego smaku, z rozbudowanymi wątkami, z których nic nie wynika i z wątkami potraktowanymi zbyt powierzchownie, z całkowitym brakiem wyczucia u autorki. Tak, to chyba właśnie to: jej brakuje wyczucia. Niby sprawnie pisze, w jakimś tam stopniu ma to, co nazywa się "lekkim piórem", ale jakby zupełnie nie wyczuwa, że ten tekst po prostu osunął się w kicz. Możliwe, że sprawdziłaby się w reportażach, jakichś zaangażowanych społecznie tekstach interwencyjnych, w blogu właśnie. Ale nie w literaturze pięknej.
"Karolina, dotknąwszy lekko swego srebrnego kolczyka z bladozielonym oczkiem, odstawiła na marmurowy blat szklankę z grubego szkła z Ikei, otuliła się swą wrzosową kopertową bluzką z Zary i zaczęła rozmyślać o życiu. >>Kurwa, tak nie może być<< , pomyślała." (Przeginam i to nie jest dokładny cytat, ale tak mniej więcej wygląda styl tej powieści). Nigdy więcej Fiedorczuk.
Literacko o wiele lepsza niż poprzednia powieść - "Centra" językowo były niemal transparentne, tutaj styl bardziej rzuca się w oczy i sam w sobie jest walorem. Ciężko się czyta powieści z takim natężeniem zwyry i tragedii, ale na plus zadziałał element zaskoczenia treścią. Natalia Fiedorczuk nie rekonstruuje już własnej rzeczywistości, ale skleja i przeplata różne światy z ujmującą szczerością emocjonalną, która w przekombionowanym polskim pisarstwie jest rzadkością.
Szanuje Natalię Fiedorczuk za odwagę by napisać książkę, która potencjalnie mogła jej złamać karierę. Za osadzenie feministycznej treści w polskim doświadczeniu religijnym.
Nie ze wszystkim wyborami się zgadzam (zbyt wiele bierności). Warsztat o wiele lepszy w poprzedniej, bardziej dziennikarskiej książce. W dziennikarskim wydaniu autorka bardziej mnie przekonała. Nie do końca wiem dla kogo ta książka. Zbyt konserwatywna dla liberałów, zbyt liberalna dla konserwatystów.
Mam tu ten sam problem, co przy Jak pokochać centra handlowe: ważny (dla mnie i w ogóle) temat, słuszne obserwacje plus raczej niewielki talent literacki. Ulga jest bardziej dopracowana, ale - a może właśnie przez to - bardziej toporna. Epizod berliński, obfitość cytatów i zarys antyutopii (węszę tu wpływy Margaret Atwood) jeszcze ten stan pogarszają.
Mam mocno mieszane uczucia. "Centra handlowe" mnie zachwyciły, uważam je za jedną z najlepszych polskich powieści o macierzyństwie i przez to postawiłam poprzeczkę wysoko i "Uldze". Za wysoko. Nie mogę się w Uldze odnaleźć, mam wrażenie chaosu i próby głębokiego ujęcia zbyt wielkiej ilości tematów.
Pomysł trochę jak w amerykańskim filmie - odbierzmy bohaterce wszystko, żeby nie miała wyboru i z frustracji zrobi rzecz niewybaczalną. Męcząca to powieść, nie tylko klimatem (to na plus), ale jakimś takim popisywaniem się metaforami jak z raperskich linijek i traumami z kozetki.
PS I jeśli naprawdę nadal istnieją ludzie myślący jak Jacek, to... przynajmniej ich nie uwieczniajmy w dziełach.
Przesłuchałam „Jak pokochać centra handlowe” i tak się zachwyciłam, że od razu złapałam za tę książkę. I niestety spore rozczarowanie. Pomysł na fabułę dobry, pisać autorka potrafi i warsztatu tutaj też nie można odmówić. Co więc nie zagrało? Przesada. Dla mnie to po prostu było przesadzone, miało na siłę szokować, dziwić, gorszyć. Gdybym miała naście lat, to pewnie bym się zachwyciła, teraz czuję wyłącznie zażenowanie. Istnieje dość cienka granica między mocną lekturą, a męczącą lekturą i tutaj ta granica została przekroczona. Szkoda, wielka szkoda.
Długo po skończeniu „Ulgi” zastanawiałam się, jak mam zabrać się do recenzji książki. W głowie kotłowało się milion myśli, bo najnowsza książka Natalii Fiedorczuk-Cieślak wstrząsnęła mną bardzo, niczym huragan, który zawiera wszystko i zostawia w ciszy.
Zdecydowanie szybciej i łatwiej pisze mi się o książkach, oczywiście którym niczego nie ujmując, zawierają moralizatorskie wątki, są tylko rozrywka na długie jesienne wieczory czy letnie dni. Nie oznacza to od razu, że „Ulga” jest nudna i trudna w odbiorze. Proste i krótkie zdania nadają książce lekkości i sprawiają, że wprost połyka się książkę. Zaczynając powieść nie spodziewałam się jednak tego, jaki ładunek emocjonalny tutaj zastanę.
Główną bohaterkę Karolinę poznajemy, gdy wspomina studenckie czasy w Niemczech. Jej życie mogło wyglądać inaczej. Wolność studencka, zauroczenie Johanem, który nie daje jej nic poza „chciałbym Cię znać”, ten piękny sen rujnuje jeden telefon o matki. Śmierć babki sprawia, że Karolina wraca już na stałe do Polski i wpada w stereotypową rolę, której nie próbuje się wydostać. Z pozoru wiedzie udane życie u boku męża i syna w osiedlowym mieszaniu z ogródkiem. Codziennie jednak ma wrażenie, że nie zrealizowała swoich ambicji, tylko tkwi z już z przyzwyczajenia u boku rodziny. Wiedzie żywot uporządkowany i stateczny a przede wszystkim nudny, przesycony niepokojem i z dnia na dzień przesycony złością. Po marzeniach zostały już tylko wspomnienia. Karolina szukała ucieczki od poczucia winy, od kłopotów rodzinnych, a zwłaszcza od relacji z matką, od poczucia bezsensu. Nie potrafiła także sprzeciwić się przemocy fizycznej w jej własnym domu. Ucieczka objawiała się szaleństwem i depresją, byleby tylko zaznać uczucia ulgi.
Choć główną bohaterką jest Karolina, dopuszczone do głosu są także sąsiadka Alicja, a także przywoływana we wspomnieniach matka Weronika. Ich głosy to wołanie wszystkich krzywdzonych kobiet. „Ulga” doskonale opisuje codzienność, będąca piekłem kobiet. Trwających w destrukcyjnych związkach, robiących zakupy, odwożących dzieci do szkoły, bitych, gwałconych, roniących dziecko. Bohaterki walczą z codziennością, która może wyrażać się poprzez przypaloną zupę, niedopraną bieliznę czy nieposłuszne dziecko. „Ulga” nie odnosi się tylko do pokolenia współczesnych trzydziestolatków, sięga o wiele głębiej, do pokolenia rodziców i dziadków. Wszystkie kobiety łączy jedno – poszukiwanie upragnionej ulgi, która choć na chwilę sprawi, że poczują się lepiej. Robią to na różne sposoby, od popadania w depresję, uzależnienie od leków (Weronika) czy chodzenie na spotkania grup religijnych (Karolina). Wszystkie te sposoby jednak zawodzą, rzeczywistość jest zbyt przytłaczająca. Wtedy wyraźnie widzimy, co dzieje się w momencie, gdy nie można już codzienności dłużej znieść. Opisany świat nie dotyczy tylko osiedla B., on należy do nas wszystkich. Ten świat jest blisko, dotyczy Ciebie, Twojej sąsiadki, koleżanki. Każda z nas trwa w pozornej normalności w różnych rolach. Swoje 5 minut dostają tutaj instytucję małżeństwa, Kościół oraz opieka medyczna. Gwałt we własnym domu i poronienie, trwanie przy mężu i rezygnacja z własnych marzeń. Znęcanie się psychicznie mężów nieszczęśliwe relacje z rodzinami i nieumiejętność radzenia sobie w roli rodzica. Przejmująca scena w szpitalu ukazuje jak brutalnie traktowane Są kobiety roniące dziecko. Poszukiwanie ukojenia prowadzi Karolinę do wstąpienia do katolickiej grupy religijnej. Wspólnotę autorka portretuje bez ironii, choć w pewnym momencie Karolina zaczyna się zastanawiać, czy liderka na pewno wierzy w wypowiadane modlitwy. Bo przecież jeśli wierzy, to po co proponuje dziewczynie pójcie do psychologa? Modlitwa nie wystarczy?
„Ulga” Natalii Fierorczuk-Cieślak w brutalny sposób portretuje współczesne pokolenie. Przerażające jest to,że nie jest to fikcja, ale w każdej chwili my sami możemy znaleźć się w sytuacji bohaterów. Sąsiadka może być ofiarą przemocy, koleżanka będzie walczyć z depresją, a my będziemy wracać myślami do przeszłości, w której jedyną ulgą była zabawa w trupa. Nie spodziewałam się, że znajdę taką dojrzałość, zupełnie nie byłam przygotowana na fabułę. Ostatnie zdanie nie przyniosło mi ulgi, że mam już książkę za sobą, nareszcie mogę poczytać coś lekkiego. Nie, jestem rozczarowana, że to już koniec! Mimo ze książka jest dojrzała i wstrząsająca, to chciałabym więcej, zwłaszcza po tak świetnym epilogu.
Natalia Fiedorczuk po świetnie przyjętej powieści “Jak pokochać centra handlowe” nadciąga z “Ulgą”. I choć to bardzo ryzykowna literatura, balansująca na pograniczu kiczu i materiału interwencyjnego (to samo było też w “Jak pokochać…”) kolorytu rodem z “Uwagi”, to w efekcie dostajemy mocny i dość świeży obraz polskiej przemocy.
Fiedorczuk pokusiła się o powieść o pokoleniu trzydziestolatków, którzy choć mieszkają w apartamentowcach, stać ich na kredyty, samochody i zachcianki, to nie radzą sobie z możliwościami i powielają schematy, które - nawinie - chcielibyśmy, żeby przestały funkcjonować. Może to jest chwilami zbyt grubą kreską naszkicowane, może gdzieś w opowieści o potworności naszego życia codziennego za dużo fikcji, ale… Ja to kupiłem i myślę, że będziecie zaskoczeni i zaskoczone.
Za to zaczyna się to wszystko źle. Na wstępie autorka postanowiła zapoznać nas z bohaterką, która studiuje historię sztuki w Berlinie, jara się meblami “vintage” i chodzi po modnych knajpkach. Muszę przyznać, że dymiło mi z uszu z irytacji, i choć po lekturze całości rozumiem ten zabieg, uważam, że bez niego byłaby to książka jednak lepsza. I w tym początku jest też wiele zdań niepotrzebnych, trochę karkołomnych. Później się to wszystko rozkręca i dostajemy dobrą powieść obyczajową, z wyrazistymi bohater(k)ami, z ciekawą akcją, zaskakującymi obserwacjami i mimo balansowania na granicy reportażu Kopińskiej, udaną powieść o mechanizmach przemocy domowej.
Trochę tu “Małego życia”, trochę Kuczoka, sporo słusznej słuszności, ale Fiedorczuk udaje się ograć temat pokazywaniem tego, czego się czytelnicy i czytelniczki raczej nie spodziewają po tej książce. I tu pytanie czy zdradzać wam szczegóły, czy jednak poczekać? Unikam nawet imion bohaterek i opisu fabuły, bo zdaje się, że zepsuję wam niespodziankę. Ale może jeden wątek - otóż jedna z bohaterek powieści odnajduje tytułową “ulgę” w spotkaniach grupy kościelnej. I to jest wątek ciekawie napisany, zaczyna się od bardszo pozytywnej oceny tej grupy i to jest nowe i zaskakujące, bo psy na katolicyzmie w książce o przemocy domowej wieszać, to jednak jest trochę banał. Mamy różne rodzaje przemocy, ofiary zadające przemoc innym ofiarom, niejednoznaczność tego, kto jest ofiarą. Jest też gwałt i jego konsekwencje. I to co wymyśliła tu autorka też jest zaskakujące. Ale tego już nie zdradzę.
Ma Fiedorczuk talent do pakowania się w literackie kłopoty i wykopywania się z nich. Poczułem “Ulgę”. Dosłownie. Gdy odłożyłem “egzemplarz recenzencki przed ostateczną korektą” byłem szczęśliwy, że mogę pójść do pokoju pogłaskać psa, że jest B. i że ta książka się już skończyła. Źle się skończyła, choć literacko dobrze. Na szczęście. To spora ulga.
Po “Jak pokochać…” autorka przyciągnęła media i krytykę. Skończyło się Paszportem Polityki. “Ulga” ma podobny potencjał, choć oczywiście chętniej rozmawiamy o problemach z wychowywanie maluszków, niż o przemocy domowej i mechanizmach jej trwania. Ale może dzięki Fiedorczuk będzie jakoś łatwiej? I może więcej perspektyw?
Rację mają Ci, którzy piszą, że książka jest dużo gorsza od "Pokochać centra handlowe". Należało ich słuchać! Niestety "Ulga" totalnie mi się nie spodobała. Mam wrażenie, że jest trochę o niczym i brakuje jej przesłania, choć stara się udawać, że jakieś ma.
Ulga miażdży. Miażdży realizmem, emocjami, szarpie i wykręca wszystko, co mamy w środku. Analiza przemocy, kobiecego ja w tym strasznym świecie. Chyba dobrze, że nie jest dłuższa.
główna bohaterka to trzydziestokilkuletnia Karolina, która wspominając swoje studenckie czasy przyłapuje się na tym, że życiowo wylądowała w zupełnie innym miejscu, niż zakładała. jej młodzieńcza miłość przeminęła, obecne małżeństwo jest nijakie, a na dodatek umiera jej matka, z którą kontakty również nie należały do dobrych. pozorne szczęście coraz bardziej doskwiera kobiecie, uwypuklając nie tylko dotkliwy upływ czasu, ale również zmiany, które zaszły w niej samej. poznajemy również najbliższe otoczenie Karoliny - jej męża i syna, retrospektywnie przyglądamy również relacji ze zmarłą matką, a w teraźniejszości - z najbliższą sąsiadką. szybko okazuje się, że wszystkie kobiety musiały mierzyć się nie tylko z egzystencjalnymi dylematami, ale również tymi zawodowymi, miłosnymi czy związanymi ze skutecznie zawoalowaną w codzienności przemocą i traumami.
zarówno wydawca, jak i autorka sugerują, że miała to być proza na pograniczu literatury feministycznej i interwencyjnej, a zatem - niezwykle złożona. tę wielowątkowość sugeruje również wachlarz zapowiedzianej problematyki: uwięzienie w schematach dyktowanych rolami społecznymi, kryzys wieku średniego czy skomplikowane relacje rodzinne. do tego treść dorzuca jednak kolejne obszerne zagadnienia, takie jak zintegrowaną przemoc domową, i seksualną, uzależnienia, wiarę czy wychowywanie neuroatypowego dziecka. ów bagaż literacki okazuje się za ciężki dla pióra autorki, co skutkuje sypiącą się konstrukcją, egzaltowaną i jednocześnie romansującą z dekadencją stylistyką, a przy tym eksploatacją traumy.
łatwo odnieść wrażenie, że w “uldze” trzeba dobijać się do treści przez samą formę. początkowo luźno połączone ze sobą wątki pod koniec kompletnie się rozpadają i pogrążają całość w chaosie, a nie pomaga temu również dość przesadzona metaforycznie narracja, budująca wielopiętrowe literackie konstrukcje na trywialnych opisach codzienności. bełkotliwość tej opowieści szybko skutkuje pozostawieniem czytelnika w paradoksalnym rozkroku, pomiędzy odebraniem tej prozy jednocześnie jako przesadzonej i niedopowiedzianej czy powierzchownej. mnogość wątków wkrótce nie daje się opanować, a każdy otrzymuje zbyt mało uwagi, by zostać godnie i z empatią opowiedzianym, choć wiele z nich zasługuje na świadomą i uważną retorykę, szczególnie w aktualnym kontekście społecznym. czuć tu aspirację do czerpania z poezji, ale kończy się manieryzmami.
czy wątek feministyczny to ratuje? z jednej strony tak - na przykładzie swoich bohaterek autorka przybliża ten wymiar cierpienia kobiet, który zazwyczaj przechodzi niezauważony, bo zamknięty za drzwiami ich domów. na dodatek zwraca tu szczególną uwagę na to, że owa przemoc ma wiele oblicz, również finansowe czy zawodowe. natomiast na dłuższą metę postaci te są płaskie, schematyczne i spisane pod tezę, a krzywda, która je spotyka ma chyba za zadanie jedynie zaszokować czytelnika, bo skala jej nagromadzenia w istocie przeraża. opisy przemocy pozostają karykaturalnie przerysowane i osadzone w efekciarskiej przenośni, co deprecjonuje istotę bólu i nieszczęścia, jakie w rzeczywistości niosą opisywane wydarzenia. takie wykorzystanie owej problematyki nie tylko nie wyczerpuje feministycznego kierunku, ale zdaje się go wręcz przekreślać.
wątkiem, który pozostaje tu stosunkowo ciekawie pomyślany i poprowadzony w wyważony sposób to dołączenie głównej bohaterki do grupy kościelnej. wbrew temu, co językowo i światopoglądowo prezentuje reszta książki, obywa się tu bez tendencyjności i cynizmu. wiarygodnie zostaje przedstawiona nie tylko sama droga kobiety do wiary oraz rozumiane przez nią wsparcie, ale przede wszystkim związane z nią wątpliwości i czająca się w nich egzystencjalna istota i złudzenie, w jakie niejednokrotnie popada osoba w podobnej do niej potrzebie. interesujące wydaje się również przyjrzenie się pojęciu ofiary i temu czy oraz jak jest ona w stanie sama zadawać przemoc - to również gorzkie przypomnienie o tym, że od tej zdolności wszyscy jednakowo nie jesteśmy uwolnieni.
z powieści mającej opowiadać o tożsamościowym uwięzieniu w pułapce 30-letniego życia autorka serwuje niezwykle naiwny i niebezpiecznie generalizujący banał o przemocy, na dodatek konsumpcyjnie eksploatując wymagające uszanowania i wrażliwości społecznej tematy: traumę międzypokoleniową, przemoc seksualną czy trudne macierzyństwo. zamiast wnikliwej pracy warsztatowej, pozwalającej zbudować wiarygodną psychologicznie całość, czytelnik otrzymuje tabloidyzowany melodramat, panicznie obsypywany jeszcze dodatkową warstwą cierpienia, które niewiarygodnie obciąża nie tylko same bohaterki. brakuje tu pewnego rodzaju dystansu, wyrozumiałości i literackiej pokory, a potencjał dojrzałej opowieści o bólu i jego problematycznej symbolice zostaje bezpowrotnie zaprzepaszczony.
Sponiewierała mnie ta powieść. Ale jest warsztatowo dobra (mimo pewnych stylistycznych usterek typu "cedził powoli") i bardzo odważna, myślę, że nawet potrzebna. Lepsza niż debiut, więc widać rozwój autorki. Mniej dziennikarskiego dyskursu, więcej literackości. Jest to jednak trudna lektura. O przemocy i stracie (strat jest tu bardzo wiele i na różnych poziomach), o samotności w ich przeżywaniu. O przytłaczającej zadaniowości życia matki i żony, która tylko powierzchownie przykrywa i tłumi wszystko inne, za to skutecznie obiera ją ze zdolności do określenia przyczyn emocjonalnego cierpienia. O kobietach daremnie szukajacych tytułowej ulgi od ciągle nowego smutku i bólu (w religii, innych kobietach, lekach, złości, obsesyjnej samodyscyplinie), a mimo to bezradnych wobec cierpienia, bo i cierpienie i bezradność są ich dziedzictwem kulturowym i biologicznym. Prolog to w sumie piękna i smutna opowieść o straconej miłości. Za to pierwsza część stopniowo zagęszcza nastroje i w finale po prostu miażdży czytelnika (scena przemocy opisana jednocześnie z perspektywy ofiary i napastnika - niezwykle dotkliwa, odważna, mocna). Narracja jest prowadzona bardzo sugestywnie, a samo połączenie feministycznego dyskursu z doświadczeniem religijnym to dla mnie nowość. W ogóle biblijne cytowania, mantry świetnie wplecione, budują nastroje, psychologię. Powieść jednocześnie bardzo intymna, ale też uniwersalna w opisie kobiecych doświadczeń. Druga część i finał to po prostu jakby wejście w ścianę, docenić jednak trzeba spójność i konsekwencję, z jaką autorka nas do tego momentu prowadzi. Epilog... uważam za nieudany, może dlatego, że narrację nagle i na moment przejmuje syn głównej bohaterki, który jest najsłabiej, bo nieprzekonująco zbudowaną postacią (ma lat 8, a zachowuje się raczej jak nastolatek, choć i tu brak konsekwencji). Mimo to autorka imponuje odwagą i mocą swojej prozy. Główna bohaterka jest uwikłana w odziedziczoną po matce i po babce złość i gorycz - tłumioną, magazynowaną, somatycznie odbijającą się na jej emocjach, zdrowiu, relacjach. Psychologia jej przeżyć jest świetnie zrobiona. Najgorsze doświadczenia (w tym poronienia), w tym zarówno drobne, jak i duże upokorzenia i opresje, które odkładają się w emocjach, psychice i ciele Karoliny opisane są często krótkimi zdaniami, prawie nonszalancko, ale bez lekceważenia... pozostają intymne, ale też typowe, bo są udziałem wielu kobiet, są dla nich często nieuniknione, bo wynikają z opresyjnego świata i osaczających relacji, od których nie da się uchylić. To potret niespełnienia, niemocy, czasami emocjonalnych zgliszcz, historia o krzywdach, wstydzie i żalu, o niewolącej mocny nadpisanej kulturowo tożsamości, cały obraz tej złożonej i przekonujacej rzeczywistości tworzony jest mądrze, z empatią, bez prostych odpowiedzi i dobro-złych podziałów, pełen sugestywnych scen, wobec których nie da się być obojetnym (boli jak "Gnój" Kuczoka, wciąga jak "Szopka" Papużanki).
Fragment: "Z daleka majaczą jej sylwetki dziewczynek, szare, rozmyte rysy, równie obszarpane i rozczochrane jak ona – kolejne pokolenie Kobiet Bez Domu. Ten świat nie jest dla nas stworzony, kochanie, nie mamy fundamentów, składamy się z ciemnych tuneli, wchłoniętych awantur, ciekawych przypadków najbardziej zwierzęcej przemocy, tak oswojonej, że wydaje się oczywistym następstwem posiadania warg sromowych. Jedynym ratunkiem jest dla nas ta samorodna tkanka, podstawowa materia, która sprawia, że ciągle żyjemy, trwamy, choć z pokolenia na pokolenie niezmienne przyszarzałe, niezmiennie w tle. Matki i córki. Wnuczki, babki, ciotki i kuzynki. Tłuczone i upokarzane w mniej bezkarny sposób: nie na śmierć i nie w widocznej ciąży, ale i o ile bezwzględniejszy jest akt przemocy wobec kobiety, w której po drodze zatliła się jakaś nadzieja, zakwitł jakiś kwiatek, zapełgała pierdolona iskierka."
Niestety nie podobała mi się ta historia. Myślałam , że to będzie coś podobnego do ''Kociego oka'' Margaret Atwood. Rozumiem co chciała pokazać i przekazać autorka, ale jak dla mnie było to wszystko na tyle rozstrzelone i ''rozdziabdziane'' , że na koniec miałam niesmak pod względem kompozycyjnym. Początek książki wpływa na dalsze rozstrzelenie akcji i trwa tak do końca historii. Sceny kłótni, gwałtów i innych brutalnych scen są napisane (jak dla mnie) dosyć słabo i są w pewien sposób przedstawione nierealnie. Podsumowując: naprawdę słaba książka z gatunku literatury pięknej polskiej.
Świetnie napisane, poetycko miejscami, ale tak jak trzeba, bez zadęcia. Historia nieco chaotyczna, można by chyba całość lepiej przemyśleć i dopracować, ale można też uznać że tak miało być, w końcu życie jest chaotyczne i pozbawione porządku; zatem forma dostosowana do treści. Portret trzydziestolatków to przesada, no chyba że wykoślawiony, upotworniony, opowiedziany jednostkowo i anegdotycznie. Albo to ja nie znam życia? Strach pomyśleć.
Może i ambitna i elokwętna, autorka faktycznie ma duży zasób słownictwa, jednak nie dało się czytać. Nie wiem czy to ten styl, czy melancholijna narracja, ale gdyby nie fakt, że mam silną osobowość, mogłaby przyprawić mnie o depresję. Wręcz nie chciało się czytać, odrzucała i wprawia ła w zly nastrój nie mówiąc już o tym jak wulgarna
Książka jest wulgarna, na granicy dobrego smaku. Rzuciłam ją w kąt po fragmentach o zapędach pedofilistycznych jednego z bohaterów. Miało być mocno, melancholijnie, miało skłaniać do przemyśleń. Tymczasem myślałam tylko o tym, że "Porodzinę" połknęłam w jeden wieczór, a ta książka... Zmęczyłam 20% i wystarczy.
Idealny obraz tej patologicznej części społeczeństwa Krzyki , przemoc i cierpnie mieszaja się tutaj z szarością zimnych nieczułych bloków Za ścianą trwa koszmar podobny do twojego ale ty nie wiesz jak uciec
Ta książka ma w sobie ogrom wrażliwych i dobijających tematów przedstawionych bezpośrednio, momentami obrzydliwe ?¿
Zakończenie zmiotło mnie z planszy Kocham
This entire review has been hidden because of spoilers.
Do przeczytania. Trochę męczące, duszne, prawdziwe w jakimś sensie, zrywające reklamową wielkopowierzchniową naklejkę z egzystancjalnego smutku przeciętności i brzydoty. W sumie zajebiste. Ale męczące.
Nie przynosi ulgi ta książka. Oj nie! Ściska za gardło, wybija z rytmu, obrazy wracają nieustannie. Pozostawia z uczuciem niedosytu...co dalej? co jeszcze może się wydarzyć? Polecam bardzo, wciąga niezwykle !
Choć porusza ciężką tematykę patologicznych relacji czyta się ją płynnie i szybko. Bardzo sprawnie autorka operuje w niej słowami, co daje niezaprzeczalną przyjemność czytania.