Nie jest tajemnicą, że książki Magdaleny Knedler znam (nie wszystkie, ale sukcesywnie nadrabiam), lubię, szanuję, podziwiam i zawsze, gdy wychodzi jakaś nowa, cieszę się, że będę miała do czytania coś stojącego na naprawdę wysokim poziomie. Niezależnie od gatunku, w jaki tym razem zaopatrzy się Autorka - bo jej upodobania gatunkowe (a także możliwości warsztatowe) są szerokie.
I wiecie co? I kolejny raz - tak, mówię to z satysfakcją - miałam rację, żeby "najnowszą Knedler" (no, prawie, bo w tym roku przytłoczyła mnie sesja i jestem w niedoczasie) kupować w ciemno, bez czytania recenzji osób, którym ufam (co obecnie zdarza mi się bardzo, bardzo rzadko). Bo znów Autorce pisanie, budowanie historii, stopniowanie ładunku emocjonalnego wychodzi wybitnie, i jest całkowicie zgodne z moją wrażliwością (na takim poziomie, jak robiła to genialna "Historia Adeli", którą obwołałam najlepszą polską książką 2017).
Cudowne jest w "Twarzy Grety di Biase" to, że jest to powieść wielowymiarowa i wielowątkowa, która jednocześnie żadnego poruszanego tematu nie traktuje po macoszemu. Główną (?) osią opowieści jest sztuka i miłość do niej - Greta jest tajemniczą malarką, która prawdopodobnie w swoich obrazach pokazuje fragmenty własnej historii, a Adam właścicielem wrocławskiej galerii sztuki, który tymi obrazami się zachwyca i pragnie nawiązać bliższy kontakt z ich autorką. Miłość Magdaleny Knedler do sztuki, fascynacja nią (do której sama przyznaje się w posłowiu) widać właściwie na każdej stronie - dzięki czemu lektura tej książki jest z góry o wiele bardziej wartościowa niż wszystkie suche lekcje o sztuce, które mieliśmy w szkołach (w większości, ja akurat trafiłam na genialną historyczkę sztuki, która również we mnie zaszczepiła taką miłość, dlatego przez większość książki siedziałam z rozmarzeniem na twarzy, drugą ręką wyszukując w Google'u obrazy, których nie znałam). Sztuka w powieści łączy dwie osoby z dwóch zakątków świata na poziomie, na jakim nie dałyby rady zrobić tego żadne listy czy rozmowy - a powieść może połączyć ze sztuką czytelnika. Każdego, nawet takiego, który "do muzeów nie chodzi, bo tam są tylko gołe baby". I sprawić, że za jakimś dziełem dostrzeże człowieka, a tym samym - historię.
Nie bójcie się jednak Wy, którzy po powyższym akapicie oczekujecie wykładu na temat dat, miejsc i tytułów - o nie, nie, czegoś takiego tu nie uświadczycie. Autorka starannie buduje historię dwojga ludzi, którzy, zagubieni w swoich historiach, w nieoczekiwany sposób odnajdują zarówno siebie samych, jak i siebie nawzajem. Historia (niekoniecznie nawet miłosna), która między nimi się pisze, jest piękna - nie tanimi wzruszeniami z filmów lecących na Hallmarku, tylko dojrzale, tak, jakie powinny być te najważniejsze w życiu uczucia. (Co subtelnie podkreślają bardzo naturalnie wplecione w tekst refleksje na temat okazywania emocji, odczuwania, blokowania).
W recenzjach książek Autorki prawie zawsze podkreślam, jak dobrze buduje ona portrety psychologiczne postaci nawet trzecioplanowych (Lempi <3) - również tutaj się to udaje. Historia Grety jest zaskakująco prawdopodobna, mimo wewnętrznej niezgody chyba większości czytelników. Historia Adama - dorosłego mężczyzny z jednym z rodzajów nerwicy - również, choć ze względu na osobiste doświadczenia pragnęłabym minimalnie jeszcze ten wątek rozwinąć.
Nie podchodźcie do tej książki jak do "tajemniczej historii, która będzie powoli się wyjaśniać" - wszyscy dokładnie wiemy, co stało się pewnego dnia, gdzieś w 1/5 książki. To to, że bohaterowie nie są w stanie tego sobie wyjaśnić i wytłumaczyć, jest tutaj kluczem, i to to zastanawia i przejmuje. A także to, w jak różnych miejscach (psychologicznie, choć także dosłownie) są oboje na początku i na końcu opowieści. A wszystko na tle sztuki i pięknych, choć nie zawsze przyjaznych Włoch.
Bardzo proszę napisać jeszcze dużo, bo świat potrzebuje takich Małych Wielkich Historii. Ja tę książkę - zupełnie inną, a jednak podobną, jeżeli chodzi o stopień oddziaływania na mnie - stawiam w swoich literackich wspomnieniach tuż przy "Historii Adeli". Polecam każdemu.