Tak wiele dzieci Zony W morderczej próbie sił Znikają za kordonem On synem Zony był
Obiecywał sobie, że już nigdy więcej. Że tamten raz był naprawdę ostatni. Że wszystko się zmieni, znormalnieje. Jednak ciężko jest udawać normalnego człowieka. Kiedy do drzwi puka przeszłość w osobie postrzelonego przyjaciela-stalkera z dawnych lat, a zimowa zawierucha niesie w sobie szepty zza dalekiego Kordonu, trzeba schować do kieszeni moralność i odwiesić na kołek solenne obietnice.
Nadchodzi pora, żeby raz jeszcze zostawić za sobą Dużą Ziemię i po raz kolejny - tym razem naprawdę już ostatni - wkroczyć na bezdroża ziemi utraconej, którą jest czarnobylska Zona. Bo nic innego nie ma znaczenia, kiedy człowiek usłyszy Zew.
No i tu jest coś czego się nie spodziewałem po autorze, bo nagle książka stała się bardziej filmem i raczej na tym nie zyskała w moich oczach. W połowie przestałem czytać. Widać ogromną zmianę w sposobie pisania opowieści u autora, względem poprzednich części serii, część na dobre, część na złe. Sama historia, zdaje się nie mieć żadnego celu, bohater sam do końca nie wie co robi. Rozumiem zamysł, ale zdecydowanie gorzej się czytało tę część. Jak ktoś jest w stanie przebrnąć przez w gruncie rzeczy niesympatycznego bohatera na początku, to może się mu bardziej spodoba (ja nie potrafiłem wytrzymać przy "Komu bije dzwon" Ernesta Hemingwaya i ta książka nie stanowi wyjątku)
Self insert pana Michała powraca w blasku czołówki z bazaru za 10 zł. Książka zaczyna się słabo, przez jakieś pierwsze 50 stron prawie żałowałam zakupu, na szczęście w końcu zaczęły się dziać ciekawsze rzeczy, będące głównie zwiedzaniem starych śmieci, niestety skończyły się szybko gdy Misza przypomina sobie że od zawsze miał Super Ważną Misję do wykonania. Zakończenie to jest jakiś żart. Większość wydarzeń była przewidywalna. Wszystko jest rozwiązanie w pośpiechu i absolutnie niewiarygodnym przypadkiem.
Protoplasta polskiego uniwersum "stalkera" świata zaczerpniętego z popularnej serii gier, powrócił z nowym dziełem, do którego - szczerze mówiąc podszedłem sceptycznie. Jego poprzednie dzieła z tej serii "Ołowiany świt", "Drugi brzeg" czy "Droga donikąd" były zwyczajnie słabe - nie podobały mi się. W czas potem niedługi Michał Gołkowski powrócił z okołostalkerskim "Sztywnym", który był bardzo dobrą pozycją. I pomyśleć, że Ci którzy za nim poszli (pozostali autorzy Zony jak Haladyn czy Nieściur) napisali dużo lepsze książki, aż tu nagle...
...ni stąd ni zowąd, wyskakując z żartem primaaprilisowym, że napisał książkę stalkerską wprowadził w osłupienie stalkerski światek czytelniczy. Co dziwniejsze okazało się to prawdą! Powiem tak. Zaskakująco dobra książka tego Autora. Nie jest to cudo literackie, ale przyjemnie, dobrze się czyta. I szczerze mówiąc tak napisana mogłaby mieć z powodzeniem dwa tomy. Spójna, konsekwentna fabularnie, opisuje przygody ustatkowanego Miszy, jest żona, firma i plany rodzinne... Ale Miszę Zona ciągle woła! Czas mija, czasy się zmieniają - do zony wkracza technologia. i wraca do Niej On.
Podsumowując Gołkowski napisał w końcu dobrą książkę o Zonie. Podobała mi się w przeciwieństwie do pierwszych trzech. I mogę z czystym sumieniem polecić.
Gołkoś jak zwykle spisał się na medal serwując nam książkę pełną akcji trzymających w napięciu z dużą dawką humoru oraz klimatu czarnobylskiej Zony. 10/10 Najlepsza książka z uniwersum S.T.A.L.K.E.R.'a jaką kiedykolwiek czytałem.