Bożena – stateczna pani menadżer jednego z banków – prowadzi uporządkowane, choć dość przewidywalne życie, w którym nie ma miejsca na szaleństwa. Nieoczekiwanie dziedziczy po wuju nieruchomość w małym miasteczku i odtąd już nic nie będzie takie samo. Tym bardziej, że nieruchomość jest dość nietypowa i ma swoje tajemnice. Zawsze elegancka Bożena stawia się na miejscu i musi zmienić pantofelki na gumiaki. I nie tylko. Zmiany w jej życiu zajdą na znacznie głębszych płaszczyznach i będą dotyczyć serca, które (dotychczas zimne i nieporuszone) zaczyna bić mocniej. A są ku temu… dwa dorodne powody. Bożena musi więc mądrze wybrać, choć ma coraz mniej czasu. W odziedziczonym budynku działa małe bistro, w którym może sprawdzić się jako kucharka – podejmuje więc wyzwanie. Okazuje się również, że miasteczko tylko pozornie jest oazą spokoju: dojdzie w nim do szeregu zdarzeń, które wstrząsną mieszkańcami. Bożena ma z tym ścisły związek…
Czego można się spodziewać po książce, rozpoczynającej się słowami: "Nazwijmy rzeczy po imieniu. Bożenie chciało się dziś na swój widok rzygać. Ni mniej, ni więcej" - to ja już śpieszę z wyjaśnieniami, bo możecie się spodziewać niemałej dawki humoru.
Bożena jest kierowniczką w bankowym korpo, która nagle odziedziczyła nieruchomość po wuju, którego nawet zbytnio nie znała. Jedzie więc do małego miasteczka, ale zanim spotka współwłaściciela posesji, natrafia na towarzystwo krowy, świni i cyganki. Ratowanie niedoszłego menela i gumiaki zamiast najlepszych szpilek, to początek przygód naszej poukładanej kobiety. Z czasem akcja nabiera tempa i okazuje się, że niektórzy mają dość mroczne zamiary, a wybuch gazu w pobliskiej kamieniczce, mógł być mocno nieprzypadkowy.
Nie chcę zdradzać nic więcej, bo fabuła jest nasycona zarówno ciepłem i przyjaźnią, a z drugiej strony knowaniami i mroczną intrygą, ale całość czyta się wybornie i uśmiech wprost nie schodził mi z twarzy. Jest to książka przeznaczona dla osób, które lubią się odprężyć i pośmiać, oczekując czasem od lektury zwyczajnej rozrywki, bez zbytniego analizowania i zagadkowości. Narracja w trzeciej osobie to miód na moje serduszko, a z literaturą pani Marty chyba będę się musiała bliżej zapoznać. Serdecznie polecam na ciepłe wakacyjne wieczory i nie tylko :)
W książkach obyczajowych uwielbiam małomiasteczkowe klimaty.. I właśnie myślałam, że taka będzie ta książka - obyczajowa i sielska. Główna bohaterka Bożena jest typowym korpopracownikiem, aż tu nagle jej życie staje na głowie, bo pojawia się spadek. Jednak, żeby spadek dostać, Bożena musi spełnić kilka warunków. I tu zaczyna się historia...
Okazało się, że ta książka to lekka komedia romantyczno-sensacyjna, a przynajmniej tak bym to nazwała. Sytuacje i postaci mocno naciągane, ale czyta się szybko i całkiem ok. Jeśli ktoś ma ochotę na coś niezobowiązującego, to może to być fajna propozycja. Przyznam jednak, że nieprzeczytanie tej książki to żadna strata.
Lekka pozycja, która poprawi Ci nastrój. Letnia, na ciepłe wieczory przy lampce wina, na kocu piknikowym lub tarasie. Polecam na odstresowanie, jeśli szukasz czegoś przyjemnego, prostego.